Kobiety w polityce dowodem na wyrachowanie mężczyzn

Justyna Prus | 2008-05-24 02:20 | Aktualizacja: 18:31

Włoszka Mara Carfagna, Francuzki Rachida Dati i Rama Yade - w europejskiej polityce zaroiło się od pięknych kobiet, które mają coraz więcej do powiedzenia. Czy czas złożyć feministyczne sztandary, uznając, że batalia o równouprawnienie została zakończona i kobiety wywalczyły sobie równy status z dotychczas dominującymi w polityce mężczyznami - zastanawia się w DZIENNIKU Justyna Prus.



W ubiegłym roku Nicolas Sarkozy triumfalnie zaprezentował skład swojego rządu, w którym siedem z 15 teczek otrzymały kobiety. W rządzie Jose Louisa Zapatero ich parytet też jest imponujący: dziewięć do 17. A zupełnie niedawno włoski premier Silvio Berlusconi pokazał światu nową minister ds. równouprawnienia, prawniczkę Marę Carfagnę - byłą finalistkę konkursu Miss Italia. Gdy media zgodnie uznały ją za najpiękniejszą minister świata, politycy chórem zakrzyknęli, że liczą się przede wszystkim kompetencje. Niby trudno się z tym nie zgodzić, ale jednak nasuwa się pytanie: dlaczego o pięknych paniach w polityce słyszymy częściej, nawet jeśli te mniej urodziwe dorównują im albo wręcz prześcigają w profesjonalizmie?

Kobiety mają na szczytach władzy coraz więcej do powiedzenia - i to bardzo pocieszające. Ale bądźmy szczerzy - wysyp przykuwających uwagę piękności niewiele ma wspólnego z chlubnym postulatem politycznego równouprawnienia, a jest przede wszystkim zabiegiem marketingowym. "Rząd Sarkozy’ego powstał na zasadzie castingu. Prezydent świadomie powołał do niego kobiety, żeby efektownymi obrazkami przyciągnąć uwagę mediów" - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM publicysta i satyryk Phillipe Cohen. "Polityka jest dzisiaj nudna, więc liderzy świadomie wprowadzają do niej urozmaicenia. A cóż skuteczniej przyciągnie uwagę i ociepli wizerunek nudnego rządu niż piękna kobieta" - dodaje. "Rzeczywiście, Sarkozy wykazał się w tym przypadku makiawelicznym sprytem, doskonale dopasowując się do potrzeb ustatkowanego i znużonego polityką francuskiego społeczeństwa" - przekonuje specjalista ds. marketingu politycznego Eryk Mistewicz.

I chociaż polityczny sukces Sarkozy’ego jest kwestią dyskusyjną, niewątpliwie do perfekcji opanował on metody ogniskowania uwagi mediów. A kobiety - nie zawsze z polityki, ale zawsze z jej okolic - są w tej taktyce kluczem. Gdy w związku ze strajkami nad gabinetem Sarkozy’ego zaczęły się zbierać czarne chmury, ten pokazał się w Eurodisneylandzie z nową panią swojego serca Carlą Bruni. Na drugi dzień z pierwszych stron gazet zniknęli rozwścieczeni strajkujący - a ich miejsce zajęła uśmiechnięta włoska eksmodelka.

Walka o władzę zaczęła dziś przypominać serial. Ofiarą tej tendencji w ostatnich wyborach prezydenckich padł Francois Bayrou. Dlaczego w ostatecznej rozgrywce dostał najmniej głosów? Otóż już podczas drugiej tury większą uwagę wyborców skupiała ówczesna żona Sarkozy’ego Cecilia niż zawiłe wątki politycznych programów. Tak więc Sarkozy miał swoją Cecilię, Segolene Royal burzliwy związek z Francoisem Hollandem, a w życiu osobistym Bayrou nic ciekawego się nie działo. Jeszcze 10 lat temu Francja żyła poważnymi debatami. Dzisiaj jednak, gdy polityka stała się niekończącą rozmową o niczym, zaczyna nabierać coraz więcej cech popkultury. Dominującą rolę odgrywają w niej media, a piękna kobieta - co naturalne - zawsze zainteresuje je bardziej niż łysiejący pan z brzuszkiem.

I cokolwiek by mówić - w polityce sensu stricto płeć piękna daje pewne przewagi. "O wiele łatwiej jest skrytykować ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego niż minister sprawiedliwości Rachidę Dati. Po pierwsze dlatego, że jest kobietą, a po drugie - pochodzi z Magrebu, więc trzeba by było zahaczyć o kwestię politycznej poprawności" - mówi Mistewicz. Jego zdaniem uroda i kobiecość jest tylko ułatwieniem, bo francuskie panie minister to jednak politycy z krwi i kości.

Jest jednak zdecydowanie za wcześnie, by popadać w zachwyt nad postępowością francuskiej polityki. "Kobiety w rządzie Sarkozy’ego mają bardzo niewielkie pole manewru. Prezydent ściśle kontroluje ich działalność i potrzebuje ich raczej do tego, by zjednać wyborców" - mówi francuska feministka Elisabeth Hofmann, szefowa organizacji "Gendre en action”. "Oczywiście lepiej, że są niż gdyby nie było ich wcale, ale z tak niewielkim wpływem politycznym feministki absolutnie nie mają powodów, by czuć się usatysfakcjonowane" - przekonuje. Wygląda na to, że furtka się uchyliła, ale tylko dlatego, że mężczyźni zrozumieli, jakim kapitałem w polityce są kobiece wdzięki. A że nierzadko idą w parze z kompetencjami - tym lepiej. "Nie można mówić o równouprawnieniu" - przekonuje francuski politolog Dominique Moisi. Dlaczego? Bo polityka ciągle jeszcze jest zdominowana przez mężczyzn i to od nich zależy, czy kobieta zrobi karierę. "Panie w polityce muszą przyjąć męskie zasady gry. To nie one dyktują warunki" - konstatuje politolog.

O ile jednak Sarkozy zadbał, by członkinie jego rządu łączyły w sobie urodę i profesjonalizm, o tyle Silvio Berlusconi nie wykazał się aż tak daleko posuniętą dbałością o detale. Mara Carfagna zapewniała wprawdzie, skromnie mrużąc oczęta, że owszem - "uroda ma znaczenie, ale nie w tym środowisku”. Ale znawcy tematu, a przynajmniej ci, którzy zdołali oprzeć się jej urokowi, nie zostawiają na niej suchej nitki. "Nikt nie wie, jakie są jej kwalifikacje, nikogo to zresztą nie obchodzi. Jej uroda przysłania wszelkie racjonalne argumenty, dokładnie tak, jak chce Berlusconi. To szowinistyczna maskarada" - mówi nam włoski politolog Pietro Masina. Sam Berlusconi - medialny magnat i obyczajowy skandalista - wie, jak trafić do mas. Ale ze swoimi prawdziwymi poglądami na rolę kobiet w polityce szczególnie się nie kryje.

"Rząd Zapatero jest zbyt różowy. Nie moglibyśmy czegoś takiego zrobić we Włoszech, bo tu w polityce dominują mężczyźni i nie jest łatwo znaleźć kobiety z kwalifikacjami. Zapatero będzie miał z nimi problemy, ale sam się o to prosił" - złośliwie komentował premier Włoch, zapytany, co sądzi o nowym składzie hiszpańskiego gabinetu. Zachowanie Berlusconiego, który dołączył do konserwatywnych krytyków określających rząd Zapatero jako np. "zastęp niedoświadczonych szwaczek”, unaoczniło wciąż obecną niechęć wobec kobiet w polityce. "Nie przyjęłybyśmy stanowiska w rządzie Berlusconiego" - komentowała z obrzydzeniem hiszpańska minister. "Szkoda, że kobiety w otoczeniu naszego premiera pozwalają sobie na cyniczne i przedmiotowe traktowanie" - stwierdza Masina. Mara Carfagna wprawdzie nie narzeka. Przeciwnie, wygląda na całkiem zadowoloną. Ale hiszpański przykład, choć zachwycił feministki, znowu udowodnił, że aby kobiety mogły się przebić, potrzebny był mężczyzna.

współpraca Emilia Weber

[wyimek:]





zdjęcie autora

Autorem tekstu jest

Justyna Prus

Zobacz inne teksty autora »

Źródło: dziennik.pl
Podziel się:
Znajdź Dziennik.pl na:FBgoogle plusetwitter

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
Prognoza pogody i program TV