Problem wynika z tzw. rejonizacji. Szkoła ma obowiązek przyjęcia dzieci, które mieszkają najbliżej placówki. Rodzice meldują więc dzieci u znajomych czy rodziny, która mieszka w pobliżu szkoły, do której chcą posłać dziecko. – Biuro ewidencji ludności poinformowało mnie o 30 nowych uczniach, którzy zamieszkali w rejonie – mówi Elżbieta Bazyl, dyrektorka cieszącego się renomą Gimnazjum nr 11 w Warszawie. W tej chwili na 150 miejsc w jej szkole jest 500 chętnych. Podobny problem dotyczy dużych miast, gdzie jest silna konkurencja na rynku edukacji. – Gimnazja w rejonie są przeciętne. Wolimy lepszą szkołę – mówi nam rodzic 13-latka ze Szczecina, który właśnie przemeldował syna do znajomych, żeby zapewnić mu przyjęcie.

Pojawiają się więc sugestie, by zlikwidować rejonizację na poziomie gimnazjów, jak stało się w przypadku liceów. – Jestem zwolennikiem wolnego rynku także w edukacji. Rodzicom bardziej zależy na tym, aby dzieci uczęszczały do dobrej i bezpiecznej szkoły, a nie do placówki blisko domu – przekonuje Seweryn Szatkowski, dyrektor Zespołu Szkół nr 61 w Warszawie. Jednak jest i druga strona medalu: dziecko powinno móc pójść do pobliskiej szkoły. – Państwo musi zapewnić miejsce do nauki ok. 400 tys. gimnazjalistów, dlatego zawsze będzie podział na szkoły lepsze i gorsze – ocenia była minister edukacji Krystyna Łybacka. Dodaje, że rodzice powinni wymagać na dyrektorach, aby podnosili jakość nauczania i wzbogacali ofertę edukacyjną.