Katarzyna Łupińska od początku założyła, że oprawki do okularów Massada będą ręcznie wyrabiane za granicą, a jej firma zawalczy o międzynarodowego klienta ceniącego elegancję

Kilka razy w miesiącu podjeżdża na najbliższą pocztę, pobiera numerek i gdy nadchodzi jej kolej, wysyła w świat eleganckie paczuszki. W każdej drewniane pudełko, wyścielone szeleszczącym papierem, owinięte czarną wstążką z logo. A w środku hit sezonu, który zachwyca światowych designerów – ręcznie robione oprawki okularowe. To Katarzyna Łupińska, młoda projektantka i jej okulary Massada, które właśnie podbijają świat.

Gdy przed dwoma laty postanowiła wejść na międzynarodowy rynek, miała zaledwie 24 lata. Dziś jej wyroby można kupić w Tokio, Paryżu i Londynie. Oprawki Massady nosi też spora gromadka krajowych celebrytów: Doda, Herbuś, Rusin, Piróg.

Jest drobna, delikatna, z artystyczną duszą. Niekonwencjonalne podejście do biznesu wynikało raczej z konieczności niż ze strategii, bo takiej początkowo nie miała. Dopiero teraz sięgnęła po poradniki – by połapać się w biznesowych sztuczkach, czyta właśnie „Estetykę w marketingu”.

Sama wymyśla nie tylko projekty oprawek, ale też decyduje, gdzie je wykonać i jak sprzedać. Dzięki internetowi zdołała wypromować markę, omijając kosztowne tradycyjne ścieżki. Jedyne założenie, jakiego trzymała się od początku, to stworzenie uniwersalnego produktu na międzynarodowy rynek. Dzięki intuicji i przebojowości zostawiła daleko w tyle całe polskie podwórko.

Zbyt wiele banału i nudy

Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania na warszawskiej ulicy. Łupińska, wówczas studentka wydziału form przemysłowych krakowskiej ASP, dorabiająca na projektowaniu wózków dziecięcych, zaczepia na ulicy chłopaka w fantastycznych okularach. Są oryginalne, mocno odstają od Ray-banów, przez które patrzą na świat modni Polacy. Okazuje się, że to ręcznie robione oprawki z małego angielskiego zakładu.

Spotkanie przeradza się w bliski związek, który trwa do dziś, ale to niejedyny efekt. – Wspominając początki naszej znajomości, narzekaliśmy, że polskie salony oferują banalne i nudne okulary. I tak doszliśmy do wniosku, że może spróbowałabym zrobić coś ciekawego w tej dziedzinie – opowiada projektantka.

Jest wrzesień 2009 r. Kilka dni później Łupińska zagląda do salonu optycznego, który mija po drodze, i wypytuje o rynek. Może są jakieś międzynarodowe targi? Optyk słyszał coś o Paryżu, ale szczegółów nie zna. Łupińska sprawdza w sieci. Znajduje targi, ale z informacja, że tegoroczne właśnie się zaczęły i kończą się za cztery dni. Nie ma wyjścia, na kolejne musiałaby czekać cały rok. Decyduje się więc na ruch dość szalony – rezerwuje samolot tanich linii, w sieci znajduje tani hotel i już nazajutrz ląduje na podparyskim Beauvais.

Pierwsze wrażenie jest piorunujące. – Byłam przerażona, ile jest pięknych okularów na świecie, ale równocześnie jeszcze bardziej zapaliłam się do pomysłu, by zrobić coś własnego – wspomina Łupińska.

Od początku myśli tylko o klasycznych formach, sama dobrze czuje się w takim stylu. Kolejny atut – takie nigdy nie wychodzą z mody. Gdy wpadają jej w ręce stare, podniszczone okulary stryjenki pamiętające czasy, kiedy oprawki robili ręcznie polscy rzemieślnicy, ma pomysł na pierwszy projekt. Jedzie z nim do małego zakładu w Londynie, w którym kupił okulary jej chłopak. Anglicy pomagają nawiązać współpracę z doświadczonym projektantem Sebastianem Woodem. Przez kolejne tygodnie spotykają się albo pracują razem za pośrednictwem sieci. Dzięki programom 3D wymieniają się pomysłami. Pierwsze próbki są gotowe w grudniu, pół roku później powstaje cała kolekcja – sześć modeli, w trzech kolorach każdy. Wszystkie klasyczne i eleganckie, przywołujące lata 30. i 40. minionego wieku. „Zdumiewające”, „porażające prostotą” – zachwycą się wkrótce światowe portale. Wyjątkowość każdej oprawy podkreśla konkretna nazwą, np. dr Strange Love albo Big American Cat.

Oprawki nie są tanie, cena waha się między 680 a 880 złotych. By sfinansować produkcję pierwszej partii, Łupińska z chłopakiem tworzą spółkę i wykładają kilkadziesiąt tysięcy złotych oszczędności. W międzyczasie projektantka wymyśla nazwę marki Massada Eyewears (by z łatwością można ją było wymówić na całym świecie), sama projektuje stronę internetową (wyłącznie w języku angielskim), organizuje sesję zdjęciową z modelami. Jest autorką projektu, kierownikiem produkcji, marketingowcem w jednym, dzięki czemu przedsięwzięcie tworzy harmonijną całość. Latem 2010 r. pierwsza kolekcja jest gotowa, a Łupińska rozsyła informacje po świecie.

Jej marketingowe podejście daleko odbiega od tradycyjnych form promocji – przygotowuje co prawda papierowy katalog, ale stawia przede wszystkim na internet. O swojej marce zawiadamia kilka światowych portali designerskich i lifestyle’owych. To tańsze, szybsze, dużo skuteczniejsze.

Nigdzie nie pisze, że jest młoda, początkująca, że pochodzi z Polski. W ogóle nie pisze, z jakiego jest kraju („Bałam się lepszych lub gorszych skojarzeń. Chciałam, by uwagę przykuwała przede wszystkim oprawka”). Cool Hunter, najbardziej opiniotwórczy portal o trendach, początkowo domaga się pieniędzy za zamieszczenie notki, ale gdy ich nie dostaje, i tak zamieszcza pochwalną recenzję. Inny portal, Trend Hunter („Okulary Massady to przykład szyku i stylu”) jedne z oprawek ogłasza hitem nadchodzącego sezonu 2010. Machina ruszyła.

Dzięki internetowi wieści o Massadzie docierają do Japonii – zachwyca się nimi właściciel kilku modnych salonów optycznych w Tokio. Proponuje Łupińskiej spotkanie na paryskich targach. Tam – zauroczony nie tylko oprawkami, ale i młodziutką projektantką, która wciąż wygląda jak studentka pierwszego roku – organizuje wywiad dla japońskich mediów z sesją zdjęciową i proponuje współpracę. Łupińska trochę nie dowierza tym zachwytom, ale gdy kilka dni po powrocie przychodzi zamówienie na pierwsze kilkadziesiąt sztuk oprawek, dociera do niej, że interes zaczyna się kręcić.

Spływają pierwsze zamówienia, bo Łupińska na stronie internetowej otwiera sklep. Okulary w jej oprawkach zakładają polscy celebryci. Styliści biorą je do modowych sesji, ostatnio pokazała sie w nich Doda. A projektantka, wciąż oszołomiona powodzeniem, wyznaje: – Długo bałam się, że przesadzam, że porywam się na coś zbyt wielkiego. To było strasznie stresujące. Powoli zaczynam się z tym oswajać i coraz lepiej rozumieć. Dzięki temu moja praca dostarcza mi coraz więcej przyjemności.

Sama zajmuje się dystrubucją, co dla artystki stanowi nie lada wyzwanie („Nie uczono mnie w szkole, jak zorganizować sprzedaż, jak przygotować umowy z kontrahentami”). Sama analizuje, który przewoźnik jest tańszy i szybszy, wysyła towar (stąd stałe wizyty na poczcie). Wciąż doskonali ofertę – długo wybierała drewniane pudełko, w które pakuje oprawki, teraz postanowiła dodawać zapach, by klient kojarzył jej produkt z określonym aromatem. Jak wyczytała niedawno, na zmysły równie silnie oddziałuje muzyka, ale nie ma jeszcze pomysłu, jak wcielić to w życie.

Nad klasyczną dystrubucją jeszcze nie myślała, bo teraz zaprząta jej głowę nowa kolekcja oraz przeciwsłoneczna wersja okularów, którą przygotowuje. Soczewki farbowane są w podwarszawskim zakładzie, wszystkie ręcznie, co gwarantuje wysoką jakość i specjalne efekty, na przykład gradację kolorów od brązu do żółci.

To pierwszy i jedyny dotąd polski wątek w całym przedsięwzięciu. Gdy szukała wytwórcy oprawek, nawet nie myślała o krajowych firmach. Może zraziła się, gdy odmówiły jej praktyki, kiedy chciała podpatrzeć, jak wygląda produkcja? Łupińska zaprzecza. – Po prostu Anglicy gwarantowali wysoką jakość i włoskie materiały najwyższej klasy. I z niczym nie było tam problemów – opowiada.

Nie spogląda na polski rynek

A nasz rynek na pewno takie by stworzył, bo dziś nie ma zakładu, który zajmowałby się wyłącznie ręcznym wyrobem oprawek. Nie ma nawet takiego, który zatrudniałby dziś wykształconego projektanta. – U nas projektuje głównie córka, czasem któryś z pracowników – opowiada Aleksander Sawicki, właściciel warszawskiego Optalexu. Kilka lat temu zmniejszył produkcję o 40 procent. To efekt spustoszenia rynku, jaki dekadę temu zalały tanie oprawki z Chin. Zaczęło się od stojaków z przeciwsłonecznymi okularami na stacjach benzynowych, potem doszły metalowe oprawki sprzedawane w supermarketach i aptekach. W efekcie w kraju ocalał tylko jeden producent metalowych oprawek, a wyrobem plastikowych zajmuje się kilka rodzinnych zakładów z ograniczoną produkcją. Przewyższają tandetę jakością tworzywa, zapewniają serwis, ale masowy klient i tak wybiera chiński towar, bo jest dwa razy tańszy.

Skoro produkcja kuleje, ręczne wyroby mogą być traktowane jako hobby. Od dwóch lat takie oprawki promuje Andrzej Bodych, właściciel zakładu optycznego Auster. Znakiem rozpoznawczym jego okularów są ekscentryczne zauszniki: w kształcie gitary, motocykla, szerokich zygzaków, a wśród klientów Nina Terentiew. – Po prostu biorę pilnik i piłuję – opowiada Bodych, z wykształcenia technik obróbki i skrawania. Sam projektantów nie szuka, zresztą klasyczne formy są mu obce.

Nic dziwnego, że Łupińska nawet nie spogląda na polski rynek, za to starannie planuje dalszą karierę swojej marki. Wszystkie zarobki odkłada na własne stoisko na paryskich targach tej jesieni. To spory wydatek (wynajęcie kilku metrów kw. kosztuje 100 tys. zł) i wielkie wyzwanie organizacyjne: trzeba przewieźć towar, postawić ściany, założyć oświetlenie. Myśli już też, jak zaprezentować swe okularowe cacka: może postawi metalowy kwietnik, popularny w latach 50. i na nim rozwiesi oprawki, może wymyśli coś innego? – Jestem nowa. Dobrze wiem, że muszę przykuć uwagę – mówi.