Zaszłam w ciążę. Miałam jednak komplikacje i musiałam pójść na zwolnienie. Gdy wróciłam do pracy, wszyscy patrzyli na mnie jak na intruza. Niestety, ciążę straciłam. Ale atmosfera wokół mnie zaczęła się zagęszczać. Dostawałam polecenia zupełnie niezgodne ze stanowiskiem, które zajmowałam - adresowałam koperty, naklejałam znaczki. Ludzie patrzyli na mnie jak na kogoś, kto stanowi zagrożenie. Zagrożeniem była oczywiście ciąża. Absurd.

Czułam się pokrzywdzona, bo jako matka 4-letniego dziecka rzadko korzystałam ze zwolnień. I wcześniej udowodniłam, że mogę być dyspozycyjna - pojechałam do pomocy na kilkudniowe forum w Gdańsku, za co dostałam nawet nagrodę prezesa. Po moim poronieniu wszystko się zmieniło. Kiedy poprosiłam szefa o to, bym mogła pracować od 8 do 16, a nie jak do tej pory od 9 do 17 - tak, żebym mogła odbierać dziecko z przedszkola, usłyszałam, że zdezorganizowałabym pracę działu. Potem, gdy wszyscy wystąpili z podobną prośbą, okazało się, że jest to jednak możliwe. Mało tego, zaczęły dochodzić do mnie słuchy, że szef szuka nowej osoby na moje stanowisko.

We wrześniu ponownie zaszłam w ciążę. Z wiadomych względów bałam się o tym mówić, trudno było mi przewidzieć reakcję szefa. Niestety, okazało się ponownie, że mam problemy i nie mogę pracować. Zadzwoniłam więc do pracodawcy i poinformowałam, że jestem w ciąży, a z powodu komplikacji muszę zostać w domu.

Nie wiedziałam, że po powrocie do pracy przeżyję prawdziwy szok. Ale tak się stało. Zobaczyłam, że na moim miejscu siedzi inna osoba, a moje rzeczy są... spakowane. Przeniesiono mnie do pokoju informatyków. Po kilku dniach odcięto mi dostęp do sieci i dysku głównego. Nie dostałam też żadnych zadań do wykonywania - bo jak twierdził szef: nic dla mnie nie było.

Z czasem dowiedziałam się, że moi współpracownicy mieli tyle pracy, że powstało wiele zaległości, ale ja - choć mogłam pracować - zostałam od tego odcięta. Mój szef okazał się szczery do bólu. Powiedział mi, że gdybym nie była w ciąży, po prostu by mnie zwolnił. Ta wiadomość mnie przygniotła. Ale co miałam robić? Jedyne, co mogłam, to pomagać koleżance z marketingu w jej pracy.

Pewnego dnia przyszedł do mnie ktoś z kadr i zapytał, czy złożyłam w pracy zaświadczenie o tym, że jestem w ciąży. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie. Kilka dni potem otrzymałam od mojego szefa wypowiedzenie i zostałam wysłana na przymusowy urlop. Wysłałam e-mail pożegnalny i wyszłam z pracy. Pojechałam do lekarza. Oświadczył, że powinnam natychmiast wziąć zwolnienie. Ponieważ byłam na przymusowym urlopie, miałam skrupuły, by go przerywać i brać zwolnienie. Po kilku dniach poczułam się tak źle, że jednak wzięłam je. Postanowiłam zgłosić się w swojej sprawie do inspekcji pracy. Tam poinformowano mnie, że mam złożyć w ciągu siedmiu dni odwołanie od decyzji szefa, a jednocześnie dowieźć mu zaświadczenie, że jestem w ciąży. Tak zrobiłam. Po kilku dniach pracodawca przywrócił mnie do pracy. Rodzę w czerwcu, co będzie potem, nie wiem. Ale wiem, że na tę pracę nie mam co liczyć!