Ochłonęła już Pani?

Po czym?

Po tym całym zainteresowaniu Pani osobą podczas i po gali Mistrzów Sportu?

Nie przywiązuję do tego zbytniej wagi. Mam tyle obowiązków, że jak "ochłonę" z jednego, to wpadam w drugi. Cały czas coś się dzieje. Tak już mam w życiu, że często towarzyszą mi spore emocje i trochę stresu, ale to lubię.

Jak mąż skacze, to też jest stres?

Trudno powiedzieć. Emocje są zawsze, udzielają się wszystkim. To jest magia tego, co w danej chwili się tam dzieje.

Ocenia pani jego skoki? Porównuje?

To jest rola trenerów. Głupotą byłoby wchodzenie im w paradę. Oglądam skoki jak kibic, nie prowadzę prywatnego rankingu najlepszych skoków męża.

Na igrzyskach w Pjongczang będzie pani reporterką?

Propozycja pojawiła się zimą ubiegłego roku. Długo wahałam się, czy ją przyjąć, czy sprawdzę się w takiej roli. Nie chcę udawać eksperta od skoków, bo nim nie jestem. Podczas rozmów z Eurosportem szukaliśmy pól, na których bym się sprawdziła. Ustaliliśmy, że będę wraz z kamerą przyglądać się Korei, pokazywać kulturę tego kraju, wyłapywać ciekawostki, różnice. Słowem, chciałabym aby widzowie wraz ze mną mieli szanse poznać kraj, który będzie gospodarzem najbliższych Igrzysk.

W to, że się pani nie zna na skokach, wielu nie uwierzy…

Trochę się im nie dziwię, ale to złożone pojęcie w przypadku skoków. Od ponad czterech lat prowadzę agencję marketingu sportowego w skokach, od trzech - klub sportowy Eve-nement Zakopane. Świetnie znam środowisko skoków, w nim się realizuję. Jednak od strony trenerskiej skoki to czarna magia i moim zdaniem osoba która nigdy nie skakała na nartach siłą rzeczy nie zna się na pewnych aspektach. Tak jak powiedziałam, nie wypadałoby mi się udzielać w tej roli ani podczas igrzysk, ani wcale.

Wróćmy na chwilę do gali Mistrzów Sportu. Porównań z żoną Roberta Lewandowskiego, Anną, nie dało się uniknąć.

Nie do końca to rozumiem. Mało jest materiałów na mój temat, nie opowiadam o swoim prywatnym życiu zbyt często, a w takich sytuacjach najłatwiej jest porównywać niż zdobyć ciekawe informacje. Szczerze powiedziawszy nie wiem, co mogę mieć wspólnego z panią Anią.

Łączą was na pewno mężowie sportowcy.

Ale takich żon jest setki, tysiące w całej Polsce. Osobiście trochę mnie to bawi.

Wiele osób zapewne zastanawia się, czy zostanie pani narciarską WAG i będzie się promowała jako "żona znanego męża"?

Gdybym miała to robić, to już dawno bym zaczęła, bo okazję mam od kilku lat, odkąd Kamil wygrywa kolejne konkursy (śmiech). Może niektórych zmartwię, ale tą drogą na pewno nie pójdę. Mam zamiar promować to, na czym mi zależy i czego się podjęłam i wcale nie przez swoją prywatność. Mowa o klubie sportowym czy sklepie z czapkami Kamila – Kamiland.pl, które projektuję.

Znowu pani nie uwierzą, że nie wykorzystuje pani swojego wizerunku do promocji.

Jeżeli dzięki temu, że jestem Ewą Bilan-Stoch, mogę zyskać przychylność ludzi do pomocy w naszym klubie, jeśli mogę zrobić coś dobrego, promując to swoją osobą, to korzystam, ale nie mam potrzeby uzewnętrzniania każdego fragmentu mojego życia, poddawania go ocenie innych. To, czym chcę się dzielić, pojawia się na mojej stronie oraz na Instagramie. Są jednak rzeczy, które zostawiam dla siebie, i to się nie zmieni. To moja osobista sprawa.

Po gali były porównania do Anny Lewandowskiej, ale był też zachwyt nad pani strojem a zwłaszcza koralami.

Te korale to prezent od męża. Stwierdziłam, że są na tyle piękne i wyjątkowe, że pasują nie tylko do góralskiego stroju, choć z tą myślą je otrzymałam. Mimo, że wychowałam się na Podhalu, od pewnego czasu na nowo wsiąkam w kulturę tego regionu. Na przykład od roku uczę się tańca góralskiego.

I jak pani idzie?

Zawsze byłam człowiekiem sportu, ale zamiast na parkiecie, spędzałam czas na macie i trenowałam judo. Stwierdziłam jednak, że nigdy nie jest za późno na nowe pasje i zainteresowania. Poza tym to było moje postanowienie noworoczne jeszcze z ubiegłego roku. Kiedy się ogląda taniec góralski z boku, wydaje się dosyć łatwy, ale to godziny treningów, by dojść do perfekcji i wprawy. Trzeba mieć niezłą kondycję. Na szczęście panowie mają w tym tańcu znacznie gorzej, więc ja jako kobieta nie mam, co narzekać.

A skąd się wziął pomysł na judo?

Zawsze fascynowały mnie filmy z lat 90. z mistrzami sztuk walki. Razem z moją mamą szukałam sekcji, do której mogłabym się zapisać. Padło na judo, choć miałam też epizody z innymi sportami walki. Okazało się, że judo jest najbliższe memu sercu. Kto raz spróbuje, zakocha się w tym bez reszty.

Znowu będą porównywać, bo Anna Lewandowska trenowała karate…

Pewnie nie raz słyszała pani pytanie "Taka delikatna blondyneczka i sporty walki?".

Zdarzało się, ale judo to wbrew pozorom filozofia łagodności. Nie do końca chodzi o to, żeby być jak najsilniejszym, tylko sprytnym. Wykorzystać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Ustąp, a zwyciężysz. Polecam także w życiu.

To od judo przeszła pani do marketingu sportowego, którym dziś się zajmuje?

Nie. Judo skończyło się trochę wcześniej. Przez pewien czas szukałam pomysłu na siebie, na życie. Kiedy Kamil skałał, ja byłam obok. Dostawałam zlecenia na zdjęcia naszej drużyny, pomagałam, w czym mogłam. Jeden z kolegów, Dawid Kubacki, stwierdził, że fajnie by było, gdybym zajęła się jego sprawami, że mam taką osobowość, dzięki której łatwo nawiązuję kontakty z ludźmi. Zrobiłam kurs, zdobyłam uprawnienia i działam.

Jak to jest być menadżerem męża?

Normalnie. Śmiejemy się czasem, że ja pracuję dla męża o on dla mnie. Z resztą podobnie jest z Dawidem i Stefkiem. Rozczaruję tych, którzy doszukują się konfliktu w pracy między małżonkami. W tej kwestii jesteśmy z Kamilem wręcz nudni, o wszystkim rozmawiamy. Nie ma sytuacji, by stawiać coś na ostrzu noża. Chyba że ktoś inny nas na nim postawi, wtedy mamy wspólny cel.

Jak się pani odnajduje w męskim świecie skoków?

To są raczej dwa światy. Ze światem menadżerów nie miałam problemu i zazwyczaj czułam duże wsparcie. Myślę, że kobieta może w tym środowisku odnaleźć swoje miejsce i często łagodzi obyczaje. Inaczej było, gdy zakładałam klub sportowy. Problemów było bardzo dużo. Często spotykałam się ze stwierdzeniem, że "baba powinna siedzieć w domu".

To hashtag, który pojawia się przy pani zdjęciach na Instagramie.

To mój mały manifest kobiecości. Mimo że spełniałam wszystkie warunki, wielu osobom nie podobało się, że baba bierze się za sport. Cieszę się, że po trzech latach mój klub jest stawiany jako wzór szkolenia dzieci w skokach narciarskich. Mam wsparcie, akceptację. Cieszę się z takiego rozwoju spraw. Swoją pracą przekonałam wszystkich niedowiarków.

Znalazła pani już następców męża czy Adama Małysza?

Nie lubię słowa "następca". Na pewno mamy w klubie dużo talentów, sporo indywidualności, ale nie chce porównywać. To do niczego nie prowadzi poza dodatkowa presją. Kładę nacisk na pielęgnowanie w każdym jego indywidualnych cech. Mam nadzieję, że kibice będą mieli okazję kiedyś te dzieciaki pokochać jako najlepszych polskich skoczków. Nie każdy może wygrać igrzyska. Ale może kiedyś być dobrym trenerem, serwisantem, każdym kim zechce, ale wierzę że wspomni, że w Klubie Eve-nement spędził niegdyś najlepsze lata.

A jaki jest świat skoków?

Jest pełen sprzeczności - z jednej strony spektakularne sukcesy zawodników i drużyny, kolejne których do tej pory w naszej historii nie było. Z drugiej niestety wciąż za mało osób myśli o tym, co będzie za kilka lat. Niewiele się w tym kierunku robi. Mamy wielki problem ze skoczniami. Zakopane to stolica skoków i zimy, wychowali się tam wspaniali skoczkowie, a my wciąż mamy problem z wyciągiem, przygotowaniem obiektów. Jeśli ktoś tego nie zauważy, będzie trudno trenować kolejne pokolenia.

Jak dokonuje pani selekcji sponsorów, ofert reklamowych jako menadżerka? Zdarzają się tak dziwne, jak chociażby to, które otrzymał Robert Lewandowski, czyli propozycję reklamowania trumien?

Bywa wiele śmiesznych propozycji. Czasem bardzo szanowane firmy wymyślają taki koncept reklamowy, że nie wchodzimy w niego, bo już na wstępie oczami wyobraźni widzę jak ludzie reagowaliby na chłopaków na ulicy. Pierwszym kluczem doboru jest to, jak sam zawodnik czuje się związany z produktem. Nigdy nie promujemy tego, pod czym byśmy się nie podpisali. Pewnie ktoś zapyta, czemu Kamil promuje marki budowlane i co to ma wspólnego z jego dyscypliną ale często za firmą kryje się jej podejście do pracowników, filozofia, które sprawiają, że nie ma problemów z wejściem w taką współpracę.

Musi mieć pani oczy dookoła głowy i czasem przypilnować również szachownicy na kasku męża? Prawicowi politycy doszukiwali się w niej hołdu dla ofiar Smoleńska.

To naprawdę bardzo irytujące, gdy ktoś zawłaszcza sobie ideę i dopowiada swoją interpretację, zmieniając cały koncept. Wtedy muszę reagować. Nieważne, czy to dotyczy Kamila, czy któregoś z chłopaków.

Często się to zdarza?

W różnym stopniu niemal codziennie.

Skąd się wzięła u pani pasja fotografowania?

Nie miałam w rodzinie nikogo, kto mógłby mi o tym opowiedzieć, pokierować mną. Dorastałam w czasach, kiedy aparaty były na klisze. Dopiero, kiedy byłam w liceum, zaczęły wchodzić pierwsze aparaty cyfrowe. Zaczęłam się tym interesować, miałam epizody z różnymi lokalnymi projektantami, pozowałam w sesjach zdjęciowych. Jednak coraz bardziej pasjonowało mnie stanie za obiektywem niż przed.

Co lubi pani fotografować?

Lubię gdzieś pojechać i dokumentować to, co zobaczę. Czasem wracam w to samo miejsce i fotografuję raz jeszcze. Poza tym lubię robić akty.

Męża też pani uwiecznia?

Uwielbiam mu robić zdjęcia. Jest świetnym modelem, co często słyszę także od innych fotografów, kiedy realizujemy różnego rodzaju materiały. Zazwyczaj jednak to ktoś inny robi mu zdjęcia, tak jest wygodniej. Ja mam na to bardzo mało czasu, głównie na wakacjach. Wtedy go zamęczam (śmiech).

Do aktów też pani pozował?

Tak i nie tylko on, ale cała ekipa skoczków. Wystawa z tymi zdjęciami krąży po Polsce, bo czasem je udostępniam. Te prace zbierają bardzo ciekawe recenzje. Ludzie gratulują mi odwagi, bo przecież znowu baba powinna siedzieć w domu, a nie rozbierać panów i jeszcze ich fotografować.

Jak żyje się z mężem, którego często nie ma w domu?

Rozmawiamy ze sobą codziennie, nawet gdy go nie ma. To oczywiście inne rozmowy, niż te, kiedy możemy popatrzeć sobie w oczy, uśmiechnąć się, przytulić. Kiedy Kamil wraca z zawodów, mamy dla siebie czasem dwa- trzy dni w tygodniu. Mamy czas razem zjeść śniadanie, kolację.

Te posiłki to bardzo restrykcyjna dieta?

Kamil może jeść wszystko. Jest mistrzem przyrządzania śniadań i robi to po królewsku. Celebrujemy ten moment, gdy tylko możemy.

Na śniadanie do łóżka też może pani czasem liczyć?

Nie preferuję takich rzeczy. Te przy wspólnym stole w kuchni, to najbardziej praktyczne i wygodne rozwiązanie.

Żony skoczków mają zakazy i nakazy?

Raczej nie. Każda z nas wie, kiedy i na co może sobie pozwolić. To też jest zależne od sytuacji, bo niektóre z nas pracują w środowisku i po prostu wykonują swoje obowiązki – czy to menadżera, fotografa czy dostawcy sprzętu, jak chociażby Marcelina Hula, która szyje skoczkom kombinezony.

Wielkim fanem skoków był prezydent Bronisław Komorowski, jego następca Andrzej Duda również często pojawia się na zawodach. Jest czas na prywatne rozmowy z głową państwa?

Jeden i drugi prezydent zapraszał do siebie na rozmowy przy śniadaniu całą drużynę. To miły gest i nieważne jest, z jakiego ugrupowania wywodzi się głowa państwa. Liczy się sposób docenienia pracy chłopaków. Kiedy prezydent gratuluje i uchwycą to kamery, zawsze ktoś stwierdzi, że to chęć ogrzania się w blasku skoczków, ale gdyby nie przyjechał, ktoś inny stwierdziłby, że się nimi nie interesuje. Prezydent Andrzej Duda jest autentycznie bardzo zainteresowany sportem, gdybym była na jego miejscu też pozwalałabym sobie na takie przyjemności jak kibicowanie skoczkom.

Którego z rywali męża pani lubi?

Skoczkowie to bardzo otwarte środowisko, jedna wielka rodzina. Nie ma osób, których nie lubię. Bardzo szanuję Petera Prevca, przyjaźnimy się z Andreasem Wankiem. Nie mogę nie wspomnieć o Noriakim Kasai, który podbija serca wszystkich. To uroczy człowiek, niczego nie udaje, fantastycznie można z nim spędzić czas.

Igrzyska to koncentracja na tym, aby zdobyć medal?

Kamil skacze głównie dla przyjemności, bo zdobył wszystkie trofea, o których marzył. Ale też gdy skacze w ten sposób, najlepiej mu to wychodzi. Na pewno ma swoje cele ale nigdy o to nie pytam. Z jednej strony jedzie więc na igrzyska wyluzowany, a drugiej skoncentrowany na tym, co trzeba zrobić.

A jak będzie już po wszystkim, to…

Pojedziemy na wakacje. Bardzo bym chciała wrócić do Afryki, przejechać stopem od Kenii do Tanzanii, ale Kamila mi się na to namówić nie uda. Na ekstremalne wypady się niestety nie nadaje. Woli odpoczywać w spokojnych, bezpiecznych miejscach, gdzie wszystko jest pod kontrolą. Nieprzewidywalność nie jest jego ulubionym elementem wypraw i życia. Przynajmniej dopóki skacze na nartach.

Wszyscy zastanawiają się, kiedy Kamil Stoch zostanie tatą.

Na takie tematy mogę sobie porozmawiać z przyjaciółmi.