Mieliśmy po 20 lat, byliśmy zgraną klasą liceum wieczorowego. Bardzo lubiliśmy spędzać czas ze sobą. W naszej zgranej grupie był Mirek świetny kolega, który w listopadzie stracił rodziców. Nieszczęśliwy wypadek odmienił jego życie. Współczuliśmy mu ogromnie, szczególnie że został sam, nie miał rodzeństwa .. miał tylko nas. Gdy składaliśmy sobie ostatnie przedświąteczne życzenia, powiedział: ale Wam dobrze, ja zostaję sam...
Wtedy podjęliśmy szybką decyzję - przecież możemy być z Tobą. Asia ma domek w górach i możemy te święta spędzić razem. Opierał się, ale my byliśmy zdecydowani, choć trudno było wytłumaczyć rodzicom, że nas nie będzie.
Spotkaliśmy się przy szlaku na Turbacz. Każdy przyniósł coś, co sam przygotował. Był śnieg, cała masa śniegu i my gęsiego maszerujący w góry. Chłopcy zapalili ogień w kominku, dziewczyny odgrzewały jedzenie. Był opłatek życzenia i wigilia inna niż wszystkie. Później wędrówka do kaplicy pod Turbaczem na pasterkę. I nasz śpiew niosący się po górach „Ehej maluśki maluśki kiejby rękawicka..albo tyz jakoby jakoby kawołecek smycka”. Niezapomniane święta inne niż wszystkie jakie miałam wcześniej i później.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|