Zanim jednak przyjdzie pora na przyjemności, trzeba wywiązać się z obowiązków. Rano znowu byłam na basenie, a dokładniej mówiąc, wybrałam się na aquaerobick. Ponoć jest skuteczniejszy niż tradycyjny. A o ile przyjemniejszy...
A na obiad zrobiłam sobie pierogi! Tak! Wyobraźcie sobie, że mi wolno:-) Napracowałam się ze 2 godziny i zrobiłam 20 pierogów z kapustą i grzybami. Jednorazowo wolno mi oczywiście zjeśc tylko pięć. Resztę zamroziłam, będzie na przyszły tydzień, gdy znowu będe miała mało czasu. Pierogi muszą być oczywiście gotowane, nie wolno mi ich podsmażyć ani polać zasmażką. Do tego mogę jednak zjeść gotowaną marchew z groszkiem (półtorej szklanki). Pychotka! Szkoda, że tak mało...
Z trudem wyszłam z kuchni. Poszłam pozastanawiać się, co by tu założyć wieczorem.
Bardzo potrzebuję odreagować ten tydzień. Szpitale są strasznie przygnębiające. Mama czuje się już całkiem dobrze. Wyniki badań w normie. Uff!!! Cała moja rodzina odetchnęła z ulgą, ale ja chyba najbardziej to przeżywałam. W końcu oni są w Żelechowie, a ja tutaj. I miałam z mamą codziennie kontakt.
No w każdym razie najgorsze za nami. Taką mam nadzieję. Teraz chciałabym się bawić i zapomnieć o zmartwieniach. Przynajmniej przez jeden wieczór. Postanowiłam zrobić się na lazurowe bóstwo i pójść się napić do knajpy mojego sąsiada. Marzena i Darek też obiecali tam wpaść. Muszę tylko pamiętać, żeby nie zabalować do samego białego rana, bo będę nieprzytomna na zajęciach.