Wyobrażacie sobie, że cała rodzina siada przy stole suto zastawionym sałatkami, pasztetem domowej roboty, przepysznymi mazurkami, sernikami i keksami, a wy wsuwacie trzy łyżeczki płatków owsianych z jogurtem 0%, po czym zarządzacie post na kolejne trzy godziny? Ja też nie!
Starałam się jednak nie obżerać. I chyba mi się udało. Zjadłam tylko 3 plastry maminego pasztetu, sałatek z majonezem unikałam. Udało mi się wcześniej odłożyć trochę samych warzyw niewymieszanych jeszcze z majonezem. Niby to nie to samo, ale też pycha. Zjadłam też malutki kawałek chlebka pszennego ze święconki. Poza tym wsuwałam chrupkie.
Podczas niedzielnego śniadania mama patrzyła na nie z zaciekawieniem. Nigdy takiego nie kupowała, bo uważała, że nie ma to jak porządna biała buła. Tej samej jednak niedzieli zaczęła podjadać moje pieczywo i chyba jej zasmakowało, bo już do końca świąt prawie nie tknęła zwykłego... Jej też by się przydała dieta, bo z cholesterolem nie ma żartów.
Pierwszego dnia przeholowalam trochę z ciastami. Mama, babcia i siostra napiekły siedem różnych i nie wypadało któregoś nie spróbować. Jednak drugiego dnia już się pilnowałam. W poniedziałek zebrała się w naszym domu prawie cała rodzina. Kuzynka, która nie widziała mnie zaledwie od Bożego Narodzenia, na przemian bladła i czerwieniała ze złości na mój widok. Od dawna próbuje schudnąć. Ale co zgubi parę kilo dzięki drakońskiej diecie, to rzuca się na jedzenie i tyje jeszcze bardziej. Gdyby mieszkała w Warszawie, poleciłabym jej moich boskich specjalistów.
Ech, pewnie czeka mnie ochrzan za ten pasztet, ciasta i ... odrobinkę bigosiku. Mam nadzieję, że jakoś przeżyję dzisiejszy trening. W niedzielę i poniedziałek poprzestałam na 10 minutach ćwiczeń (brzuszki głównie) i spacerach.