Dużo bardziej niż kremu potrzebuję teraz snu, przesypiam całe weekendy, ucinam sobie popołudniową drzemkę razem z Klarą, a czasem bez niej. Ja zasypiam, a ona po cichu wymyka się z łóżka i ogląda z Weroniką bajeczkę.

Klara wciąż prowadzi swoją kampanię - wykorzystujmy mamę, dopóki nie pojawi się konkurencja. Ciągle udaje zmęczoną i każe nosić się na rękach. Staram się jej nie ulegać, bo kręgosłup zaczyna mnie trochę boleć. Niestety, zawsze cierpiałam na brak konsekwencji w stosunku do dzieci, więc pięć razy jej odmówię, a za szóstym odruchowo wezmę na ręce. Natomiast Wercia ma nowy problem - kiedy będzie ta upragniona jesień, która przyniesie ze sobą dzidziusia. Ma jeszcze dosyć mgliste pojęcie o tym, jak następują po sobie pory roku, a moje tłumaczenie powoduje jeszcze większy mętlik w jej głowie. Ja też z niecierpliwością czekam na październik, chciałabym być już przynajmniej na półmetku ciąży. To jest najprzyjemniejszy okres, nie dręczą już mdłości i senność, maleństwo w środku kopie, a brzuch jest jeszcze na tyle mały, ze nie przeszkadza. Cóż, zostało mi tylko 10 tygodni… Póki co, wybieram się na badania, kłucia się nie boję, tylko myśl o tej toksoplazmozie nie daje mi spokoju. Na domiar złego Weronika znowu chora - kolejne zapalenie ucha. Moje dzieci wiecznie chorują, obawiam się, że przy trójce na dobre ugrzęznę w domu z powodu chorób.