Epoka singli

Emilia Panufnik, redaktor:Dlaczego wybrały Panie na tytuł swojej nowej książki sformułowanie „epoka singli”? Czy to oznacza, że jeszcze nigdy w historii nie było tak wielu osób żyjących w pojedynkę? To prawda, że 30% dorosłych Polek i Polaków żyje samotnie?

Reklama

Sylwia Stodulska-Jurczyk, autorka książki "Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania?": Sformułowanie „epoka singli” nie odnosi się do liczenia osób żyjących w pojedynkę ani do tezy, że dziś singli jest historycznie najwięcej. To raczej opis zmiany jakościowej: sposobu, w jaki współcześni single myślą o relacjach, bliskości i decyzji o byciu w związku. Mówimy o singlach świadomych: osobach, które nie wchodzą w relacje za wszelką cenę - tylko po to, by nie być samemu. To często ludzie, którzy chcą związku, ale nie chcą już powielać schematów znanych z poprzednich pokoleń – relacji opartych na presji, lęku przed samotnością czy społecznych oczekiwaniach. „Epoka singli” to więc bardziej epoka refleksji nad tym, jak i na jakich zasadach budujemy dziś bliskość.

Epoka singli książka "Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania?" Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk / Źródło zewnętrzne
Reklama

Joanna Godecka, autorka książki "Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania?: Warto też bardzo wyraźnie oddzielić medialne nagłówki od danych. Statystyki, które mówią o tym, że ok. 30 proc. dorosłych Polek i Polaków żyje „samotnie”, dotyczą jednoosobowych gospodarstw domowych, a nie faktycznego braku relacji czy życia w pojedynkę. To zasadnicza różnica. Jednoosobowe mieszkanie nie musi oznaczać samotności – coraz częściej mamy do czynienia ze związkami typu LAT (living apart together), z parami, które mieszkają osobno z wyboru, albo z osobami, które są w relacjach, ale funkcjonują niezależnie.

Joanna Godecka wywiad Joanna Godecka - wywiad / Źródło zewnętrzne

Sylwia: Jak podkreśla dr Julita Czernecka, dane ze spisów powszechnych z 2011 i 2021 roku pokazują wzrost liczby singli zaledwie o dwa punkty procentowe. To trend wzrostowy, ale zdecydowanie nie alarmujący. Co więcej, dzisiejsze młodsze pokolenia wcale nie mają większych trudności z wchodzeniem w związki niż wcześniejsze. Zmienia się raczej forma tych relacji. W Polsce rzeczywiście obserwujemy spadek zainteresowania małżeństwami sformalizowanymi, ale jednocześnie bardzo dobrze rozwijają się związki kohabitacyjne. Przybywa par, które żyją razem bez ślubu albo budują relacje w mniej tradycyjny sposób. Do tego dochodzą czynniki ekonomiczne: większa dostępność mieszkań, inwestowanie w nieruchomości, niezależność finansowa, które sprzyjają życiu osobno, ale niekoniecznie „w samotności”. Dlatego „epoka singli” nie jest książką o kryzysie relacji ani o masowej ucieczce od związków. To opowieść o zmianie reguł gry: o tym, że dziś więcej osób zadaje sobie pytanie nie „czy być w związku”, ale „w jakim związku chcę być”. I czy na pewno w tym momencie życia. To właśnie ta zmiana mentalna, a nie same liczby, najlepiej definiuje współczesną epokę singli.

Sylwia Stodulska-Jurczyk wywiad Sylwia Stodulska-Jurczyk wywiad / Źródło zewnętrzne

Pandemia testem wieloletnich małżeństw

To niesamowite, że pandemia stała się bezlitosnym testem dla wieloletnich małżeństw. Czy nie powinno być tak, że lubimy spędzać czas z żoną lub mężem? O czym może świadczyć rekordowa fala rozstań w tym czasie?

Joanna: Pandemia rzeczywiście była bezlitosnym testem, ale nie dlatego, że nagle przestaliśmy lubić swoich partnerów. Raczej dlatego, że zniknęły wszystkie „bufory” – praca, znajomi, wyjścia, codzienny ruch. Zostaliśmy zamknięci w jednej przestrzeni z emocjami, które wcześniej dało się rozproszyć. Jeśli w relacji były nierozwiązane konflikty, rutyna albo ciche oddalenie, lockdown to obnażył. Nie chodzi o to, że nie powinno się lubić spędzać czasu z mężem czy żoną. Chodzi o to, że wiele związków funkcjonowało w trybie organizacyjnym: wspólne obowiązki, dzieci, logistyczne partnerstwo, a nie w trybie realnej bliskości. Pandemia odebrała możliwość “ucieczki” i pokazała, ile tej bliskości faktycznie jest.

Sylwia: Rekordowa fala rozstań nie musi świadczyć o kryzysie miłości jako takiej, ale o przyspieszeniu decyzji, które np. długo w nas dojrzewały. Dla części osób pandemia była momentem refleksji: „Jeśli świat może się zatrzymać w każdej chwili, to czy chcę dalej żyć w relacji, która od dawna mnie nie satysfakcjonuje?”. To był trudny, ale w pewnym sensie uczciwy moment weryfikacji. Związki oparte na rozmowie i partnerstwie często się umocniły. Te, które trwały głównie siłą przyzwyczajenia, nie wytrzymały napięcia. Pandemia nie stworzyła kryzysu, lecz go przyspieszyła.

Czy jest coś, co można nazwać pozytywnym wpływem pandemii na stosunki między ludźmi?

Joanna: Pandemia była doświadczeniem granicznym i dla wielu osób bolesnym, więc trudno mówić o jej „pozytywnych skutkach” wprost. Ale jeśli szukać zmian, które coś nam o relacjach uświadomiły, to jedną z najważniejszych było brutalne rozprawienie się z iluzją, że bliskość można odkładać na później. Zamknięcie, izolacja i nagłe zatrzymanie codziennego biegu sprawiły, że relacje – albo ich brak – stały się niemożliwe do zignorowania. Dla części osób pandemia była momentem weryfikacji: jedne związki się rozpadły, bo okazały się puste lub oparte na rutynie, inne przetrwały właśnie dlatego, że miały realne fundamenty. To była bolesna, ale uczciwa selekcja. Pozytywną zmianą – jeśli można tak to nazwać – jest też większa świadomość emocjonalna. Pandemia oswoiła rozmowę o samotności, lęku, kryzysach psychicznych. Tematy, które wcześniej bywały wstydliwe albo spychane na margines, stały się częścią publicznej debaty. W relacjach przełożyło się to na większą gotowość do mówienia wprost o potrzebach, granicach i oczekiwaniach.

Sylwia: Zmieniał się również sposób poznawania się. W czasie lockdownów randkowanie zwolniło, mniej było spotkań „dla zasady”, więcej rozmów, dłuższego poznawania się, sprawdzania, czy za atrakcyjnym zdjęciem idzie realna więź. Dla wielu osób było to pierwsze doświadczenie bardziej uważnego, mniej powierzchownego budowania kontaktu.

Aplikacje randkowe a budowanie związków

Jak aplikacje randkowe wpłynęły i nadal wpływają na relacje?

Sylwia: Aplikacje randkowe nie zmieniły ludzkich potrzeb. One zmieniły kontekst, w którym próbujemy je realizować. Pragnienie bliskości, bycia ważnym dla kogoś, stworzenia relacji było i jest takie samo. Zmieniła się natomiast dynamika dochodzenia do tego momentu. Obserwuję “rynek randkowy” od blisko 20 lat. Kiedyś ogromnym wyzwaniem było przede wszystkim zrobienie pierwszego kroku. Sam fakt odezwania się, umówienia na randkę, przełamania nieśmiałości był barierą dla wielu osób. Dziś ten etap jest niemal niezauważalny, aplikacje sprawiły, że pierwszych kroków wykonujemy bardzo wiele, często równolegle i wobec wielu osób naraz. I właśnie tu przesunął się ciężar problemu. Nie mamy dziś trudności z nawiązaniem kontaktu, ale z jego pogłębieniem. Nadmiar możliwości sprzyja szybkim decyzjom i równie szybkim rezygnacjom. Jeśli coś nie „zaskoczy” od razu, łatwo przejść dalej, bo obok czeka kolejny profil, kolejna szansa lepszego dopasowania.

Joanna: Aplikacje nauczyły nas też myślenia kategorią wyboru i porównania, co z jednej strony daje poczucie kontroli, a z drugiej utrudnia cierpliwość potrzebną do budowania więzi. Moment zawahania częściej bywa sygnałem do wycofania się niż zaproszeniem do rozmowy. Jednocześnie warto podkreślić, że wyzwania, z którymi mierzą się użytkownicy aplikacji, nie są nowe. Zmieniła się jedynie ich skala i tempo. Lęk przed odrzuceniem, obawa przed zaangażowaniem czy trudność w komunikowaniu potrzeb istniały zawsze. Dziś po prostu szybciej się ujawniają. Dlatego aplikacje randkowe nie są ani winowajcą, ani cudownym rozwiązaniem. Są narzędziem, które pomaga się spotkać, ale nie zwalnia z pracy nad relacją. A ta, niezależnie od technologii, nadal wymaga czasu, uważności i gotowości, by nie rezygnować przy pierwszym rozczarowaniu.

Jaka jest szansa na wartościowy związek z przypadkową osobą? Czy kilka nieudanych spotkań nie pogłębi poczucia beznadziei i samotności?

Joanna: Większość relacji w naszym życiu nie jest efektem idealnego planu, lecz spotkania, które z czasem nabiera znaczenia. „Przypadkowa osoba” przestaje być przypadkowa wtedy, gdy pojawia się ciekawość, rozmowa i gotowość, by dać sobie trochę czasu.Problem zaczyna się wtedy, gdy każde nieudane spotkanie traktujemy jak dowód własnej porażki. Tymczasem randkowanie to proces. Naturalne jest, że nie każda znajomość będzie tą właściwą. To nie świadczy o naszej wartości, tylko o tym, że nie każdy jest dla każdego.

Sylwia: Kilka nieudanych spotkań może być frustrujących, zwłaszcza dziś, gdy tempo poznawania ludzi jest bardzo szybkie. Łatwo wtedy pomyśleć: „Skoro znowu się nie udało, może to ze mną jest coś nie tak”. Ale to najczęściej efekt zmęczenia, a nie realnej beznadziei sytuacji. Z mojej perspektywy największym zagrożeniem nie jest sam brak dopasowania, tylko utrata ciekawości i zamknięcie się po kilku rozczarowaniach. Dlatego tak ważne jest, by randkowanie nie stało się testem własnej wartości. Warto robić przerwy, dbać o swoje zasoby emocjonalne i pamiętać, że jedna nieudana rozmowa nie przekreśla szansy na dobrą relację.

I co potem? W takim stanie psychicznym może być jeszcze trudniej otworzyć się na drugiego człowieka.

Joanna: To prawda, jeśli kolejne doświadczenia kończą się rozczarowaniem, naturalną reakcją jest zamknięcie się. Psychika próbuje się chronić przed bólem. Problem w tym, że mur, który ma nas zabezpieczyć, bardzo często odcina również możliwość bliskości. Dlatego ważne jest, by odróżnić chwilowe zmęczenie od przekonania, że „już zawsze tak będzie”. Czasem najlepszą decyzją nie jest kolejna randka, ale zatrzymanie się, nazwanie emocji, zrozumienie, co było trudne i czego naprawdę szukamy.

Epidemia samotności - ostrzeżenie WHO

We wstępie do książki czytamy, że WHO ostrzega, iż grozi nam „epidemia samotności”, która jest zagrożeniem dla zdrowia publicznego porównywalnym z paleniem papierosów. Czy możemy jej w jakiś sposób zapobiec?

Joanna: Rzeczywiście, długotrwała samotność może mieć realne konsekwencje zdrowotne, zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Nie chodzi jednak o to, by budować wizję powszechnej katastrofy, lecz by potraktować relacje jako element zdrowia publicznego. Tak jak dbamy o dietę czy aktywność fizyczną, tak samo powinniśmy dbać o więzi społeczne. Samotność nie zawsze oznacza brak ludzi wokół. Często dotyczy poczucia bycia niezrozumianym, niewidzialnym, pozbawionym głębszego kontaktu. I to właśnie to chroniczne poczucie izolacji może być szkodliwe.

Sylwia: W naszej ankiecie aż 52 proc. mężczyzn przyznało, że czuje się samotnie, będąc singlem, a aż 26 proc. – pomimo bycia w związku. Co szczególnie niepokojące, aż 68 proc. nie ma bliskiej osoby, której mogłoby się zwierzyć ze swoich problemów. To pokazuje, że problemem nie jest sam status relacyjny, ale brak bezpiecznej, pogłębionej więzi.

Na zakończenie proszę o krótką odpowiedź ma pytanie: czy w dzisiejszym świecie miłość to towar deficytowy?

Sylwia: W naszym badaniu “Wartości i wybory singli”, którego wyniki prezentujemy w “Epoce singli” aż 78% ankietowanych zgadza się ze stwierdzeniem, że miłość to najważniejsza wartość w życiu. To wynik o 20 punktów procentowych wyższy niż w badaniu Pokolenie singli z 2016 roku (wtedy: 58%). Miłość jako wartość życiowa zyskała jeszcze większe znaczenie. Mimo że związki są dziś trudniejsze, potrzeba miłości wcale nie maleje. Miłość nie przestała być ważna. Problem leży gdzie indziej – w umiejętności jej budowania i podtrzymywania.

Joanna: Wbrew obiegowym opiniom nie staliśmy się obojętni czy cyniczni. Raczej bardziej ostrożni. Chcemy relacji, ale takich, które mają sens, są partnerskie i bezpieczne. To oznacza, że poprzeczka jest wyżej. Nie dlatego, że mniej kochamy, lecz dlatego, że więcej oczekujemy od jakości więzi. Dlatego nie powiedziałabym, że miłość jest towarem deficytowym. Deficytowa bywa cierpliwość, umiejętność rozmowy i gotowość, by zostać przy kimś także wtedy, gdy pojawiają się trudności. Miłość nie zniknęła z naszego świata. Po prostu przestała być oczywistością. Stała się wyborem.

Bardzo dziękuję za rozmowę.