Wyszukiwanie modowych cacek w stertach ubrań było małym uzależnieniem twórczyń sklepu internetowego Vintage Hunters, Moniki Kucel i Ali Górskiej. Dziewczyny kupowały nawet te ciuchy, których nie nosiłyby bez przeróbek albo które zamierzały komuś oddać. Potem brakowało im czasu na krawieckie poprawki, więc zdobyczne fatałaszki zalegały w szafie. W końcu kolekcja ubrań rozrosła sie ponad wszelką miarę. I właśnie wtedy zrodził się pomysł założenia sklepu z ubraniami vintage.

Magia zagranicznego stempelka

"Jeszcze wtedy nie byłam zorientowana w Internecie. Ale jak już powiedziałam to sobie na głos, zapytałam moją przyjaciółkę Alę, czy nie chciałaby założyć sklepu razem ze mną. Ostateczną decyzję podjęłyśmy w sierpniu 2006 roku, wtedy też zaczęłyśmy robić zdjęcia naszych ubrań, znalazłyśmy kogoś, kto zrobił nam stronę internetową. I tak się zaczęło".

Sklep ruszył w styczniu zeszłego roku. Moda na vintage jest obecnie bardzo popularna, więc pomysł dziewczyn trafił na podatny grunt. Vintage Hunters na samym początku działalności przeżył prawdziwe oblężenie, które wynikło z tego, że zamówiła w nim sukienkę pewna szalenie popularna w modowych kręgach blogerka, autorka blogu Stylebites. Opisała to na swojej stronie, a internacjonalne tłumy zapragnęły mieć coś z egzotycznego polskiego lumpeksu. Nagle skrzynkę mailową zapchały zamówienia z Nowego Jorku, Singapuru, a nawet z Japonii i Emiratów Arabskich. Teraz sklep działa raczej na terenie Polski, jednak ubrania zamawiają także Angielki. Monika mówi, że to zabawne, bo przecież większość ubrań pochodzi właśnie z Wysp "Może to magia zagranicznego stempelka na paczce...?" - zastanawia się.

Na jakiej zasadzie Monika i Ala wybierają ubrania do swojego sklepu? Kierują się przede wszystkim swoim gustem: "My po prostu nie kupujemy tego, czego same byśmy nie założyły. Jeżeli jakaś rzecz jest nawet bardzo ładna, ale na przykład uszyta ze sztucznego lub kiepskiego gatunkowo materiału, rezygnujemy z niej".

Aby zaspokoić potrzeby klientek, dziewczyny przyglądają się najświeższym trendom i szukają ubrań zgodnych z aktualna modą. Na przykład teraz, gdy najbardziej pożądane stają się szerokie spodnia, Monika i Ala szukają ich w działach męskich - dół od garnituru doskonale sprawdza się jako taki modny element stroju.

Receptą vintage hunterek na dobry styl jest łącznie stylowych rzeczy z secondhandu z nowoczesnymi ubraniami. Monika przyznaje, że dla niej styl vintage nie polega na ubieraniu się od stóp do głów w odzież z dawnych lat, ale umiejętne łączenie czegoś z lumpeksu z modnymi spodniami i na przykład klasyczną torbą. "Drażni mnie, że na blogach i w sklepach vintage nadużywa się tej nazwy - vintage. Nazywanie rzeczy np. sprzed dwóch lat "vintage" to nadużycie, to po prostu odzież secondhanded. I u nas takie ubrania właśnie tak się nazywają" - deklaruje Monika.

Nie ciuch a styl na sprzedaż

W Vintage Hunters nie zadomowią się jednak rasowe fashion victims. Monika podkreśla, że w ich sklepie ubierają sie dziewczyny takie, jak one: "Ubranie nie musi być markowe, tworzymy modę dla takich osób jak my, które chcą się tą modą bawić. Chciałybyśmy raczej "sprzedawać" styl, a nie same ciuchy".

Część rzeczy wymaga - lub tylko przydałyby im się - przeróbek. Zatem zdarza się, że jakaś sukienka zyskuje koronkę lub traci na długości. Secondhandowe fashionistki planują, że w przyszłości będą przerabiać więcej rzeczy, jednak na razie ograniczają swoje krawieckie zapędy do nielicznych ciuchów.

Cenowo Vintage Hunters mieści się w granicach zdrowego rozsądku. Oczywiście rzeczy są nieco droższe niż w lumpeksie, po pierwsze dlatego, że wyszperanie zajęło dziewczynom sporo czasu, musiały znaleźć odpowiednią modelkę i ją sfotografować, a skoro prowadzą działalność gospodarczą, muszą odprowadzić podatek. Monika ze śmiechem zdradza, że czasem rzecz jest bardziej kosztowna tylko dlatego, że jest bliska jej sercu:

"Rzadko cena rzeczy przekracza 100 zł. Ale bywa, że za jakieś ubranie trzeba zapłacić więcej, tak dzieje się w przypadku markowych ciuchów. No, a czasem po prostu ciężko nam się z czymś rozstać i zakładamy, że jak ktoś tego nie kupi, to nie będzie straty, a jak kupi, to znaczy, że to było tyle warte, nawet jeśli nie jest sygnowana znanym nazwiskiem".

Niedługo na warszawskiej Saskiej Kępie przy ulicy Walecznych 3 otworzy się sklep w "realu". Dziewczyny zamierzają przyjmować klientki kilka razy w tygodniu popołudniami, od 17.30 do 20.30. Zainteresowanie będzie prawdopodobnie ogromne.