Nasza bohaterka miała 26 lat, pięcioletniego synka Mikołaja, męża i stabilną pracę księgowej w kancelarii komorniczej. Marzyła o otwarciu w Inowrocławiu centrum kosmetycznego „bo takiego jeszcze tu nie ma”. Jednak los pisał dla niej inny scenariusz. Był początek 2004 r.

Pewnego zimowego wieczora, leżąc w łóżku wyczułam w piersi coś twardego. Wstałam i poprosiłam mamę, żeby dotknęła. Po chwili z niepokojem powiedziała, że muszę iść do lekarza.*

Następnego dnia rano Agnieszka pobiegła do lekarza rodzinnego. Ten dał skierowanie do szpitala, do onkologa. W rejestracji okazało się, że najbliższy termin jest za trzy miesiące. - Powiedziałam recepcjonistce, że nie mogę czekać tak długo – relacjonuje Agnieszka. – Wtedy ona odburknęła, żebym poszła na oddział i zapytała, czy pan doktor wcześniej mnie przyjmie.

Przyjął. Skierował Agnieszkę na USG.

KAŻDY MA ANIOŁA STRÓŻA?

Jedna z pań wykonujących usg piersi miała problem ze stwierdzeniem, co to jest. Zawołała z pokoju obok panią doktor. Ta spojrzała na monitor, potem na mnie i zapytała, ile mam lat. Odpowiedziałam, że 26. Zrobiła dziwną minę i stwierdziła, że to pewnie włókniaki.

To wcale nie uspokoiło Agnieszki. Do kompletu doszedł ból piersi i wymioty. Agnieszka kupiła w aptece test ciążowy. Dwie kreski. Żeby mieć stuprocentową pewność, poszła do ginekologa.

- Pani doktor potwierdziła ciążę, wtedy opowiedziałam jej o swoim problemie. Dostałam skierowanie do pani doktor Marty Szkudlińskiej, onkolog pracującej w bydgoskim szpitalu i mojego anioła stróża - jak się później miało okazać.

Po krótkiej wizycie w gabinecie pani Szkudlińskiej Agnieszka wyszła ze skierowaniem na badania w szpitalu w Bydgoszczy. – Nie honorujemy wyników z Inowrocławia - miała powiedzieć dr Szkudlińska. W Bydgoszczy przeprowadzono biopsję. Po kilku dniach Agnieszka pojechała po wyniki do gabinetu pani Marty.

TYLKO JEDNA ZA CAŁE ŻYCIE

Pamiętam, że usiadłam na przeciwko niej i zapytałam: - Czy wyniki są złe? Spojrzała na mnie i powiedziała tylko - Agnieszka... wyniki są złe. Jednak nie należy się dzisiaj tym przejmować, bo hormony u kobiety w ciąży mogą dawać fałszywy obraz. Musimy wykonać zabieg usunięcia guzka. Dopiero badanie śródoperacyjne wykaże czy wynik jest prawidłowy. Jutro przyjedź na komisję lekarską. Ja też tam będę, bo możesz mnie potrzebować...

Na komisję pojechała z mamą. W środku czekało na nią czterech lekarzy i dr Szkudlińska.

Jedna z lekarek powiedziała zimno:- Ma pani raka złośliwego.

- O Boże, pomyślałam tylko. Po czym ona znowu: - Jest pani w ciąży i jeżeli wyniki się potwierdzą po operacji będziemy musieli podać pani chemię. Wówczas będzie musiała pani usunąć ciążę. Ma pani już jedno dziecko. Musimy walczyć o pani życie....

Z tej wizyty to wszystko, co Agnieszka pamięta. Reszta słów zlała się jej w bełkot. Pamięta jeszcze, że wyszła zapłakana i że ją i jej mamę zaprosiła do swojego gabinetu dr Szkudlińska. Później wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Następnego dnia Agnieszka znów była w szpitalu. Wykonano jej USG brzucha. Na monitorze mogła zobaczyć bijące serduszko swojego dziecka, które przecież mogła stracić. Szok. Cały sztab lekarzy opracowywał narkozę dla Agnieszki, by nie zaszkodziła ciąży. Operację przeprowadzono 28 marca 2004 r.

Po wybudzeniu (…) zapytałam tylko, czy mam pierś. Pan doktor, który bandażował mnie powiedział, że niestety nie, trzeba było amputować. Wtedy już było pewne, że mam raka.(…) Po dwóch tygodniach przyszły wyniki wszystkich badań. Bardzo długo zastanawiano się, co zrobić. Czy podać mi chemię i usunąć ciążę, czy też mam donosić ciążę i chemii mi nie podać. Oczywiście przyjęto drugą wersję i kiedy mi o tym mówili, to się popłakałam. Zapytali, czemu płaczę? Na co ja odparłam, że ZE SZCZĘŚCIA!!!

KOBIETA WYBRAKOWANA?

Ciążę udało się donosić. W październiku 2004 r. urodziła się zdrowiutka dziewczynka. Na imię ma Marta, na cześć pani doktor Szkudlińskiej. Wydawać by się mogło, że wszystko idzie ku lepszemu. Wyniki kolejnych badań były optymistyczne i wskazywały na to, że po raku nie ma śladu. Jednak poza okaleczonym ciałem po zabiegu została okaleczona psychika. Wprawdzie Agnieszka po wyjściu ze szpitala zapisała się do klubu Amazonek, które wspierały ją duchowo, ale:

Popadałam w coraz większą depresję. Nie dawałam sobie rady z tym, że żyję bez piersi. Do tego doszły problemy rodzinne, zupełnie się w sobie zamknęłam.

W 2005 r. za namową koleżanek z klubu podjęła decyzję o operacji odtwórczej piersi. Trafiła do Gryfic, do dr Krajewskiego. Gdy ten zapytał panią Agnieszkę, jakie chce mieć piersi, ta na początku zbaraniała. - Takie małe, sportowe – powiedziała. - To niemożliwe – odparł pan doktor. - Po porodzie trzeba będzie wymodelować i powiększyć zdrową pierś i zrekonstruować drugą.

Dzisiaj mam dwie wielkie kule, haha! Oczywiście jestem panu doktorowi bardzo wdzięczna, że mnie do takiego rozmiaru przekonał, bo dzięki niemu dzisiaj jestem szczęśliwą kobietą.

Po operacji życie pani Agnieszki nabrało tempa. Wyszła z domu, zaczęła kontaktować się z ludźmi. Zapisała się na studia prawnicze we Wrocławiu, dziś jest na trzecim roku. Do klubu młodych amazonek Amazon Young trafiła w 2007 r. O klubie dowiedziała się z jednej z gazet.

Napisałam maila do założycielki Doroty Kiałki. Zaczęłyśmy korespondować. Dorotka napisała mi, że jest pomysł zrobienia kalendarza. Napisałam więc, że jeśli będę mogła w czymś pomóc, jestem do dyspozycji.

To wystąpisz w kalendarzu jako jedyna amazonka po rekonstrukcji piersi - odpisała Dorota. Agnieszka trochę się wystraszyła, że wszystko postępuje tak szybko, ale nie wypadało jej się wycofać. Przecież dała słowo! Z fotografką Iloną Weiss spotkały się na początku 2008 r. we Wrocławiu. Od razu się polubiły i dziś są przyjaciółkami. W sierpniu odbyła się sesja w Karkonoszach. Pani Agnieszka pozowałam na łonie natury i dostała w kalendarzu stronę lipca. - To mój szczęśliwy miesiąc – mówi. - W lipcu przecież urodził się mój wymarzony synek. Dziś pani Agnieszka czuje się ze sobą bardzo dobrze. Czynnie uprawia sporty – pływanie, aerobik i tańce towarzyskie. Właśnie na tańcach poznała swoją nową miłość. I znów czuje, że jej życie pomyślnie się układa.

Taka choroba uczy siły i szacunku do życia. Ale wiem też dzisiaj, że nawet po takich doświadczeniach wszystko może się dobrze ułożyć. Ja w głębi ducha zawsze byłam optymistką.