Aleksander Nalaskowski: Afery, korupcja i wagary to w szkołach niepublicznych egzotyka

O ocenie szkół niepublicznych w Polsce decyduje tak naprawdę prosta, ewangeliczna zasada: "po owocach ich poznacie". I myślę, że tak na te szkoły trzeba patrzeć. Oczywiście jeśli się tylko pozbędziemy uprzedzeń i kompleksów.

Analizując wyniki badań naukowych i stosując nawet potoczny ogląd, łatwo dojść do wniosku, że szkoły niepubliczne mają wyższe wyniki w zewnętrznych testach gimnazjalnych i egzaminach maturalnych niż placówki publiczne. Także odsetek zdających maturę - tę nową -jest wyższy niż w innych szkołach. Niepubliczne gimnazja w zasadzie nie znają problemu agresji czy przemocy wśród uczniów, nie mają problemów z wagarami, menelstwem czy znaczącym naruszaniem obyczajów. Dla nauczycieli tych placówek są to kłopoty niemal egzotyczne i z innego świata.
Niepubliczne placówki oświatowe w znacznie większym stopniu niż publiczne angażują do współpracy rodziców, których szeroko pojęta obecność w życiu szkolnym nie jest niczym szczególnym. To w takich szkołach w zasadzie oczywista norma.

Dyrektorzy szkół niepublicznych są oszczędniejsi i racjonalniej wydatkują powierzone im środki. Badania z roku 2005 pokazują, że wykształcenie jednego maturzysty na średnim egzaminacyjnym poziomie 75 proc. jest o 24 proc. tańsze niż w placówkach publicznych. Szkoły niepubliczne oferują przy tym najczęściej znacznie szerszy program kształcenia uzupełniającego - kino, teatr, wycieczki, spotkania, koncerty, etc. - niż szkoły publiczne.

Placówki niepubliczne są także w moim odczuciu wolne od afer obyczajowych, korupcyjnych czy dyscyplinarnych. Prowadzą bardzo uważną politykę kadrową i starannie dobierają nauczycieli. Niewielu chce pamiętać, że szkoły niepubliczne są prowadzone nie tylko na własny rachunek ekonomiczny, ale i na własny rachunek sumienia.
Mam wrażenie, że w Polsce problem szkół niepublicznych jest problem ideologicznym. To nasza tęsknota za egalitaryzmem - który w rodzimym wydaniu oznacza "wszyscy jednakowo źle", za skutecznością działania. A w końcu jakie znaczenie ma to, czy Fleming (odkrywca penicyliny) ukończył szkołę prywatną, czy państwową? Ważne, że penicylina jest skuteczna!

Jeśli jest grupa rodziców, którzy chcą inwestować w edukację dziecka zamiast w kolejne luksusowe auto czy wczasy w egzotycznym kraju, należy na to pozwolić i nie można im tego zazdrościć. W placówkach niepublicznych kształcą się polskie dzieci polskich rodziców, nauczane przez polskich, wyedukowanych na polskich uniwersytetach nauczycieli. To tylko nasza korzyść.

---------------

Barbara Fedyszak-Radziejowska: W szkole publicznej dzieci poznają prawdziwy świat

Pytana o szkołę dla moich dzieci, odpowiadam tak: po pierwsze - chcę mieć możliwość wyboru, po drugie - wybieram szkołę publiczną.

Dlaczego? Otóż szkoły niepubliczne w Polsce mają dziś różne oblicza. Są wśród nich małe szkoły wiejskie uratowane przez rodziców przed likwidacją i prowadzone przez stowarzyszenia lub fundacje. Są szkoły katolickie, szkoły prowadzone przez STO oraz niepubliczne szkoły prywatne - pomyślane przez swoich właścicieli jako źródło dochodu. Niepubliczna szkoła ma więc wiele twarzy, podobnie jak wiele twarzy ma oferta szkół publicznych. I taka sytuacja tworzy w moim odczuciu właśnie normalność - bo rodzice mają możliwość wyboru.

Trójka moich dzieci sprawiła, że na swej rodzicielskiej drodze miałam przyjemność osobiście poznać trzynaście różnych szkół, w tym dwanaście publicznych i jedną niepubliczną. Dwoje starszych dzieci ma edukację szkolną już za sobą, a trzecie jeszcze uczy się w liceum. Doświadczenia te pozwalają mi jednak na porównania i sprawiają, że mam poczucie, iż doskonale wiem, o czym mówię.

Od szkoły oczekuję trzech rzeczy. Przede wszystkim tego, że moje dziecko zdobędzie w niej dobre wykształcenie - wiedzę, umiejętności, samodzielność myślenia. Że zostanie ono dobrze przygotowane do dorosłego życia oraz że równie dobre wykształcenie i przygotowanie do życia zdobędą jego przyjaciele, przyszli współpracownicy, sąsiedzi, zwierzchnicy i podwładni. Wbrew pozorom dobre wykształcenie moich dzieci to za mało, by zapewnić im szczęśliwą przyszłość. Jeśli będą żyć i pracować w Polsce - a tego chcę - podobnie dobrze wykształcone powinno być ich otoczenie. A za powszechną edukację w Polsce w zdecydowanej większości odpowiadają szkoły publiczne i przez najbliższe lata nic się w tej kwestii nie zmieni.

Nie traktuję szkoły jako miejsca, w którym moje dziecko ma zdobyć jedynie zdecydowaną przewagę nad rówieśnikami - będzie znało więcej języków obcych, będzie miało więcej wiedzy, więcej tenisa czy zagranicznych wycieczek. Ważniejsze jest dla mnie to, by na swojej edukacyjnej drodze spotkało dobrych nauczycieli, rówieśników ciekawych świata oraz trochę prawdziwych problemów, których rozwiązanie pozwoli mu zrozumieć innych - niekoniecznie podobnych do niego ludzi.

Nie oczekuję od szkoły, że doprowadzi moje dzieci na "szczyt" i pozwoli im stać się elitą. To muszą osiągnąć same - jeśli oczywiście uznają, że warto o to zabiegać. Chcę, by podobne wykształcenie, wiedzę i umiejętności zdobyła możliwie najliczniejsza grupa ich rówieśników. A to, w moim przekonaniu, oznacza, że szkoła publiczna musi być bardzo dobra, bo to ona odpowiada za poziom wykształcenia większości. Dzięki rywalizacji i współpracy wszystkich szkół - publicznych i niepublicznych - szansa na dobrą szkołę publiczną jest większa.

Uważam, że szkoła publiczna może dać dziecku wszystko to, co niepubliczna, a nawet coś więcej. Może mu dać bowiem cenne doświadczenie zdobyte w realnym, często trudnym i biednym życiu - czyli takim, jakie ono naprawdę jest. Taka szkoła pozwala dzieciom samodzielnie budować poczucie wspólnoty, więź i solidarność z innymi. Szkoły niepubliczne zaś - czasami - budują poczucie wspólnoty tylko dzięki wyraźnie większej zamożności rodziców.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że szkoła publiczna dostarcza też i takich doświadczeń, z którymi nasze dzieci źle sobie radzą. I wtedy musimy zmienić szkołę. Ale dzięki różnorodności mamy możliwość wyboru – i to właśnie jest wartością bezcenną.