Czy w dobie internetu i sms-owych przyjaźni rozstanie w cztery oczy to luksus nie do zdobycia? Najwyraźniej tak. Na dodatek, do tej pory słyszało się o różnych niebezpieczeństwach związanych z logowaniem się na portalach społecznościowych, jednak po raz pierwszy cios zadała komuś tak bliska osoba.

Reklama

35-letnia Emma Brady, za radą swoich koleżanek z pracy założyła sobie konto na Facebooku, bo podobno to świetna zabawa. Jakie było jej zdziwienie, kiedy zadzwoniła do niej koleżanka z Danii, pytając, jak się czuje w związku z Neilem, jej mężem. W ten sposób Emma, dowiedziała się, że na swoim profilu zamieścił on informację o końcu swojego małżeństwa.

Emma odebrała potem falę telefonów od ludzi, z którymi nie rozmawiała od lat, a którzy zdążyli już usłyszeć o jej rozstaniu. Najsmutniejsze było dla niej to, że sytuację komentowali zarówno jej znajomi, jak i całkiem obcy ludzie, którzy najwyraźniej znali całą sytuację. Neil musiał rozmawiać z nimi online, bo z nią tego nie robił.

Po tym feralnym dniu, Emma wróciła do domu. "Spytałam Neila, czy ma mi coś do powiedzenia, a on po prostu odparł: nie. Zachowywał się jak zawsze, jakby nic się nie stało" – relacjonuje pani Brady.

Sprawa całkowicie wyszła na jaw, kiedy pani Brady pozwała swojego 39-letniego męża, konsultanta w branży IT, o obrazę i naruszenie prywatności.

Ich 6-letnie małżeństwo było podobno już od dawna na krawędzi rozstania. Brady bronił się, że żona spotykała się z innym mężczyzną, co jednak nie wyjaśniało, dlaczego postanowił w taki sposób przekazać jej swoją decyzję o rozwodzie.

Wcześniej, podczas jednej z kłótni, pan Brady uszkodził żonie nadgarstek, wyrzucił ją z domu i zamknął na tyłach ogrodu. Przyznał się w sądzie do winy i za karę musiał zapłacić grzywnę 580 funtów i jeszcze 100 funtów tytułem odszkodowania.

Teraz Neil Brady mieszka z matką i zarzeka się, że wspominał żonie o separacji.