Piszę to wszystko, ponieważ sam jestem w podobnej sytuacji. Po 22 latach małżeństwa odszedłem od żony. Skończyłem małżeństwo, które praktycznie nie istniało już od kilku lat. Zaczęło się od tego, że - podobnie jak nomem omen Kazimierz Marcinkiewicz - wyjechałem do Londynu do pracy. Było to tuż przed wielką falą emigracyjną w 2002 roku. Decyzja o wyjeździe była trudna, a w jej podjęciu pomogła mi była żona. Umówiliśmy się, że jeśli się uda, dojedzie do mnie z dziewczynkami (mamy dwie córki) i zamieszkamy tam na stałe.

Samotność w Londynie...

No i udało się. Znalazłem dobrą pracę za bardzo dobre pieniądze, co tydzień lub dwa wracałem na weekendy do domu, gdzie planowaliśmy naszą wspólną przyszłość na Wyspach. Po dwóch latach życia na walizkach kupiłem mieszkanie w Londynie i przygotowałem wszystko pod przyjazd mojej całej rodziny. Jednak ze strony mojej żony problemy zaczęły się wcześniej. Pomysł przeniesienia się do Wielkiej Brytanii coraz mniej jej się podobał. Dlaczego? A to, że daleko od rodziców, a to, że tu jest jej dobrze, a to, że teraz nie jest tak źle itp.

Jak to nie jest źle?! - zagrzmiało mi w głowie. Czy to, że spędzam z moją rodziną 2 dni raz na 2 tygodnie, jest w porządku? Dla mojej żony najwyraźniej było, tym bardziej że na brak pieniędzy nie musiała narzekać, mimo iż nie pracowała. Wtedy po raz pierwszy zapaliła mi się lampka ostrzegawcza, że w tym wszystkim chyba bardziej chodzi o moje pieniądze niż o mnie.

Nie dawałem jednak za wygraną i podjąłem decyzję, że skoro nie będziemy mieszkać wszyscy razem w Londynie, to ja wracam do Polski. Już nawet miałem zaklepaną pracę - co prawda za połowę londyńskiej pensji, ale i tak niezłą jak na polskie warunki. Wtedy jednak moja żona zaczęła mnie gorąco przekonywać, żebym nie rezygnował z pracy w Londynie i że ona potrzebuje jeszcze tylko kilku miesięcy na oswojenie się z myślą o emigracji i tym razem już na pewno do mnie przyjedzie z dziećmi.

I tak minęły kolejne dwa lata - początkowo - rozmów, następnie kłótni, a potem ogromnego rozczarowania, samotności i poczucia bycia wykorzystywanym. Dziewczynki rosły i przyzwyczajały się do tego, że w zasadzie nie mają taty. Mojej żonie było wszystko jedno, ponieważ i tak całe dni spędzała na oglądaniu seriali. Moje wizyty w domu były coraz bardziej nerwowe, dlatego też zacząłem pojawiać się tam coraz rzadziej. Niedługo potem poznałem Natalię, Polkę, która również pracowała w Londynie. Ponieważ obydwoje czuliśmy się tam osamotnieni, zaczęliśmy spędzać razem coraz więcej czasu i odnajdywaliśmy w tych spotkaniach ukojenie.

>>> Marcinkiewicz: Rodzina jest najważniejsza
>>> "Młoda żona to trofeum polityka"

Znalazłem kogoś, kto chciał ze mną być

Człowiek jest tylko człowiekiem, a życie życiem i łatwo przewidzieć, że tego typu spotkania prędzej czy później przerodzą się w coś więcej niż przyjaźń. Zdawałem sobie z tego sprawę. Nie wierzę w romantyczną miłość na całe życie, w żadne połówki ani tym bardziej przeznaczenie, ale wiem, że jeśli o związek się nie dba, to on się skończy. Nie trzeba być psychologiem, żeby to rozumieć. Moja żona swoim zachowaniem skreśliła nasze małżeństwo już dużo wcześniej, a ja świadomy tego, wcale nie uciekałem przed uczuciem rozwijającym się między mną a Natalią.

Przyznaję się: oto moja wina - świadomie brnąłem w inny związek, nie zakończywszy małżeństwa. Oczywiście na to też przyszła pora. Przyjechałem do domu i powiedziałem żonie, że w najbliższym czasie złożę pozew rozwodowy, ponieważ chcę zakończyć to małżeństwo, w którym za wspólne decyzje odpowiedzialność ponosi tylko jedna osoba i w którym tylko jedna osoba zachowywała się konsekwentnie. Rozpętało się piekło, rodzina mnie wyklęła, córki nie chciały mnie widzieć. Na szczęście po jakimś czasie jednak zrozumiały, że również zasługiwałem na normalne życie, i same mi to oznajmiły.

Wcale nie chcę się wybielać i nie twierdzę, że moja była żona wepchnęła mnie w ramiona innej kobiety. Sam to zrobiłem i... nie żałuję. Co prawda sam przeciągający się rozwód był bardzo trudnym okresem w moim życiu, jednak nie trudniejszym niż samotne życie na emigracji z co chwila rozwiewaną nadzieją na wspólne, normalne życie.

Ukamienujcie mnie za to, że chciałem być szczęśliwy

I nikt mi nie wmówi, że ponoszę całkowitą odpowiedzialność za rozwód. Moja była żona jest co najmniej w tym samym stopniu winna, z tym że ja okazałem się mniejszym hipokrytą i zdecydowałem się w porę ratować już nie moje małżeństwo - bo te próby kończyły się fiaskiem, ale moją przyszłość.

>>> Na czym polega destrukcyjna siła obrączki?
>>> Marcinkiewicz ostatecznie rozstaje się z żoną
>>> Przeczytaj opinie na temat Marcinkiewicza i Isabel

Nie twierdzę też, że mężczyźni nigdy zwyczajnie po chamsku nie zostawiają swoich żon dla innych, często o wiele młodszych od siebie kobiet. Ale uważam, że każdy przypadek wymaga odrobiny refleksji i spojrzenia na niego z dwóch stron, a nie mieszania z błotem mężczyzny tylko dlatego, że odważył się powiedzieć: "dość tego". A teraz, drodzy internauci, możecie rzucać we mnie kamieniami, chyba że postanowicie przyznać mi rację.

Co sądzisz o tej historii? Zapraszamy do głosowania w sondzie i do dyskusji na forum.