Przez pierwsze dwa-lekarze mówili, że wszystko jest w porządku, więc cierpliwie czekaliśmy. Potem przyszedł jednak niepokój. A potem zaczęliśmy się już naprawdę martwić. Dlatego postanowiliśmy zbadać sprawę. Rok później trafiliśmy do kliniki leczenia niepłodności.

Reklama

Nie jestem wierząca, więc nie miałam dylematu moralnego związanego z metodą in vitro. Nie-pomoc w zajściu w ciążę, dawanie małżeństwom szansy na posiadanie potomstwa nie kłóci się z moim światopoglądem. Ale spotkałam również i takie pary, dla których był to problem, bo Kościół zdecydowanie potępia in vitro. Ja jednak od razu byłam zdecydowana na zabieg. Jedyny problem, z którym zmagaliśmy się z mężem podczas całej terapii, to finanse. Każda wizyta w klinice to kilkasetzłotych mniej w portfelu. Dla naszego budżetu domowego były to więc znaczące sumy. Dlatego wyobrażam sobie, że niektórych par zwyczajnie na taką terapię nie stać.

Lekarze dość szybko orzekli, że jeżeli myślimy o potomstwie, to w grę wchodzi w naszym przypadku tylko in vitro. Wiedzieliśmy, że skuteczność zabiegu jest różna i zależy ona przede wszystkim od wieku kobiety. Te poniżej 30. roku życia mają około 25 proc. szans na ciążę, u pacjentek po 35. roku życia szansa spada. Ja na szczęście nie miałam jeszcze 30.

Za pierwszym razem się nie udało. Bardzo trudno mi opisać nasze rozczarowanie. Bo kiedy pragnie się czegoś tak mocno, kiedy posiadanie dziecka staje się jedynym celem życia i kiedy wszystko podporządkowuje się temu jednemu celowi-nadzieja jest najważniejsza. Myślę, że szalenie trudnoto zrozumieć z perspektywy szczęśliwego rodzicielstwa: niespełnienie, lęk o przyszłość, zazdrość o cudzą radość, pokusę wzajemnych oskarżeń-wszystko to rodzi poczucie beznadziei i potrafi popsuć nawet najszczęśliwszy związek.

Mój mąż, jak chyba większość mężczyzn, próbował sam sobie z tym poradzić. Ja zaś szukałam wsparcia, m.in. na internetowych forach takich jak www.nasz-bocian.pl. Tam mogłam się wyżalić, poradzić, pocieszyć. Powiedziałam sobie, że jeżeli następnym razem się nie uda, to zrezygnujemy z terapii. Ale to nie było potrzebne-udało się. W jednej chwili spadły na mnie sprzeczne emocje: wielka radość, wzruszenie, ale i strach-czy wszystko będzie dobrze.

Jednak stres, który towarzyszył mi tak długo, nagle zniknął, a może przestałam już go dostrzegać. A potem urodziła się Janka. Była tak długo wyczekiwana, utęskniona i kochana jeszcze zanim została poczęta, że czasem boję się, że za bardzo ją rozpieszczę.

Czy powiem jej, że przyszła na świat dzięki zabiegowi in vitro?No jasne, że tak. Przechowuję zdjęcia ośmiokomórkowego zarodka, z którego urodziła się. Z pewnością przyjdzie taki dzień, kiedy zapyta mnie: "mamo, a co to jest?".