Zdaniem Piotra Metza, naczelnego "Machiny", jest pani wzorem dla Polek.

Monika Olejnik: W żadnym wypadku nie czuję się wzorem, ani do tego nie aspiruję.

A syrenką? Została pani okrzyknięta symbolem nowoczesnej warszawianki, kobiety XXI wieku.

Monika Olejnik: Jest mi bardzo miło, że czytelnicy takiego odlotowego i popkulturowego pisma jak "Machina" wybrali właśnie mnie. To dla mnie niezwykły komplement. Ale to chyba jedyne, co się z tym wyborem wiąże. Co prawda wszyscy mnie teraz pytają, czy będę musiała pełnić jakieś honory...

Na przykład pływać w Wiśle?

O to też pytają. Ale na szczęście nie będę musiała robić takich rzeczy!

Nie dziwi pani, że tym razem czytelnicy "Machiny" wybrali na symbol Warszawy nie artystkę, a kobietę przedsiębiorczą?

Skądże. Jestem dziennikarką, a dziennikarstwo to też sztuka. Zresztą, uważam, że artystka też może być przedsiębiorcza - jak chociażby Madonna, która ma swoją wytwórnię i jest wspaniałą bizneswoman.

Ostatnio media spekulują o słabej kondycji królowej pop. Bycie przedsiębiorczą jednak wykańcza. A jak pani radzi sobie w twardym świecie biznesu i polityki. Czy ma pani jakąś receptę?

Myślę, że daję sobie radę dzięki temu, że mam poczucie humoru, lubię ludzi i jestem optymistką. Poza tym interesuje mnie wszystko, co się wokół mnie dzieje, świetnie odnajduję się w tym, co robię, ale czasem zwalniam i mówię jak Scarlet O'Hara: pomyślę o tym jutro.

Nie uwierzę, że nigdy się pani nie stresuje.

Oczywiście, że się stresuję. Ale z doświadczenia wiem, że najlepszym antydepresantem jest sport. Dlatego kiedy jestem napięta, idę do klubu fitness i przez półtorej czy dwie godziny ćwiczę z koleżankami. Po takiej dawce wysiłku czuję się jak inny człowiek. A poza tym, jak każda kobieta, spotykam się z przyjaciółmi, chodzę do kina.

A jak udaje się pani przemycić kobiecość do pracy?

To kwestia detali. Nie zawsze na górze trzeba mieć coś ekstra, czasem wystarczą fajne szpilki, które dodają kobiecości, szminka i torba.

Plotkuje się o pani setkach par butów...

(śmiech) Nie, nie. Te informacje są mocno przesadzone, chociaż muszę przyznać, że mam ich odpowiednią liczbę. Ale teraz, ponieważ jest kryzys, wystawiam je z szafy i patrzę na nie. W ten sposób sama siebie przekonuję, że mam już bardzo dużo butów i następnych nie potrzebuję.