Można by pomyśleć, że kiepska ze mnie żona, co męża nie wspiera w staraniach o rozwój osobisty, a raczej kuchenny, gdyby nie jedno... "ale". No, może więcej niż jedno. Nie załamując jednak rąk i nie podcinając gałęzi, na której siedzi comiesięczny mężowski zapał, w dniu, Wtedy, pomijając to, że oprócz ukradkiem zjedzonych kanapek nie uświadczę w tym dniu nic innego do jedzenia, mogę spokojnie po raz kolejny obserwować miotającego się małżonka. A także poobserwować z boku (i z należytym, po najedzeniu się, dystansem) znane powszechnie w psychologii społecznej zjawisko zwane "rzucaniem kłód pod własne nogi".
Mój niepokój wzbudza wtedy nie sama, niespodziewana w końcu, chęć przygotowania rodzinie posiłku. Bo to jeszcze mogę zrozumieć. Obawę wzbudza słodkie i niewinne słowo "DOBREGO". I tu jest pies, a raczej obiad, pogrzebany.
Cały ceremoniał przygotowań moja druga połowa zaczyna od , że nie powstydziłby się go nawet mistrz Kurt Scheller, przygotowując obiad dla jakiejś znamienitej królowej. Nie ma to jednak znaczenia dla mojego pełnego zapału męża, który twierdzi, że skoro robi to rzadko, to chce mnie uhonorować posiłkiem iście królewskim.
Następnie, jak to mężczyzna - z poczuciem spełnionej po części misji, radośnie zasiada do prac innych (zwykle komputerowych), tłumacząc się, niepytany, nawałem roboty: przegrywaniem rzeczy zupełnie zbędnych, katalogowaniem zdjęć, które czekały na to od roku i innymi równie nagle pilnymi zadaniami oraz tym, że skoro jest dopiero poranek, czyli koło jedenastej, to on spokojnie zdąży na czas. lub zająć się dzieckiem, bo przecież on pracuje, a potem musi gotować!
Schodzę więc mężowi z drogi i zajmuję się dzieckiem i sprzątaniem. Czas mija, o czym nieustannie przypomina mi delikatne z początku, lecz narastające z czasem, burczenie w brzuchu. Po cichu zakradam się do kuchni i , mówiąc na głos: Och jej, ależ to dziecko dziś łakome. Drugi słoik muszę otworzyć. Chyba ma fazę wzrostu.
Na czas jakiś mam spokój. Nie chcąc być nachalną zrzędą, podając zapracowanemu mężowi herbatę, subtelnie pytam, czy nie zastanowiłby się ewentualnie, w wolnej od pracy chwili, czy nie - znaczy się jest 17, a sklepy dziś nie są długo czynne.
Przerażony późną godziną mąż zrywa się z krzykiem i pędzi do sklepu zapominając wziąć listy. , których w życiu na oczy nie widziałam, nie wiem nawet jak się nazywają, nie mówiąc o przyrządzeniu. Zmęczony straszną walką siada, by napić się herbaty, odmawiając uparcie kanapek (które jem już dosyć bezczelnie, nie kryjąc się), bo przecież zaraz będzie pyszny obiad.
Po jakiejś godzinie, z lekka przeze mnie poganiany, bo wciągnął go właśnie program na TVN, tłumaczy mętnie, że jeszcze tylko przestudiuje przepis. I : kochanie, a ile ten obiadek będzie się gotował? Czy aby nie będzie już za późno? W odpowiedzi z lekka spanikowany mąż odpowiada niepewnie: 2 godziny, wedle przepisu. I bezradnie wznosząc ręce mówi: A tyle bym chciał dla ciebie zrobić!
Gdyby nie to, że sytuacja była nienowa, uniosłabym się słusznym gniewem i wytknęła siedzenie przy komputerze. Ale będąc najedzona i znając mechanizm owych wspomnianych wcześniej kłód pod nogami wiem, że mąż postawił sobie zadanie wysoce niewykonalne i zrobił wszystko, by do niego nie doszło - a wtedy każda porażka jest uzasadniona. Z niezmąconym spokojem i uśmiechem radosnej żony, której mąż właśnie przyniósł wymarzone futro z norek (bądź, jak kto woli, 14 ksiażek, o których zawsze marzyła),
i proponuję mężowi, by zrobił naleśniki, które są potrawą prostą i przez niego bardzo lubianą. A sama radośnie idę spać z dzieckiem, poganiana przez męża. Byłoby zbyt pięknie, gdyby z drzemki, gdzie śnią mi się pieczone kurczaki ze świeżymi młodymi ziemniaczkami i prawdziwym kwaśnym mlekiem, wybudził mnie głos ukochanego mężczyzny mówiący: kochanie, naleśniczki czekają! Ze snu budzi mnie jednak moje własne burczenie w brzuchu, które zmusza mnie do poszukiwań męża siedzącego przy komputerze i naiwnego pytania: a naleśniki są?
Na co obrażony mąż mówi: