Jestem bardzo emocjonalna. Tacy ludzie zawsze mają pod górkę - przeżywają wszystko zbyt intensywnie, spalają się i stresują w sposób niewyobrażalny. A los chciał, że jestem bizneswoman, prowadzę własną firmę. Odkąd pamiętam, we wszystkim co robię, staram się być perfekcjonistką. W firmie spotykam się z klientami, robię biznesplany, realizuję projekty, organizuję imprezy i stale żałuję, że doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Nie mogę sobie pozwolić na zajęcie się swoim ciałem i wyciszenie, którego coraz bardziej potrzebuję.

Najlepszy relaks? Nie mam co do tego wątpliwości: wyprawa do siłowni. Stała się prawie żelaznym punktem mojego weekendu. Wiele lat trenowałam gimnastykę artystyczną, na studiach ćwiczyłam w zespole tańca współczesnego. Dlatego dziś moje przywykłe do ruchu ciało potrzebuje sportu jak powietrza.
Ale najpierw - porządne, obfite śniadanie. Wstyd przyznać, w tygodniu nie przykładam wagi do porannego posiłku. W kuchni w biegu połykam kilka plasterków mozzarelli z marmoladą, popijam herbatą. Weekend to okazja, by wreszcie to śniadanie fantastycznie celebrować. I to leniuchowanie w szlafroku do południa. Uwielbiam ten moment. Ja, mój mąż Maciej i nasz sześcioletni syn Alek jeszcze w piżamach biegamy po domu i przygotowujemy: jajecznicę, tosty francuskie, twarożek z rzodkiewkami. Najadamy się i szybki zryw.

Mąż z synkiem pędzą na basen, a ja - do klubu fitness. Tu dopiero daję czadu! Na kilkunastu rżnych przyrządach ćwiczę po kolei: nogi, brzuch, pupę, uda, plecy. W przeciwieństwie do wielu osób nie uważam, że dobrze ćwiczyć można jedynie pod okiem osobistego trenera. W klubie zawsze mam wykwalifikowaną kadrę, która interweniuje, gdy ktoś zaczyna sobie szkodzić. Co tu kryć, mnie też się to zdarza. Czasem bolą mnie kości, ale nie rozczulam się nad sobą. Każde ćwiczenie staram się wykonywać dokładnie. Mam tendencję do garbienia się, szczególną wagę przykładam więc do prostowania sylwetki. Serię ćwiczeń zawsze kończę na bieżni i kilkunastominutową jazdą na rowerku. A potem nagroda - sauna i prysznic.

Nawet jeśli na dworze jest plus trzydzieści stopni, woda musi być bardzo ciepła, bo najlepiej czuję się w wysokich temperaturach. Dlatego tak ważne są dla mnie pory roku. Uwielbiam wiosnę. To jakaś tajemnica natury, ale kiedy nadchodzi, mam poczucie, że ktoś daje mi nowe życie. Nagle przybywa mi energii, znajduję nowe siły. Dlatego w przeciwieństwie do innych, ważne życiowe decyzje, a nawet plany na cały rok robię nie pod koniec grudnia, ale na początku wiosny. A najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy właśnie podczas gimnastyki, chociaż muszę się przyznać, że nie zawsze ćwiczę z taką samą ochotą. Ale nawet gdy jestem niedospana, zestresowana i najchętniej zaszyłabym się sama na bezludnej wyspie, nie odpuszczam. Warto powalczyć ze swoim charakterem, bo w takich trudnych dniach satysfakcja jest podwójna.

Mówi się, że w zdrowym ciele zdrowy duch. To prawda. Kiedy widzę w lustrze swoją sylwetkę w obcisłych spodniach, buzia mi się uśmiecha. Czuję się młodsza, seksowniejsza. A to przecież wszystkim nam chodzi, prawda? Dlatego warto pocić się przez półtorej godziny. Tym bardziej, że potem funduję sobie jeszcze jedną przyjemność - masaż. Nie muszę się odchudzać, dlatego wybieram zabiegi ujędrniające i odmładzające. Masaż, by był dobry, musi być konkretny. Lubię poczuć mocną rękę masażysty, choć czasem bywa to bolesne. O wiele przyjemniejszy jest masaż twarzy, który robię w salonie kosmetycznym. Tu ważna jest delikatność.

Mój ulubiony zabieg to hydrodermia. To dla mnie niezbędne, bo mam bardzo suchą skórę. Tak się złożyło, że do tej pory tylko raz byłam w SPA, wiele lat temu we Włoszech. Coraz częściej myślę, że trzeba to powtórzyć.

Marzy mi się szalony wyjazd z koleżanką do SPA w Tajlandii. Dlaczego tam? Bo zupełnie odizoluję się od rzeczywistości, przeznaczając czas na kontemplację, oczyszczanie ciała i duszy. W domu ćwiczę jogę pod okiem Justyny, mojej trenerki joginki. W siłowni ładuję akumulatory, z Justyną w domu uelastyczniam ciało. Polecam jogę wszystkim zestresowanym, zabieganym, i tym, co sportu się boją - to fantastyczny sposób na sobotnie popołudnie. A przedtem jeszcze rodzinny obiad w mieście, najchętniej w restauracji „Dyspensa” na Mokotowskiej. Mój syn uwielbia pastę, dlatego chętnie zamawiamy włoskie pasty z dobrą sałatą -rucolą, lattugą, rughettą. Z przyjemnością odwiedzamy też Quchnię Artystyczną przy Alejach Ujazdowskich. To uczta dla podniebienia i oczu: siadamy na tarasie, zamawiamy jakąś pyszną sałatkę i podziwiamy panoramę Warszawy. Wprowadza mnie w tak dobry nastrój, że po powrocie do domu mam jeszcze siłę, by wieczorem pojeździć z Alkiem na rolkach. Mieszkam na małej, niezbyt uczęszczanej uliczce na warszawskim Mokotowie. Wieczorkiem można jeździć koło domu, nie sprawiając kłopotu innym użytkownikom drogi. Ścigamy się więc, robimy przekładanki. Jest bosko. Przypomina mi to trochę czasy mojego dzieciństwa. Potrafiłam szaleć na wrotkach do upadłego. A do wspomnień zawsze wraca się z łezką w oku.

wysłuchała Ewa Tarasiuk