Osiągnęła pani już bardzo dużo. Jest pani rozpoznawalna, lubiana i szanowana. Czy czuje się pani spełnioną kobietą?

Myślę, że nikt nigdy nie jest do końca spełniony. Do końca można być spełnionym jedynie wtedy, kiedy żegnamy się z tym światem.

Gra pani Annę, moherowy beret, w spektaklu "Berek, czyli upiór w moherze". Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić pani w tej roli. Co w tej kreacji skusiło panią do jej przyjęcia?

O to właśnie chodzi, żeby znajdować sobie takie role, które są zupełnie inne niż te, które grałam do tej pory. Nie znaczy to jednak, że bohaterka, którą obecnie gram, pozbawiona jest energii. Ona jest niezwykle silną postacią w zastępie moherowych beretów.

Grała pani też prostytutkę, gwiazdę porno, Violettę Villas. Lubi pani takie ekstremalne wykorzystanie kobiecości w granej przez siebie postaci?

To zawsze jest ciekawsze. Mamy wokół siebie bardzo dużo szarości, wszystko jest powszednie. A te postacie są ekstremalnym odbiciem naszej rzeczywistości.

W takim razie czy jest jakakolwiek rola, której by się pani nie podjęła? Np. rola lesbijki albo mężczyzny?

A dlaczego nie miałabym grać lesbijki? Bardzo chętnie bym zagrała! Być może będzie to w najbliższym czasie możliwe, prowadziłam już na ten temat wstępne rozmowy.

Czy w ten sposób, grając wyraziste postaci, rozładowuje pani nieskończone pokłady energii?

Wbrew pozorom jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Nie szukam rozgłosu, nie chodzę po imprezach, po prostu tego nie potrzebuję.

Może to tak właśnie działa, że gwiazdka mdłego serialu biega po bankietach, wywołuje skandale, by zwrócić na siebie uwagę, a pani wyszaleje się na scenie, pokazując nam zaciętą moherową babcię albo gwiazdę porno, a na co dzień potrzebuje spokoju...

Może ci ludzie właśnie spalają całą swoją energię na bankietach i nie starcza im czasu na poszukiwania. Ja po prostu poszukuję. W teatrze, bo jeśli chodzi o polski film, to ostatnio zagrałam dość brawurową rolę w “Bellissimie” (2001, reż. A. Urbański – przyp. red.) i od tego czasu nie dostałam żadnej ciekawej propozycji filmowej.

Tak dużo propozycji pani odrzuca czy po prostu nie ma ich za wiele?

Niestety, ale działa to na takiej zasadzie, że kiedy kobieta kończy 40 lat, odstawia się ją na boczny tor. Dopiero, kiedy pomarszczy się jak suszona śliwka, wróci do obiegu, bo będzie się nadawać do ról babć. A przecież w okresie między młodością a starością po prostu trzeba coś ze sobą zrobić, dlatego aktorka musi sama szukać dla siebie ról.

A czy zdarza się pani zaciekle walczyć o jakąś rolę? Kiedy na przykład wyrzucają panią drzwiami, a pani wraca oknem?

Nie jestem namolna. Po prostu kiedy dostaję propozycję, rozważam, czy ją przyjąć, czy nie. Największy problem jest ze znalezieniem miejsca, gdzie mogę zagrać. I bardzo się cieszę, że "Berek..." mógł powstać w Teatrze Kwadrat. Ale nie zawsze tak wychodzi. Dlatego właśnie Krystyna Janda zamiast czekać na to, co inni jej zaproponują, założyła sobie teatr. Ona jest doskonałym przykładem tego, że nie można czekać, aż ktoś nas zobaczy tak, jak chciałybyśmy być widziane. Ja obecnie wciąż dostaję role business woman, bardzo bogatych kobiet, matek głównych bohaterów. Nikt nie sięga dalej. Ale nie jestem osobą, która dręczy producentów, by stworzyli rolę dla mnie.

Panuje stereotyp kobiety po pięćdziesiątce, która jest zmęczona życiem, zrezygnowana, po prostu stara. Jak pani sobie z nim radzi?

Dawniej osoba, która ma 50 lat, w ogóle uznawana była za bardzo starą. Ja też tak myślałam. A teraz sama mam 50 lat i w ogóle tego nie czuję. Bo najważniejszy nie jest wiek, tylko mentalność. To, że się starzejemy, to naturalna kolej rzeczy. Ale nie można się poddawać.

Czy dlatego wzięła pani udział w kampanii Dove "Piękno nie pyta o wiek"?

Bardzo chętnie wzięłam w niej, wraz z Edytą Jungowską i Beatą Tyszkiewicz. Kampania mówiła o akceptowaniu siebie i swojego ciała. Obecnie świat zwariował, kobiety też zwariowały, wciąż chcą być bardziej atrakcyjne. Oczywiście, że lepiej jest być piękną, bogatą i młodą niż brzydką, biedną i starą. Ale już nie przesadzajmy z tą atrakcyjnością! Przecież gdybym miała wymienić moje marzenia, nie mówiłabym o następnej parze butów czy torebce, tylko o tym, że chciałabym spotkać wspaniałego człowieka, zrobić coś fajnego, gdzieś pojechać, rozwijać siebie.

A może po prostu jest pani wyjątkiem, a inne kobiety doskonale pasują do tego stereotypu?

Trudno mi to oceniać. Znalazłam dla siebie przestrzeń, w której mogę działać. A i tak mi się wydaje, że mało robię. Czasem mam wrażenie, że można więcej. A czasem mogłabym zupełnie nic nie robić. I nie cierpię, kiedy mam wolne. Wyjeżdżam wtedy na narty albo do ciepłych krajów i całymi dniami opalam się, pływam. Wtedy ładuję akumulatory.

Ludzie realizują się nie tylko zawodowo. Pani, poza aktorstwem, jest żoną i matką. Jak sie pani czuje w tych rolach? Czy trudno wytrwać z jednym i tym samym partnerem przez tyle lat?

Nie. To się po prostu udało.

A jak wyglądają pani relacje z córką? Są bardziej matczyne czy raczej koleżeńskie?

Teraz już koleżeńskie. Choć oczywiście jest jakaś granica. Ona w pewnym momencie musiała po prostu wyzwolić się spod kurateli mamy. Myślę, że trudno było jej uwierzyć w siebie, bo zawsze była trochę przytłaczana moimi sprawami. Aż w końcu uwierzyła, że może robić to, w czym czuje się dobra. Obecnie kształci głos i szuka miejsca, gdzie mogłaby nagrać płytę. A ja nawet nie wiedziałam, że ona się tym zajmuje i ma takie plany! W mojej córce zawsze miałam ogromne oparcie. Żałuję też, że nie mam więcej dzieci. To nie jest tak, że moje role są moimi najważniejszymi dziećmi. Gdybym miała tylko je, byłabym chyba najnieszczęśliwszą kobietą na świecie. Urodzenie dziecka było bardzo ważnym momentem w moim życiu.

To może chciałaby pani być już babcią?

Nie sądzę, by coś się w moim życiu zmieniło poza nazewnictwem. Choć oczywiście byłoby to ważne dla mojej rodziny. I zapewne tak jak ja często nie rozumiałam mojej matki, dopóki nie miałam własnego dziecka, tak i moja córka inaczej na mnie spojrzy. A ja na pewno będę zabierała jej dziecko na spacery!

Na koniec chciałabym spytać o pewną ciekawostkę. Pani wielbicieli czeka wkrótce nie lada gratka. Z okazji Walentynek będą mogli zakupić na aukcji charytatywnej pani pończochy. Skąd ten pomysł?

Poproszono mnie o to. Najpierw poproszono mnie o majtki. Powiedziałam jednak, że to jest zbyt intymna część garderoby. Cała akcja jest sporą prowokacją, a ja już miałam dosyć drążenia tematu moich majtek, po tym, jak raz zażartowałam w programie Kuby Wojewódzkiego (na temat rozbieranej sesji - przyp. red.). Dlatego stanęło na pończochach.