Dziennik Gazeta Prawana logo

Środa: Opozycja wiele zawdzięcza kobietom

19 lutego 2009, 19:26
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Środa: Opozycja wiele zawdzięcza kobietom
Inne
20 lat wolności Polski to 20 lat wolności kobiet. DZIENNIK zapytał profesor Magdalenę Środę o jej refleksje na temat czasu, który upłynął od pamiętnego czerwca 1989 roku. Co się dla nas zmieniło? Czy w PRL-u istniała emancypacja? Jaką rolę odegrały kobiety przy pracach Okrągłego Stołu?


Uważam, że był dla wszystkich rozsądnych ludzi w tym kraju czymś bardzo ważnym. Pokojowa, oparta na negocjacjach, a nie na walce zmiana ustroju. Dziś widzimy, że był to doskonały przykład umowy społecznej zawartej ponad podziałami i rzadki w naszej historii - przykład zdrowego rozsądku Polaków.


No właśnie, dziś dopiero zadaje się to pytanie. Przy Okrągłym Stole była tylko jedna kobieta, choć w opozycji, a zwłaszcza w tak zwanym podziemiu całą niemal pracę wykonywały kobiety. Kiedy natomiast przyszło do podziału władzy, do wejścia w Historię, kobiety – jak zwykle – zniknęły. I dziś gdy organizuje się konferencje poświęcone Okrągłemu Stołowi, zaprasza się samych mężczyzn. Nikt nawet nie zadaje sobie pytania, a jest to pytanie interesujące z powodów nie tylko politycznych, ale i kulturowych, dlaczego przy Okrągłym Stole nie było kobiet? I kto przygotował warunki do Okrągłego Stołu? Przecież opozycja wspierała się na mrówczej pracy, zmyśle organizacyjnym i odwadze bardzo wielu kobiet.


Na pewno Helena Łuczywo, Basia Labuda, Ania Bikont. Mogłabym również wymienić szereg osób niepublicznych, które jak ja w tamtych czasach zajmowały się działalnością opozycyjną. Ja byłam taką mrówką-kolporterką-łączniczką – można powiedzieć, i od innych osób brałam bibułę, ulotki. Te osoby, to były kobiety. O nich dziś się nie pamięta.


Okrągły Stół pociągnął za sobą też wiele przemian społecznych istotnych dla kobiet, oczywiście. W 1993 została uchwalona fatalna ustawa antyaborcyjna. Jednocześnie pojawiła się bardzo silna promocja tradycji, władzę pomału, ale skutecznie przejmował Kościół, co powodowało ograniczenie praw reprodukcyjnych kobiet i wtłaczanie ich w tradycyjne role matek i żon. PRL jawił się jako siermiężny ustrój, sadzający kobiety na traktorach, a przecież nie sposób kwestionować tego, że w PRL procesy emancypacyjne kobiet były realne, chociażby dzięki powszechnemu dostępowi do edukacji i rynków pracy, przede wszystkim jednak dzięki rozbudowanej infrastrukturze socjalnej (darmowe żłobki, przedszkola, kolonie, opieka zdrowotna).


Przynosząc wolność Polakom, jednocześnie odbierały ją Polkom. Bo z jednej strony Polska odzyskała wolność w sensie politycznym, z drugiej kobiety straciły niezależność, możność decydowania o własnym macierzyństwie. Wolne państwo zaczęło stosować przymus, w imię religii. Dekomunizacja oznaczała deemancypację. Mówiono wtedy, że kobiety powinny spełniać swoje powołania, że kobieta tradycyjna to kobieta siedząca w domu, opiekująca się dziećmi...


Tak. Zaczęto zamykać przedszkola i żłobki, a do debaty publicznej wszedł dziwaczny język uniemożliwiający rozmowę o prawach reprodukcyjnych. Gdy w 1992 roku usłyszałam po raz pierwszy wyrażenie „dziecko poczęte”, nie sądziłam, że taki potworek językowy może się przyjąć. Jak kilka lat temu usłyszałam, że in vitro jest związane z mordowaniem dzieci, to pomyślałam sobie, że jest to już jakaś kompletna aberracja. Dziś z przerażeniem patrzę, że ten język normalnie funkcjonuje i trzeba się zastanowić, co z tym zrobić.


W roku osiemdziesiątym którymś, kiedy byłam bardzo silnie emocjonalnie związana z ruchem solidarnościowym, rozmawiałam ze swoim przyjacielem Włochem. Był filozofem i mówił o sobie, że jest komunistą (w Polsce nawet w czasach siermiężnego PRL-u nikt tak o sobie nie mówił). I on mi powiedział: „wiesz, jeszcze będziesz się tej swojej solidarności wstydziła". Pokłóciliśmy się, ja się na niego śmiertelnie obraziłam. Po dziesięciu latach zadzwoniłam do niego mówiąc, że miał absolutnie rację. Podczas drugiego zjazdu solidarności ogłoszono, że podstawą działania związku zawodowego będzie społeczna nauka Kościoła. Wydało mi się to czymś bardzo niepokojącym i dziwacznym, żeby związek zawodowy, którego zadaniem jest walka o doczesne prawa pracowników, wpisywał sobie jako cel działań zbawienie i posłuszeństwo papieżowi.


Tej formy "szacunku” nie brakuje mi. Do dziś nie lubię goździków i cieszę się, że rajstopy mogę kupić sobie sama. Ale mam szacunek wobec pewnych osiągnięć PRL.


Kobiety zyskały wtedy możliwość kształcenia, pracy i nikt nie wmawiał im, że ich życiowym celem powinna być nieodpłatna praca na rzecz mężczyzn i dzieci. Z tych traktorów też nie trzeba się śmiać, bo proszę mi wierzyć - znacznie przyjemniej jest prowadzić traktor niż chodzić za nim lub zmywać po kimś brudne naczynia.


Tak, ale emancypacja była tego wymuszenia niewątpliwym efektem. Dziś też potrzeba wszystkich rąk do pracy, ale rząd chętniej sprowadzi do Polski emigrantów niż wzmocni niezależność kobiet odpowiednimi programami i inwestycjami (żłobki, przedszkola). Bo się boi Kościoła, a dla kościoła to właśnie kobiety są największą ostoją polskiej religijności. I Kościół nie chce tego zmieniać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj