I nie wygląda na to, żeby miało się coś zmienić. Teraz słyszymy jeszcze o kuriozalnej sytuacji w Opolu, gdzie artyści mają grać z półplaybacku, sami opłacić sobie
muzyków, hotel i klipy promocyjne przed festiwalem. Za występ też nic nie dostaną. To się po prostu w głowie nie mieści.
Czasem wydaje mi się, że to cud, że nasz rynek jeszcze trzyma się kupy. Artysta cały czas stoi w pozycji proszącego się u rozmaitych pism, stacji radiowych czy innych mediów, bo tak naprawdę
dla nikogo nie jest partnerem dla rozmów. Rozmawiamy przecież w chwili, kiedy status złotej płyty osiąga się po sprzedaży zaledwie 15 tysięcy egzemplarzy płyt. 10 lat temu było to 100
tysięcy!
-
Masz rację, jednak ludzie, którzy mają pieniądze też płyt nie kupują, bo nie są tego nauczeni. Jeśli już im się zdarzy, to na pewno nie kupią polskich artystów, bo ci wydają im się
czymś gorszym. Zresztą w ogóle kupowanie czegoś fizycznie powoli odchodzi do lamusa. My mamy jeszcze wdrożone, że fajnie dotknąć czegoś, postawić sobie na półce. Kiedy zaczniemy kupować
pliki muzyczne padnie idea albumu.
A kiedy walczysz tylko jedną piosenką, to musi to być hit, przebój. A ja na przykład jestem antyprzebojowa. To, co się podoba masie, wcale nie jest najciekawsze muzycznie. Nigdy najlepszy numer
płyty nie jest singlem medialnym. Poza tym, album to skończona wypowiedź artysty, efekt pracy półtora roku, pewnych przemyśleń, nastrojów i inspiracji. Co można powiedzieć jedną czy dwoma
piosenkami? A jak będziemy sprzedawać je na sztuki, to już nikt nie będzie miał powodu, żeby zbierać materiał na całą płytę.
To właściwie stało się przypadkiem. Zgrało się to zresztą idealnie. Jak wybieraliśmy „Rewolucję” na singla, to też nie zastanawialiśmy się nad tym, w jaki kontekst to wejdzie. Wtedy jeszcze jakoś nie mieliśmy tej daty przed oczami. A tu jeszcze zaraz po premierze, wybory do Europarlamentu...
Rzeczywiście, coś w tym jest, szczególnie singiel „Rewolucja” pasuje do tej teorii. To jest trochę taka spowiedź dziecięcia wieku, podsumowanie młodości/dorosłości mojej
i znajomych.
Ja uważam, że my zapłaciliśmy za tę wolność właśnie brakiem rewolucji. Wszystko, przeciwko czemu chcielibyśmy się buntować zniknęło, zanim mieliśmy na to szansę. Wkroczyliśmy w nowy
świat. Wszystkiego pod dostatkiem, wszędzie można pojechać, można być kimś się tylko chce. Jeszcze nie wiedzieliśmy, czym będzie kapitalizm i jakie są jego pułapki, tu niby też jest się
przeciwko czemu sprzeciwiać, tylko że już się jakoś nie chce. Ja także jestem już na takim etapie, że bunt nie jest mi już potrzebny do niczego. Pozostała tylko taka tęsknota za
czymś…
,
Na pewno było im łatwiej moralnie, bo dobre i złe było łatwe do określenia. Poza tym, wtedy sztuka i kultura miała o wiele większy wymiar, oddźwięk wśród ludzi. Moi rodzice grali jazz,
który był zakazany - już samo przyjście na koncert było wtedy jakąś manifestacją swoich poglądów. Muzykę traktowano bardzo emocjonalnie. Mówiąc gwiazda, myślało się: Ewa Demarczyk,
Marek Grechuta, ludzie ich kochali i nie było to dla nich wcale za trudne.
Została po prostu zdegradowana do roli tła. Nie ma już etosu słuchania muzyki. Nikt nie czeka na premierę jakiejś płyty z utęsknieniem. I nie ma też w naszym życiu specjalnie wydzielonego
czasu na słuchanie płyt. Muzyka leci w aucie, windzie, restauracji, galerii handlowej – idea jest taka, żeby towarzyszyła nam cały czas, ale nie przeszkadzała. Jak już jest zbyt
nietypowo aranżacyjnie to niedobrze, bo jeszcze nam przeszkodzi w rozmowie. Tego właśnie moim rodzicom zazdroszczę. W ich czasach muzyka miała swój ciężar, swój ładunek, oni mogli robić
rewolucję muzyczną. My możemy tylko próbować utrzymać się na powierzchni. Oni może nie mogli podróżować gdzie chcą, kupować tego, na co mają ochotę, ale ferment kulturalny był...
> czytaj dalej
Nie chcę tak generalizować. Na pewno jest to bardzo smutna konstatacja, w odróżnieniu od płyty, która jednak jest optymistyczna. Nawet nie planowałam podczas pracy nad filmem, że to wyjdzie w
ten sposób. Taki kierunek jakby sam się obrał. To jest przecież film o niedojrzałości i ja znam takich ludzi, mam takich znajomych jak w filmie. To jest o marazmie, o tym, jak bardzo nie chce
się dojrzeć do podejmowania decyzji, do odpowiedzialności. Dlatego ja namawiam do korzystania z wolności w sposób świadomy. Jak się ma jej za dużo, to trudno narzucić sobie jakieś
ograniczenia, wszystko jest zbyt płynne. Unikałabym jednak mówienia o „Non-Stop Kolor” jako o manifeście pokolenia, to tylko mały wycinek świata, który jest wokół mnie.
Najpierw nas nazywano „pokoleniem X”, potem „Nic”, teraz już jesteśmy dorośli i czas zacząć żyć na własny rachunek, bo za chwilę my wejdziemy na
szczeble rządzące i te decyzje trzeba będzie podjąć. Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które pamięta przemiany, to zostaje gdzieś w podświadomości. Pamiętam jak moi rodzice z dnia na dzień
stracili obydwoje pracę. Żyło się wtedy niby strasznie, ale pod względem intelektualnym czy emocjonalnym to były piękne czasy. Kwitło życie towarzyskie, ludzie spotykali się, zamiast
widywać się tylko na Facebooku. Ja pod tym względem jestem chyba staroświecka.
Jestem pośrodku. Z jednej strony mam ten sentyment do minionych czasów, ale z drugiej korzystam też z osiągnięć naszych czasów. Mogę sama komponować, produkować swoje płyty, fantastycznie,
że mogę niemal wszystko nagrywać u siebie w domu. To mi daje ogromną wolność wyboru i nie oddałabym tego za nic na świecie. Siedzę więc w tych nowych technologiach, ale jednak oglądam się
często za siebie. To zresztą są takie czasy recyclingu, gdzie jesteśmy skazani na pewną powtarzalność. Było już wszystko, więc możemy tylko korzystając z tego, tworzyć nową jakość.
Trochę mnie tylko przeraża to, że wszystko zmierza w tym kierunku, żeby muza była całkowicie darmowa, żeby przeniosła się do wirtualu. Fajnie, że zwiększa się dostępność kultury, ale
równocześnie wytrąca się artystom z ręki możliwość życia ze sztuki. Niedługo będzie trzeba po prostu iść do jakiejś normalnej zarobkowej pracy, a sztuka zostanie tylko hobby po
godzinach.
Nie wiem, musi chyba mieć inny zawód, bo nie ma innego wyjścia. Jeszcze jakoś się to na razie u nas kręci, nawet w muzyce alternatywnej, przeżyć się da. Na pewno nie są to jednak kokosy,
które ludziom wydaje się, że zarabiamy. To zaczyna być zabawą dla idealistów, ja się jeszcze do takich zaliczam. Udzielając wywiadów, często pyta się mnie, jaką rewolucję ja chciałabym
zrobić. I zastanawiałam się nad tym – to powinna być rewolucja kulturalna, chciałabym, żeby ludzie byli bardziej świadomi muzycznie, żeby nie dawali wciskać sobie kiepskiej
jakości muzy, słabych artystów. Mówi się teraz tyle o zdrowym odżywianiu, a nikt nie mówi nic o pokarmie dla duszy. Przecież ta papka bez wartości w nas zostaje i psuje na dłuższą metę
naszą wrażliwość.
O rany, ja jestem tu bardzo radykalna! Wprowadzić zakaz puszczania złej muzyki, karalne i mandaty za to. Myślałam nawet, żeby zrobić kiedyś film o takiej utopii, gdzie jest nakaz słuchania
dobrej muzyki. Oczywiście to też byłoby w sumie koszmarne.
Jakby nie było mamy teraz totalitaryzm, tyle że pieniądza. W końcu to reklamodawca rządzi wszystkim. Ramówką telewizyjną, radiową, to on mówi, czego ludzie posłuchają po jego
reklamie.
W sumie nie mam z tym kłopotu. Żyję z muzyki i jeśli wystąpię w reklamie, to oznacza to, że będę mogła skupić się na fajnych rzeczach, a nie myśleć, czy to się sprzeda. Nie fair jest
wieszanie psów na tych, którzy biorą udział w reklamach, bo to jest jednak dla dobra ich sztuki. Dzięki temu nie muszą iść na kompromisy muzyczne czy filmowe, a o to głównie chodzi. Trzeba
tylko wiedzieć, gdzie leży granica, której nie wolno przekroczyć.
Jestem osobą żądną przygód. Zaproszono mnie do pierwszej edycji, w sumie nie było jeszcze wiadomo, w jakim to się kierunku potem potoczy. Podeszłam do tego z dziecięcą radością, to była dla mnie naprawdę frajda, bo uwielbiam ruch. To było dla mnie takie spełnione marzenie małej dziewczynki. Wchodzi się wtedy w totalnie inny świat, poznaje trenerów, zawodników turniejowych, którzy tym żyją, i to, że ty masz gdzieś tam swoje życie, swoje śpiewanie, kompletnie ich nie obchodzi. To wszystko było niezwykle ciekawe i kusi mnie zrobić kiedyś o tym film, jak takie wielkie show wygląda za kulisami. A to, co się tam potem stało w tym programie, w II czy III edycji, to było już kompletne dno, teraz bym się nie zgodziła.
Tak naprawdę, poczucie obciachu rosło z odcinka na odcinek. Zdawałam sobie jednak sprawę z tego, że to jest cena, którą trzeba zapłacić za to, za większą popularność. Nie spodziewałam
się, że aż tyle ludzi to ogląda i będzie na mnie głosowało 80 tysięcy osób. To jednak robi wrażenie. Cieszę się jednak, że odpadłam na tyle szybko, żeby nie brać udziału w tych
pyskówkach pomiędzy Dodą a Saletą. Przerażało mnie też, że tak naprawdę producenci tego show mogą zmontować z ciebie kogokolwiek, kto im pasuje do obrazka.
> czytaj dalej
Wydaje mi się, że ja jestem bardzo rozpoznawalna, tylko jestem też niszowa ze względu na muzykę, którą robię. Przyjęłam sobie jednak takie założenia, że pracuję medialnie i PR-owo tak,
jakbym robiła muzykę pop, z pełną konsekwencją. Tylko w muzyce nie idę na kompromisy. Problem, że jeszcze nie tak dawno moja muzyka miałaby szanse być bardziej masowa i popularna, ale przy
dzisiejszym poziomie popu ja i wielu innych ciekawych artystów proponujących nowoczesne brzmienie, jesteśmy zepchnięci do niszy. Ale może to i dobrze… o wiele fajniej jest mieć mądrą i
wyselekcjonowana publiczność, która pozostaje wierna na lata.
Ja pierwsza miałam taką fryzurę, zanim ktokolwiek o niej słyszał.
Nie wiem, bo ja się w ogóle tym nie interesuję, nie słyszałam nawet jednej jej piosenki. Popkultura jest teraz strasznie głupia i szkoda mi czasu na takie rzeczy, życie jest zbyt krótkie, ja
nie mam nawet telewizji. Traktuję kulturę niezwykle wybiórczo, nie chcę zaśmiecać sobie umysłu. Opieranie swojej kariery na skandalach, a nie na muzyce, jest dla mnie nieporozumieniem.
Strasznie ubolewam nad tym, że przyszło mi żyć w takich czasach, do których chyba nie przystaję.
To strasznie stara historia. Kiedyś usłyszała mnie taka amerykańska producentka polskiego pochodzenia i zadzwoniła do mnie po latach, że w Japonii świetnie się teraz sprzedają blondynki,
Szwedki szczególnie, i że może ja bym w to miejsce świetnie się nadała. Skomponowałam trochę piosenek, byłam strasznie podniecona wtedy wizją wielkie kariery. Widzisz, może dlatego teraz
jestem tak bardzo anty-popkulturowa, bo już coś takiego tam przerobiłam. Byłam taką jednosezonową gwiazdą, produktem od początku do końca. Wszystko było mega profesjonalne, świetni
producenci, tylko ja nie miałam nic do powiedzenie, mówiono mi nawet co mam w wywiadach mówić. Tam zrozumiałam, że się nie nadaję do takich rzeczy. Powiedziałam sobie, no trudno, kariery
międzynarodowej nie zrobię. Kiedyś mi się wydawało, że ja będę właśnie taką pop gwiazdą jak Lady GaGa, że będę robić show, cekiny na scenie, cały ten blichtr i tak dalej. Dwa lata
tam, kompletnie mnie ustawiły muzycznie.
Jest, ale to mój świadomy wybór. Mam bardzo ciekawe życie i każdemu takiego życzę. Nie mogę narzekać na żadną stagnację czy rutynę i taka różnorodność jest mi potrzebna. Myślę, że
robienie filmów pomaga mi w komponowaniu muzyki i odwrotnie. Wszystko co przezywam jako muzyk bardzo mi się przydaje w pracy reżysera. A zresztą muzyka i film to bardzo pokrewne dziedziny.
Posługują się tylko innym językiem…
Unikam klasyfikacji, nie chcę być w żadnej szufladzie. Moja odmienność to moja największa zaleta.
Zdjęcia: materiały promocyjne Sony Music
Informacje o koncertach Marysi na jej stronie internetowej
Wywiad oryginalnie znajduje się w lipcowym numerze