„Jestem mamą 4-letniej Gabrysi. Rok temu posłaliśmy córeczkę do prywatnego, polecanego przez wielu znajomych przedszkola. Nie dlatego, że mieliśmy taki kaprys czy jesteśmy
milionerami, ale w naszej okolicy brakuje przedszkoli państwowych.
Po tygodniu wróciła z katarem i zaczęła kaszleć. – powtarzałam sobie, podając dziecku syropy. Lekarz
stwierdził wirusową infekcję górnych dróg oddechowych i kazał tydzień siedzieć w domu. Mała gorączkowała, coraz mniej kasłała i po tygodniu wszystko było z nią w porządku. Poszła z
powrotem do przedszkola.
. Tym razem okazało się, że ma zapalenie oskrzeli. Lekka załamka. . Gabrysia z suchutkim noskiem, całkowicie zdrowa poszła do przedszkola. Na wszelki wypadek poszłam jeszcze z
nią do lekarza, by ostatecznie stwierdził, że dziecko jest zdrowe. Bez wątpienia było.
Po tygodniu kaszel i katar wrócił. Zdenerwowałam się nie na żarty. Poszłam na rozmowę do przedszkola. Okazało się, że ponad połowa dzieci w grupie choruje. I wtedy pani przedszkolanka nie wytrzymała i powiedziała mi: Zdębiałam. Jak to, chore dziecko chodziło do przedszkola i nikt nie zwrócił na to uwagi?” ” – wyznała przedszkolanka, nie patrząc mi w twarz.
Zadzwoniłam do dyrektorki przedszkola, od której usłyszałam: „” – zapewniała mnie miła pani po drugiej stronie telefonu. No tak, ale co to da, pomyślałam. Nie tędy droga.
Spotkałam się z innymi mamami i usłyszałam historie, które zmroziły mi krew w żyłach - a to że niektóre mamy dają przedszkolankom żeby podawały je dzieciom o
określonych godzinach, a to, że rodzice kaszlących dzieci wmawiają przedszkolankom, że . Co więcej – mają na to zaświadczenia lekarskie, chociaż
dzieci mają np. goraczkę i ból gardła, to nadal jest alergia.
Dowiedziałam się również z tych opowieści, że w szatni ostatnio odbywało się poranne oklepywanie dziecka, które wykasływało z siebie resztki choroby, która już – według mamy
– właśnie się skończyła; dziecko , gdyby nie daj Boże zrobiło kupkę w majtki, to ma szybko ją wyrzucić i nikomu nie
mówić, że ma rozwolnienie. A jedna z dziewczynek została przyprowadzona do przedszkola z zapaleniem gardła, ale mama głośno komentowała, że
Teraz było jasne, skąd moja córka bierze te wszystkie choroby… to ja zawsze doleczałam ją do końca, puszczałam do przedszkola, gdy byłam pewna, że jest w 100 procentach zdrowa,
chuchałam i dmuchałam, a .
Zaklęty krąg trwa. Choroba, zwolnienie lekarskie moje albo męża, doleczenie małej do końca, powrót do przedszkola, za trzy dni to samo. Żadne kuracje wzmacniające nie działają. .
.”
DZIENNIK postanowił sprawdzić, jak wyglądają w warszawskich przedszkolach procedury dotyczące przyprowadzania chorych dzieci do przedszkola.
„. A jak to wygląda w praktyce? Ale zasada jest taka, że dzieci chore nie są przyprowadzane.”
„. Oczywiście, w takim skupisku dzieci nie sposób uniknąć jakichkolwiek kłopotów zdrowotnych, ale dzieci z infekcjami czy wirusami nie
przebywają wśród innych dzieci.”
"Nie ma co sobie obiecywać, że dziecko, które jest w przedszkolu pierwszy rok, nie będzie chorować. To oczywiste, że infekcje będą częstsze niż dotychczas. . No, chyba że katar zmienia się w cieknący i
zielony. Wtedy dzwonimy do rodziców, informujemy ich o tym i najczęściej prosimy, żeby je odebrał. Ale nie zdarzyło się, żebyśmy odesłali rodzica z chorym dzieckiem do domu.
Inne prywatne przedszkole na Białołęce:
". Nasi rodzice podpisali zgodę, że jeśli maluch ma oznaki choroby, to . Ale dotyczy to sytuacji, kiedy rodzice przyprowadzają dzieci z zielonym katarem lub ostrym zapaleniem. W
pozostałych przypadkach po prostu opiekunki obserwują dziecko w ciągu dnia, a jeśli źle się czuje, to dzwonimy do rodzica i sugerujemy, żeby .
Jeśli lekceważy problem, to po dwóch, trzech dniach prosimy lekarza o ocenę. Ale nigdy nie odsyłamy matki z chorym dzieckiem do domu już pierwszego dnia."
A CZY TY MASZ PODOBNE DOŚWIADCZENIA Z PRZEDSZKOLAMI? MOŻE PROBLEM NIE DOTYCZY TYLKO PRZEDSZKOLI PRYWATNYCH? Opisz swoją historię i prześlij mailem na adres: