Urodziłam się 100 km od Warszawy i dzięki temu mam "psychiczny dystans” do stolicy. Na szczęście, bo kiedy dopada mnie depresja, jadę się wypłakać do Żelechowa. Chociaż nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej, czasem ta cała "warszawka” mnie irytuje. Tu liczą się wyłącznie kasa i wygląd. O przyjaciół trudno. Ja na szczęście ich mam, ale początki były trudne. Przyjechałam tu zaraz po maturze za namową koleżanki z liceum. Pierwsza praca polegała na roznoszeniu ulotek. Pensji nie dostałam do dziś. Szukałam jakiegokolwiek zajęcia i niestety najczęściej dostawałam oferty pracy w… agencji towarzyskiej. O to było najłatwiej. Nawet ich nie zrażały moje rozmiary. Wręcz przeciwnie. W końcu mama ubłagała swoją siostrę, która pomogła mi dostać pracę w urzędzie. Pracuję tam do dziś. Studiuję też zaocznie administrację. Może przypadkiem uda mi się zrobić karierę? Ale nie trzymam się kurczowo tej myśli. Wystarczy mi do szczęścia jakiś mały awans, własne mieszkanie, rodzina i cała ta banalna reszta...

Mam aż trzy dni wolnego od siłowni w związku z wizytą u rodziców. Może pojeżdżę na rowerze po lesie, jeśli pogoda dopisze. Bo Krzyś mi nie wybaczy, że zaniedbuję treningi… No i babcia na pewno będzie mnie przekarmiać i utrwalać moje błędne nawyki żywieniowe... Nie mogę tam za często jeździć.