Lato 1990

Jest dzień, jest lato, Pieczewo dopiero powstaje. Jestem jeszcze chudy. Razem z chłopakami - Krzyśkiem i Grubym Mariuszem - biegamy wokół bajora. Bawimy się w chowanego. Albo wojnę. A może to Krzysiek znalazł paczkę papierosów Caro i szukamy teraz zapałek? Kiedy przeskakuję z kamienia na kamień, klucze zawieszone na sznurku odbijają się od moich piersi. Gruby Mariusz dyszy za nami, nie mogąc nadążyć - za rok na zajęciach WF połamie sobie kręgosłup, dwa lata przeleży w domu.

Tuż przy bajorze stoją baraki budowlańców stawiających nasze osiedle. Mama pracuje w tych barakach - wstaje codziennie wcześnie rano. Przed wyjściem przygotowuje jeszcze śniadanie dla mnie i mojej siostry. Bułki wcześniej kupuje tata, codziennie sześć, codziennie w tym samym sklepie. Kiedy kilkanaście lat później wrócę pijany z połowinek i zasnę na ławce przed blokiem, wychodzący po bułki tata obudzi mnie i zaprowadzi do mieszkania.

Mama projektuje kanalizację osiedla, w mieszkaniu jest dużo planów i wykresów. Bawię się nimi często, kiedy mamy nie ma. Wyobrażam sobie, że to plany budowli zdobywanych przez wojsko. Moje żołnierzyki zajmują kolejne strategiczne punkty - ten niebieski nigdy nie umiera, za bardzo go lubię.

Marzec 1993

Jestem w szkole, jest lekcja WF. Bawimy się w "raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy". Zajęcia mamy na korytarzu, w szkole jest bowiem zbyt dużo klas, by wszyscy ćwiczyli na sali gimnastycznej. Biegnąc rozpędzony do Baby Jagi, uderzam z całej siły w ścianę. Dwoi mi się w oczach i troi, mam mdłości. Szkolna pielęgniarka dzwoni do mamy. Czy mogłaby się zwolnić z pracy, bo jej synowi się coś stało?

Jakiś czas potem siedzę na tylnym siedzeniu naszego maluszka. Mama jak szalona wiezie mnie do szpitala. Co jakiś czas się odwraca i prosi, żebym nie zasypiał, żebym tylko nie zasypiał. W szpitalu okazuje się, że mam wstrząśnienie mózgu.

14 października 1994

Jest wieczór. Jutro są moje urodziny. Podekscytowany prezentami nie mogę zasnąć. Przewracam się z boku na bok i wyobrażam sobie te wszystkie rzeczy, które dostanę. Wtedy słyszę rozmowę telefoniczną. To mama dzwoni do swojego kolegi z pracy - nie pracuje już przy rurociągach, teraz wykłada na uczelni. Pyta go, czy nie ma gry Terminator I. Z ich rozmowy wnioskuję, że kolega ma tylko Terminatora II.

Nie miałem pojęcia, jaką grą jest Terminator I. Z salonu gier znałem tylko drugą część. Kilka tygodni wcześniej oglądałem jednak pierwszego Terminatora w telewizji i był o wiele lepszy niż drugi - Arnold był zły, ginęło dużo ludzi, a ja mogłem obejrzeć scenę erotyczną, bo mama akurat rozmawiała z babcią w kuchni. Dlatego powiedziałem mamie bardzo

wyraźnie, że chciałbym Terminatora I, a nie II. Rano zrywam się z łóżka. Rodzice już na mnie czekają. Jestem zawiedziony - nie dość, że nie mam Terminatora I, to jeszcze gry, które mi dali, są przegrywane, a nie oryginalne. Takie nic nie kosztują.

Nie wiem wtedy, że kilka miesięcy wcześniej tata stracił pracę, bo nie chciał wziąć łapówki. Od tamtego czasu żyliśmy z akademickiej pensji mamy.

1 września 1997

Pierwszy raz upiłem się w dniu rozpoczęcia siódmej klasy szkoły podstawowej. Razem z chłopakami kupujemy kilka piw i paczkę papierosów. Pijemy je nad Skandą, przeklinając i śpiewając "12 groszy". Kiedy tracę przytomność, koledzy zostawiają mnie w lesie. Budzę się po kilku godzinach, śmierdzę wymiocinami i moczem. W domu mówię mamie, że przewróciłem się w kałużę, ale po kilku godzinach przyznaję się do wszystkiego. Mama nie jest zła. Jest tylko strasznie zawiedziona.

Kilka miesięcy później, wciąż w siódmej klasie, biorę amfetaminę. Kiedy wracam do domu, nikogo w nim jeszcze nie ma - rodzice pracują do późna, siostra włóczy się gdzieś ze swoją przyjaciółką Gosią, tą samą, która niedługo uzależni się od narkotyków, ucieknie z domu i zacznie zarabiać na ulicy. Mama nigdy nie dowiedziała się o moich narkotykowych przygodach - nie chciałem znów jej zawieść.

13 lutego 2000

Jest wieczór, jestem przeziębiony. Wychodzę na klatkę schodową, żeby porozmawiać z Marcinem. Mówi mi, że Adam nie żyje. Cały wieczór błąkamy się po osiedlu - odwiedzam najróżniejszych ludzi, ciągle palę, trochę piję. W końcu trafiamy do Hermana, gdzie opowiadamy sobie śmieszne historie z Adamem w tle.

W domu późno w nocy przychodzi do mnie mama. Nie zna Adama. To czas, kiedy prawie nic nie wie o moim życiu. O paleniu, piciu, trawie, imprezach, dziewczynach, miłościach i szkole. Widujemy się kilkadziesiąt minut dziennie, zazwyczaj zamykam się bowiem w pokoju lub siedzę z kumplami na ławce pod blokiem.

Mama siada w nogach łóżka i mówi tylko, że takie jest życie. Później wydaje mi się, że chce powiedzieć coś jeszcze albo może czeka na moją odpowiedź, ale w końcu po kilku chwilach ciszy wychodzi. Nie zatrzymuję jej.

24 grudnia 2001

Jest Wigilia, zima, mieszkamy już na Słonecznym Stoku. Właśnie umarł dziadek, ojciec mamy. Mówi nam o tym babcia od strony taty, stoimy w kuchni, a jej słowa docierają do nas z trudem. Chociaż wszystko rozumiem, mam wrażenie, że mówi bardzo cicho, niczym całkowicie ściszone radio, z którego docierają tylko szumy ledwie przypominające słowa. Kilka miesięcy temu dziadek miał wylew, od tamtej pory nie odzyskał przytomności. Przed kilkoma tygodniami chciałem jechać go zobaczyć - zawsze przecież wyrzucałem sobie, że przed śmiercią nie pojechałem do drugiego dziadka, że nie widziałem go ostatni raz. Ale mama mi nie pozwoliła, powiedziała, że najważniejsza jest szkoła, że jeszcze zdążę pojechać. Potem zapomniałem powrócić do tematu, nie widziałem umierania żadnego z nich…

To pierwsza Wigilia w nowym domu - we wrześniu przeprowadziliśmy się z Pieczewa. Kiedy się tu wprowadzaliśmy, mama wydawała się szczęśliwa - po raz pierwszy w życiu miała prawdziwie swój kąt. Ja byłem zawiedziony, bo zostawiałem za sobą moje osiedle. Dziadek nigdy nie zobaczył tego domu - wylew miał wkrótce po tym, jak się o domu dowiedział. Na pewno był dumny, ale pamiętam tylko, że narzekał, że dom ma płaski dach.

Niedługo przyjedzie rodzina. Smutną, zimną Wigilię spędzimy w milczeniu. Nie pamiętam, żeby mama płakała. W ogóle nie pamiętam, żeby kiedykolwiek płakała… choć nie, raz przecież, pamiętam doprowadziłem ją do łez, mówiąc coś bardzo głupiego. Ja też nie płakałem - od tamtej pory już nigdy nie płakałem.

Jesień 2003

Mama postanawia opuścić uczelnię. Dziekan od jakiegoś czasu naciska, by napisała doktorat - ona jednak dochodzi do wniosku, że w ogóle nie interesuje jej to, co robi. Koleżanka podpowiada jej, że w Urzędzie Miasta jest wolne stanowisko. Mimo że wszystko wydaje się być załatwione, mama przygotowuje się do rozmowy kwalifikacyjnej przez cały dzień. Jeszcze tuż przed wyjściem wydaje się równie zdenerwowana co siadający w pierwszej ławce maturzysta. Po raz pierwszy w życiu wydaje mi się zagubiona. Oczywiście dostaje tę pracę.

Styczeń 2004

Na imprezie poznaję J. To pierwsza dziewczyna, z którą idę do łóżka - mam wtedy 19 lat. J. straciła cnotę mając lat 14. W liceum sypiała z wieloma chłopakami. Zdradzała ich, uczestniczyła w trójkącie, ludzie z jej towarzystwa często sypiali ze sobą. Patrząc na jej udającą ideał rodzinę, dostrzegam to, czego nie dostrzegałem wcześniej. Dostrzegam, że w moim domu było zawsze bardzo dużo szczerości i prawdziwego zainteresowania. Zawsze wydawało mi się, że wychowywałem się samotnie - zbuntowany i pijany. Nie wyobrażam sobie jednak, abym sypiał z dziewczyną, a rodzice o tym nie wiedzieli. Po raz pierwszy w życiu myślę, że zostałem dobrze wychowany.

Październik 2005

Jest ciepły wrzesień, jestem szczęśliwy. Jestem z M. już od dawna, wszystko się układa. Dwa lata temu wyjechałem z Olsztyna na studia, poszczęściło mi się w Gdańsku. Moja siostra wyjechała już dawno do Warszawy. Mama i tata zostali w Olsztynie.

O chorobie mamy dowiaduję się od siostry. Mówi tylko, że mama jest w szpitalu, że to nic poważnego, nic jej nie będzie. Próbuje mnie uspokoić, ale dopiero to sprawia, że się denerwuję. Dlaczego nie zadzwonił tata? Od rodziców nie dowiaduję się absolutnie niczego o chorobie mamy. Tak zawsze rozmawiało się w naszym domu - temat pieniędzy i problemów rodziców nie istniał. Zawsze mieliśmy się zajmować swoimi sprawami, oni sobie poradzą.

W końcu swoimi kanałami dowiaduję się, co mamie jest. Czeka ją operacja. To prosty zabieg - powtarzają mi wszyscy. Ale pamiętam ten moment, kiedy któregoś ranka - oczywiście byłem wtedy w Olsztynie, przyjechaliśmy z Siostrą, jak tylko się dowiedzieliśmy o terminie operacji - zdałem sobie sprawę, że to właśnie teraz. Że mama leży na stole, pod narkozą. Że coś może pójść nie tak. Cokolwiek. Poczułem się tak, jak prawdopodobnie czują się małe leśne zwierzątka, kiedy oświetla je światło reflektorów nadjeżdżającego samochodu.

Styczeń 2008

Zima wcale nie wygląda jak zima. Co jakiś czas tylko wiatr przypomni sobie o porze roku i zadmie nad krajem zrywając kilka dachów. Jest wczesny ranek, budzi mnie telefon. To dzwoni mama, pytając, jak obejrzeć film na komputerze. Niedawno znów zmieniła pracę. Jej zarobki wzrosły dwukrotnie, zastępuje dyrektora podczas jego nieobecności. Ma własnego laptopa. Teraz przez telefon cierpliwie tłumaczę jej, jak się go obsługuje.

Dom już od dawna jest wyremontowany. Rodzice ostatnio kupili drugi samochód. W czerwcu wybierają się na wakacje do Grecji. Siostra chce kupić mieszkanie w Warszawie. Mnie marzy się doktorat.

Moja mama Elżbieta ma 53 lata, wszystko, co osiągnęła w życiu, zawdzięcza sobie i tacie. O nic nigdy nie prosiła. Nigdy mnie nie zawiodła. Mam nadzieję, że jest szczęśliwa.