Kiedy urodziła się Ania, a potem Tadek, nie przeszkadzało mi to w pracy zawodowej. Nadal mogłam wykładać, a także pisać doktorat. Jednak w ciąży z Mają postanowiłam, że na razie dam sobie spokój - praca naukowa poczeka, a ja zajmę się dzieciakami. Szybko potem urodziła się Magda i utwierdziła mnie w przekonaniu, że podjęłam dobrą decyzję. Jestem szczęśliwa, siedząc w domu, bo widzę, jak dzieci zmieniają się, i mogę odkrywać z nimi świat. Zawsze wiem, co się z nimi dzieje. Rozumiem, dlaczego któreś płacze czy ma zły humor. Funkcjonuję jako "ja i czwórka dzieci”, nigdy ja sama. W chwilach słabości myślę, że moje życie jest potwornie monotonne. I wtedy cieszę się, że mąż wraca z pracy wcześniej i zajmuje się całą czwórką.
Kiedy po kilkunastu miesiącach siedzenia w domu tylko z dzieckiem poszłam do pracy, poczułam, że odżyłam. Teoretycznie miałam mnóstwo czasu, siedząc w domu, a jednak dzień mi przepływał przez palce. A od kiedy zaczęłam pracować, dni nabrały zdrowego rytmu. Po powrocie do domu zabawa z dzieckiem sprawia mi ogromną przyjemność, której nie odczuwałam, siedząc z małą 24 godziny na dobę. To najmilszy moment dnia. Cudowna jest też świadomość, że w domu ktoś tak bardzo na mnie czeka. Oczywiście czasem wpadam w czarną rozpacz, szczególnie kiedy mam natłok pracy, i myślę, że jestem wyrodną matką, bo nie zajmuję się dzieckiem.
Jestem skrzypaczką, a muzyka to moja pasja. Tak jak moje dziewczynki. Kiedy urodziła się Majra, a potem Gaba, od razu zauważyłam, że obie są muzykalne. Dzięki temu nie miałam dylematu: praca czy dom. Uczę bowiem małe dzieci grać na skrzypcach i na zajęcia zabieram moje dziewczynki. Majra już przygrywa na swoich małych skrzypeczkach, a Gabriela rwie się do tego. W zajęciach, które prowadzę, wykorzystuję metodę Suzuki. Pozwala uczyć już dwuletnie dzieci. Dzięki niej nie traci się radości i przyjemności z grania. Wymagane jest też zaangażowanie rodziców. Wszystko to razem pozwala na głębszy kontakt z dzieckiem. Ja odczuwam to bardzo mocno.
Rodzice, którzy mieszkają na wsi, przekonali mnie, że skoro pracuję, wnuczce będzie lepiej u nich niż pod opieką obcej osoby. Córkę odwiedzam w każdą wolną chwilę. Kiedy jej nie widzę, najmilszy moment dnia to wieczór, gdy rozmawiam z Leną przez telefon. Czytam jej wtedy bajki i śpiewam do snu. Niesamowite są też chwile, kiedy przyjeżdżam, a córka podbiega do mnie, krzycząc z całych sił: „Maaama!”. Czuję się jak szczęściara, bo wiem, że moi rodzice dają Lenie wiele miłości, a ja mogę spokojnie pracować. Martwi mnie tylko, że córka zaczęła wykorzystywać nietypową sytuację, więc zanim zacznie chodzić do szkoły, zabiorę ją do siebie na stałe.
p
Mój syn Bruno jeździł jeszcze w tzw. głębokim wózku, ciężkim i mało zwrotnym. Szukałam osoby, która mogłaby pomóc wnieść mi ten wózek do tramwaju. Na przystanku nie było nikogo. W środku sami starsi ludzie. Patrzyli na mnie bezradnie, a ja na nich. W pewnym momencie drzwi się zamknęły, tramwaj odjechał, a ja zostałam na przystanku. Takich sytuacji, które mnie wkurzały, było bardzo wiele. Stąd zrodziła się idea fundacji. Pomyślałam, że albo będę sfrustrowaną mamą, która narzeka w gronie innych sfrustrowanych mam, albo coś z tym zrobię. W ubiegłym roku na przykład w Dzień Matki zorganizowałyśmy akcję „Wózkowa masa krytyczna, czyli marsz mam przez Warszawę pod Pałac Prezydencki”.
Nie za bardzo, ale nie zrażamy się. Właśnie zakończyliśmy trzecią edycję akcji „O Mamma Mia!”. Na razie działa tylko w Warszawie, ale myślimy też o innych miastach. W
ubiegłych latach tworzyłyśmy czarną listę miejsc nieprzyjaznych matkom i osobom niepełnosprawnym. Rozdawałyśmy ulotki i wlepki „O Mamma Mia! Tutaj wózkiem nie wjadę!”,
które można było nalepić na drzwiach tych lokali. W tym roku stworzyłyśmy listę pozytywną.
Wózek waży mniej więcej 20 kg, a matki noszą go 4 - 6 razy dziennie. Otwierając drzwi, musimy stać na jednej nodze, drugą je kopać i przytrzymywać je łokciem. Często musimy prosić o
pomoc, bo ludzie bardzo rzadko robią to z własnej inicjatywy. Jeszcze gorzej, jak my to mówimy do kwadratu, mają matki dzieci niepełnosprawnych, bo wożą tymi wózkami coraz starsze i coraz
cięższe dzieci...
Nie, choć czasami wydaje mi się, że wszystkim o to chodzi. Gdy mama chce wreszcie iść do pracy, nie ma gdzie zostawić dziecka, bo w Polsce za mało jest przedszkoli i żłobków. Czeka ją
prawdziwe wyzwanie logistyczne: jak dotrzeć z punktu A do punktu B. W jednej dzielnicy mieszka, w innej ma pracę, a jeszcze w innej żłobek lub przedszkole dla dziecka, bo oddaje je tam, gdzie
jest miejsce. Nasza fundacja zabiega, by tworzyć przyzakładowe placówki w miejscu pracy. Ważne jest też, by były czynne dłużej, bo jak matka wychodzi wcześniej niż szef i współpracownicy,
to wszyscy źle na nią patrzą.
Dlaczego? My w fundacji uważamy, że można robić jedno i drugie. Zauważyłam, że o ile kobiety są wyemancypowane lepiej lub gorzej, o tyle matek to zupełnie nie dotyczy. Traktowane jesteśmy
jak trzecia płeć.
Organizujemy strajk! Chcemy odzyskać Dzień Matki na mówienie o realnych problemach macierzyństwa, a nie na zwyczajowe życzenia i laurki. Listę skarg i wniosków przedstawimy 26 maja w
warszawskim Hyde Parku. Chcemy tego dnia powiedzieć głośno, jak żyjemy w pozostałe.
*Sylwia Chutnik, mama 5-letniego Brunona, szefowa fundacji MaMa, w marcu ukazał się jej debiut literacki - „Kieszonkowy atlas kobiet”