Wczoraj udało mi się wcześniej wyjść z pracy. Wołałabym chyba jednak zostać, niż wracać do domu, by nie wychylać nosa z książek. Do tego byłam głodna jak wilk.

Kupiłam więc po drodze pomidory, sałatę i fetę (odtłuszczoną oczywiście). Szybko zrobiłam pyszną sałatkę, którą równie szybko pochłonęłam. Potem usiadłam do nauki. Tym razem bez Anki, która nie mogła się dzisiaj ze mną spotkać.

Szybko okazało się, że samotna lektura mi nie służy. Po przeczytaniu pół strony podręcznika, stwierdziłam, że koniecznie muszę napić się herbaty. Przecież trudno, żebym umarła z pragnienia. Wstałam więc od biureczka i znów potruptałam do kuchni. Gdy woda się gotowała, ja się rozmarzyłam. Wyobraziłam sobie, że do herbatki biorę sobie wielki kawał tortu czekoladowego, siadam przed telewizorem i oglądam "Przyjaciół”…

Zacisnęłam zęby i powiedziałam sobie: musisz wziąć się w garść. Zrobiłam herbatkę i potulnie wróciłam do kucia. Po pół godzinie stwierdziłam, że jeśli czegoś nie przekąszę, to się skręcę. Wróciłam do kuchni, znalazłam pół paczki zeschniętych włoskich orzechów. Wiem, są kaloryczne. Ale też bardzo zdrowe. I świetnie wpływają na pracę mózgu.

Przyznaję się bez bicia - zjadłam wszystkie. Ale za to udało mi przyswoić sporą partię materiału. Uczyłam się do samego wieczora.

Przed snem nękana wyrzutami sumienia za te orzechy chciałam zrobić choć trochę brzuszków. Rozłożyłam kocyk, zrobiłam może ze 4 spięcia i stwierdziłam, że to nie ma sensu. Takie ćwiczenia bez rozgrzewki chyba niewiele dają.

Partnerzy akcji: