Bardzo się wystraszyłam i rozpłakałam na dobre. Okazało się, że niepotrzebnie, bo to tylko niegroźne zgrubienie, całkowicie wyleczalne i wcale mnie nie zabije. Wcześniej obdzwoniłam wszystkie przyjaciółki, żeby spodziewały się najgorszego. Potem musiałam je sama uspokajać i zapewniać, że wszystko ze mną w porządku.

W związku z tym, że jednak nie umrę, wzięłam się w garść i postanowiłam nadprogramowo poćwiczyć na siłowni. Godzina na bieżni i pozbyłam się całego stresu. Sport to jednak zdrowie! Tak się przykładałam, że dorobiłam się odcisków na stopach. Mój trener stwierdził, że to nie z nadmiaru ambicji, ale nieprawidłowego obuwia. Moje buty nie amortyzują wystarczająco uderzeń stóp o bieżnię. Trzeba będzie coś z tym zrobić.

Zaczęłam lubić siłownię. Moja forma zdecydowanie się poprawia. Wkrótce zacznę ćwiczenia na innych przyrządach. Może Krzyś przygotuje mi coś specjalnego na mięśnie rąk i uda. Gdybym nagle musiała zrezygnować z treningów, bardzo by mi ich brakowało. No i Krzysia też! ;-) Fajnie jest mieć osobistego trenera!

Przez to całe zamieszanie w moim życiu nawet nie zauważyłam, że przyszła wiosna. Na razie raczej w kalendarzu, bo pogoda bardziej listopadowa. Pewnie nawet nie zorientowałabym się, że był Pierwszy Dzień Wiosny, gdyby nie tłumy wagarowiczów.

Czekam teraz z niecierpliwością, kiedy słońce mocniej przygrzeje. Podobno wiosną łatwiej zgubić zbędne kilogramy, więc może natura pomoże mi trochę w moich bojach...