Chciała pani wygrać konkurs "Jak oni śpiewają"?
Na początku podchodziłam do tego na luzie. Nie spinałam się. Ale im bliżej finału, tym bardziej mi zależało. Napięcie rosło. Z drugiej strony, przeczuwałam, że wygra Agnieszka, dlatego nie chciałam się podniecać. Na programie świat się nie kończy. Dzięki niemu otworzyły się nowe furtki.

Pani to wystarczy?
Nie zależy mi na jednorazowym sukcesie. Chcę nagrać płytę i być w zawodzie.

O Pani rówieśnikach mówi się, że nie potrafią czekać. Pani się nie spieszy?
Gdyby tak było, 10 lat temu wystartowałabym w "Idolu". Jestem już 12 lat w Buffo! Spodziewano się, że skoro dostałam się do Józefowicza, to pójdę jak burza. A ja długo nie byłam gotowa do solowych występów. Wystrzeliłabym i poległa za rogiem. Przed programem sam Janusz powiedział: "Spróbuj. Jesteś gotowa".

Zaskoczył panią?
Tak. Ja ciągle nie byłam pewna. To on zdecydował, żeby mnie wypuścić na szerokie wody.

Przedtem zabraniał?
Nie zabraniał, tylko uważał, że jeszcze dużo pracy przede mną.

Mówiono, że trzyma panią pod kloszem.

Jestem wdzięczna za ten klosz.

On jest dla Pani autorytetem?
Jest. Jeżeli powie, że zaśpiewałam dobrze, to znaczy, że było dobrze i już.

I nie buntuje się Pani?
W Buffo nie ma demokracji. Jeśli Ci to pasuje, to jesteś w zespole, jeśli nie - do widzenia. Oczywiście za każdym razem staczam walkę ze sobą. Ale Janusz naprawdę zawsze ma rację. Sprawdziłam to nie raz. I to buduje zaufanie. Wytrąca nam z rąk wszystkie argumenty. Wiele razy powtarzał mi: "Nie teraz, jeszcze nie". Gdy się upierałam, pytał: "Czy chcesz być jednosezonową gwiazdką, czy gwiazdą taką jak Maryla Rodowicz albo Beata Kozidrak? Zobacz, ile lat są na rynku, one były świetnie przygotowane".

Nie ma Pani u niego taryfy ulgowej - w końcu od wielu lat jesteście razem?
Ode mnie Janusz wymaga dwa albo trzy razy więcej niż od innych. Może z przekory, dlatego że jest mi bliski, nie chce odpuszczać pewnych rzeczy. Jak coś sknocę, na pewno nie przymknie na to oka. Nie patyczkuje się.

Nie uwierzę, że to co on mówi, nie robi na Pani większego wrażenia.
Najlepszy sposób to jak najszybciej wracać do pracy. Wczoraj miałam gorszy dzień - ciągle "myślami w programie". Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Poszłam na zakupy, ale to nic nie dało. Beznamiętnie przesuwałam rzeczy na wieszakach. Wreszcie powiedziałam sobie: "Nie ma co, idę do Buffo". Włączyłam Tinę, usiadłam do pianina i przestałam się zadręczać.

Warto czasem zagryźć zęby, bo właśnie spełniają się marzenia dziewczynki, która kiedyś śpiewała do dezodorantu?
Nie za bardzo śpiewała… Wcześnie, bo jako siedmiolatka zaczęłam trenować gimnastykę artystyczną. I pochłonęło mnie to. Nie jestem słomianym ogniem. Jak już się w coś angażuję, muszę być najlepsza. Przez 10 lat miałam klapki na oczach. Sport nauczył mnie systematyczności. W Buffo od razu widać, kto jest sikorką (śpiewacy), a kto małpką (tancerze). Małpki są przebrane, gotowe, a sikorki nie spieszą się.

Był czas, gdy pomiędzy jednym a drugim reżimem poznawała Pani uroki życia?

Zrobiłam sobie rok przerwy w treningach. Zupełnie zwariowałam, obcięłam włosy, rzuciłam chłopaka, nie chodziłam do szkoły. Dostałam małpiego rozumu. Rodzice, dzięki im za to, przymykali oko na moje wyczyny. Wiedzieli, że jak się będą wtrącać, to ja jeszcze bardziej się zbuntuję. Są kochani, tak we mnie wierzą i rozumieją mnie, choć może nie zawsze.

Rzeczywiście mało który tata prowadzi nastoletnią córkę na przesłuchanie do teatru.
Pierwsze podejście do "Metra" zaliczyłam w wieku 13 lat. Zrywałam się z kolejnych treningów, przeszłam chyba 5 etapów eliminacji, miałam swój numerek, poczułam się pewniej niż inni. Józefowicz, TEN Józefowicz wpadł, żeby zobaczyć wybranych, no i porażka. Patrzyłam na niego jak na Boga, a on zapytał, ile mam lat i powiedział: "Dziecko, skończ szkołę". Pomyślałam: "Jaka szkoła, o czym on do mnie mówi, ja chcę do <Metra>". Byłam gówniarą. Wróciłam do Buffo w trzeciej klasie liceum z tatą.

Janusz zapamiętał Panią?

Powiedział, że pamięta. Niech mu będzie. Byłoby miło. Dostałam się do "Grosika 2". Nie wiem, jakim cudem, bo wyglądałam dość dziwacznie.

Dostała Pani w kość?
O tak! Nie każdy rodzi się Celine Dion. Wiele musiałam wypracować. Po spektaklach słyszałam: "Źle, źle, wszystko źle". Właściwie nie wychodziłam z teatru. Maturę zdawałam w czasie prób do "Tyle miłości". Uczyłam się w garderobie. Istne szaleństwo. W przeddzień matury była premiera, przyszłam więc z resztkami brokatu na twarzy i koledzy pytali, kiedy miałam czas na imprezę.

Czuje pani presję nastoletniej konkurencji?
Pojawiają się bardzo fajne osoby. Wzięłam do programu sześć dziewczyn z "Metra". Wypadły fantastycznie. Chyba nie ma we mnie zazdrości. Może to dlatego, że nie mam kompleksów. Dostałam tyle bacików po plecach… Poza tym mało kto łączy taniec i śpiew. I tak naprawdę ciężko jest mi zagrozić (śmiech).

Wyzwoliła się Pani z ram Buffo, a co, jeśli ludzie będą dalej patrzeć na Panią jak na partnerkę Józefowicza?
Ludzie zawsze będą gadać. Psy szczekają, karawana idzie dalej. Nie podniecam się tym ani nie denerwuję. To fakt - jestem partnerką Janusza Józefowicza. Staram się widzieć dobre strony tej sytuacji.

Czy teraz, kiedy już Pani jest na szerokich wodach, będzie czas na rodzinę, dziecko?

Otwierają się takie tematy. Powoli przekonuję się do dzieci. Ale ciągle mi się wydaje, że to jeszcze nie ten moment. Chociaż z drugiej strony, jeśli się przydarzy, będę szczęśliwa.