W drugim kwartale firma Crocs z Niwot w Kolorado zwiększyła swoje profity o rekordowe 72 proc. Crocs świetnie radzi też sobie na giełdzie. Od początku roku wartość akcji spółki wzrosła o 60 proc., co stawia ją w szeregu najlepiej rozwijających się spółek giełdowych w USA.

Podobnie było zresztą w ubiegłych dwunastu miesiącach. Za takie wyniki szef firmy John McCarvel został w minionym tygodniu uznany przez kapitułę American Business Awards za najlepszego amerykańskiego menedżera 2010 roku w kategorii biznesowy przełom.

W czym chodzi Bush?

Wyróżnienie rzeczywiście mu się należało. To właśnie 54-letni McCarvel wyprowadził Crocsa z depresji, w jakiej firma znalazła się kilka lat temu. Dołek przyszedł zupełnie nieoczekiwanie. Tym bardziej że z początku historia Crocsa wyglądała jak piękna biznesowa baśń. Wszystko zaczęło się jeszcze pod koniec lat 90., gdy trzej kumple z Boulder w Kolorado wybrali się na wspólne żeglowanie po Morzu Karaibskim. Jeden z nich był wcześniej w Kanadzie, skąd przywiózł dziwaczne chodaki wykonane z miękkiej pianki podobnej do tej, jaką wykorzystują nurkowie. Buty może i wyglądały nietypowo, ale okazały się bardzo wygodne i praktyczne.

Koledzy postanowili zbudować wokół nich biznes. Wybrali się do Kanady i odkupili patent od wynalazcy, który najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z potencjału tkwiącego w piankowym chodaku. Buty okazały się niemal natychmiast wielkim hitem. Choć początkowo widziano w nich tylko wygodne plażowe obuwie, crocsy szybko wmaszerowały na nowe rynki.


Pokochali je gwiazdy Hollywood (Al Pacino), gospodynie domowe, a nawet gospodarze Białego Domu. Prezydent George Bush dał się kiedyś sfotografować w czarnych crocsach włożonych na skarpety, podobnie było później z Michelle Obamą i jej córkami. Crocsy stały się wręcz tematem ostrych debat w magazynach poświęconych modzie: jedna strona barykady uważała je za szczyt szpetoty i złego smaku, inni wysławiali pod niebiosa jako ucieleśnienie wyluzowanego śródziemnomorskiego szyku.

Podróbki to klęska

Sukces szybko przerósł trzech założycieli firmy. Wycofali się z biznesu, przekazując stery w ręce profesjonalnych menedżerów, którzy wprowadzili firmę na giełdę (największy debiut obuwniczy w historii USA) i postanowili rozszerzyć działalność na skalę globalną. To wówczas Crocs zaczął wpadać w kłopoty. Siła butów od początku tkwiła w ich prostocie i umiarkowanie niskiej cenie (ok. 30 dol.). Nie na tyle jednak niskiej, by odstraszyć fałszerzy. Zachodnie rynki zaczęła zalewać fala podrobionych plastikowych crocsów – nieco mniej wygodnych i nie tak starannie wykonanych, ale za to kilkakrotnie tańszych. Firma z Kolorado próbowała bronić się przed tym na drodze sądowej – na niewiele się to jednak zdało. Czarę goryczy dopełniło jeszcze orzeczenie japońskiego urzędu ochrony konsumenta, który ostrzegał przed negatywnymi skutkami noszenia crocsów przez kilkuletnie dzieci o słabiej wyrobionych mięśniach stóp.

To wówczas genialny z początku model biznesowy zaczął chwiać się w posadach, a w latach 2008 i 2009 firma przyniosła duże straty.

McCarvel stanął na czele firmy na początku 2010 roku. Ten menedżer z doświadczeniem w branży elektronicznej nie był w firmie nową twarzą, bo już wcześniej zajmował w niej odpowiedzialne stanowiska. Teraz jednak dostał do ręki pełnię władzy. Jego najlepszym posunięciem było wprowadzenie na rynek nowych modeli crocsów (od crocsów trampek poprzez crocsy podszyte futerkiem do crocsów na obcasach; w sumie modeli jest ponad 250), co stworzyło z nich buty na każdą porę roku i pogodę. Mocno rozbudował też obecność firmy w internecie. – Crocsy znowu ruszyły na podbój świata – mówił w jednym z wywiadów.