Marta Jarosz: Naprawdę uważa Pani, że ta folia przyjemnie pachnie?

Ewa Smerecka: Lepiej, niż reszta miejsc w prosektorium albo w tej części domu pogrzebowego, w której przechowuje się zwłoki. W tym pomieszczeniu, z którego wzięłam worek, pijemy kawę. Oczywiście, że ta woń nie ma nic wspólnego z perfumami, ale nie kojarzy się z niczym nieprzyjemnym.

To prawda. Folia jak folia, chociaż ta akurat ma dość intensywny zapach. A po co brała Pani ten worek na uczelnię?

Znajomi z roku, kiedy się dowiedzieli, że będę udzielała wywiadu, zapragnęli – to chyba właściwe słowo – wczuć się w mój klimat. Poprosili, żebym przyniosła coś z pracy – na przykład skalpel, ale pomyślałam, że to bez sensu, bo co można robić z ze skalpelem. Worek to co innego. Po pierwsze: wyniesienie go nie narusza przepisów, a po drugie: robi całkiem niezłe wrażenie, prawda? Zresztą szybko się okazało, że to był strzał w dziesiątkę: na korytarzu uczelni kolega zrobił mały performance z użyciem tego rekwizytu. Miały być tylko zdjęcia w worku, a o mały włos doprowadziliśmy do zawału bogu ducha winną pracownicę rektoratu…

Brzmi poważnie, co się stało?

Robiliśmy te zdjęcia na korytarzu na drugim piętrze, bo doszliśmy do wniosku, że tam jest najmniej ludzi. Zupełnie zapomnieliśmy o tym, że właśnie tam znajdują się pomieszczenia rektoratu i sale obrad. Trochę hałasowaliśmy, więc w pewnej chwili jedne z drzwi na piętrze otworzyły się i wyjrzała z nich kobieta, która chciała nas uspokoić. Delikatnie mówiąc: zdziwiła się, kiedy zobaczyła niemal tuż pod swoimi nogami wieki czarny worek, który w dodatku zaczął się ruszać. Całe szczęście, że wzięłam taki bez suwaka, bo wtedy skojarzenia mogłyby się okazać zbyt jednoznaczne i kobieta by tego nie wytrzymała.

Lubi Pani żartować ze swojego zawodu?

Nie wiem, czy lubię, ale na pewno umiem. Pod jednym tylko warunkiem: że żarty nie godzą w klienta. Jeśli po prostu ogólnie nawiązują do tematu, nie widzę w nich nic złego, ale kiedy na przykład zdarza się, że kolega powie o zmarłym, którym się zajmujemy „no tak, za życia nie miał umiaru w jedzeniu, a teraz ja nie mogę go podnieść”, zawsze protestuję i przypominam „halo, uważaj, on tu jest; dlaczego tak o nim mówisz?”. Na takie żarty się nie godzę.

Pamięta Pani, kiedy podjęła decyzję o wyborze zawodu?

Oczywiście. Miałam wtedy około 14 lat.

Trudno mi uwierzyć, że nastolatka marzy o zostaniu technikiem sekcji zwłok i tanatokosmetologiem…

Pięknie powiedziane… (uśmiech). Ale to prawda. Ja zawsze żyłam blisko śmierci. W dużym stopniu, dlatego że miałam brata, który zmarł w wieku 4 lat, rok przed moimi narodzinami. Niemal codziennie odwiedzaliśmy go z rodzicami na cmentarzu. Mama – pielęgniarka i tata – pracownik straży też wykonują zawody, w których obcuje się z umieraniem. Jednak nawet dla nich moja profesja to za dużo…

Co to znaczy?

Oni nie wiedzą, że pracuję w „podziemnym zawodzie”. Nie pozwoliliby na to, a mama – jak to kiedyś powiedziała, gdy próbowałam wybadać grunt i poznać jej opinię – nie usiadłaby ze mną więcej przy jednym stole.

Próbuje mi Pani powiedzieć, że od 10 lat ukrywa przez bliskimi to, co robi?

Znają tylko część prawdy: wiedzą, że śpiewam i uczę śpiewać, chociaż na to też się nie godzili. O „zimnej pracy” nigdy im nie mówiłam.

A może wiedzą, tylko nie umieją Pani tego powiedzieć i wszyscy Państwo nawzajem się okłamują?

Może, chociaż to mało prawdopodobne, bo znam moją mamę na tyle, że wiem, że gdyby wiedziała, spełniłaby swoje groźby o zerwaniu kontaktu.

Skąd u niej taka radykalna postawa, skoro sama styka się w pracy ze śmiercią?

W jej przypadku wybór zawodu nie był suwerenną decyzją. Tak postanowiła jej mama, czyli moja babcia, której zależało na tym, żeby córka miała praktyczny zawód. A co do innych powodów: nigdy się dobrze nie rozumiałyśmy. Nie mam o nic żalu do rodziców, ale wiele razy było mi ciężko, kiedy komentowali moje postępowanie słowami „gdyby Piotrek żył, na pewno by tak nie postąpił”. Zawsze znajdowałam usprawiedliwienie dla tych krytycznych ocen. Tłumaczyłam rodziców najpierw tym, że upłynęło jeszcze niewiele czasu od śmierci ich ukochanego syna; później swoim okresem dojrzewania, w którym być może trudniej było się ze mną porozumieć. W końcu jednak zrozumiałam, że po prostu nadajemy na innych falach.

Więc Pani decyzje były wyrazem buntu?

Nie, absolutnie nie. Przeciwnie: już pierwszą komunię przyjmowałam tylko i wyłącznie dla rodziców, bo sama w ogóle tego nie czułam, ale to było trochę tak – i tak zresztą zostało – że miałam dwa życia: to z prawdziwą mną i to dla nich. Zupełnie dwa oddzielne tory – biegnące jednak równolegle.

Musiała Pani już jako nastolatka mieć naprawdę silny charakter, żeby poradzić sobie w takim spektaklu…

Nie wiem, czy tak to nazywać. Po prostu zależało mi na tym, żeby nie być jak jedna z miliona i żeby udowodnić, że będę żyła tak, jak chcę. W moim życiu zawsze była obecna muzyka, ale nie mogłam się w niej realizować, bo rodzice przewidywali dla mnie inną przyszłość. Nieszczególnie pomagali mi i wspierali mnie w edukacji muzycznej. Wiedziałam, że jeśli naprawdę chcę to robić, muszę liczyć na samą siebie. Stąd poniekąd wziął się pomysł na wybór drugiego toru zawodowego. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym siedzieć osiem godzin w biurze i przekładać papierki albo wykonywać inny standardowy zawód. Chciałam zarobić szybko i dużo, nawet jeśli wymagałoby to podjęcia pewnego trudu.

A nie było jakieś kompromisu – żeby zadowolić Panią i rodziców? Na przykład medycyna?

To nie było dla mnie. Przede wszystkim wiedziałam, że nie dam rady pogodzić medycyny z muzyką, a po drugie: nie da się ukryć, że odpowiedzialność w moim zawodzie jest nieporównywalnie mniejsza, niż w przypadku lekarza. Mamy nawet takie powiedzenie „czego nie dokroisz, to domalujesz” (uśmiecha się). W medycynie to by nie zadziałało.

Kiedy zatem zaczęła Pani realizować swój jasno określony cel?

Jakoś około 15 roku życia. Zbierałam literaturę, różnego rodzaju materiały naukowe, żeby wiedzieć, z czym w ogóle będę miała do czynienia. Zdobywałam kontakty. Robiłam rozeznanie w branży. Opłaciło się. Wymagane szkolenia rozpoczęłam jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności, ale kończyłam je, zanim zdałam maturę. Zostałam technikiem sekcji zwłok i technikiem tanatokosmetyki.

To dawało gwarancję zdobycia pracy?

Nie, ale miałam szczęście, bo w czasie kursów nauczyciele dostrzegli we mnie zamiłowanie do precyzji i „dobre oko” do makijażu, więc nie musiałam szczególnie zabiegać o zlecenia. Jakoś tak same się pojawiały.

CZYTAJ DALEJ >>>


A gdzie w tym wszystkim było miejsce na muzykę?

Muzyka była na PIERWSZYM miejscu. Po maturze wyprowadziłam się z rodzinnego Łowicza, zdałam egzaminy do sławnej szkoły muzycznej drugiego stopnia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie i planowałam karierę śpiewaczki operowej, ale parę rzeczy życie poukładało za mnie.

Były chwile zwątpienia w słuszność tego, na co się Pani zdecydowała?

Tak. Dwie. Obu nigdy nie zapomnę. Pierwsza miała miejsce jeszcze podczas szkoleń. Podczas zajęć praktycznych kazano mi przynieść jakieś narzędzia z pomieszczenia obok. Pomyliłam drzwi i weszłam do ciemnej klitki, w której nie mogłam znaleźć włącznika światła. Kiedy wreszcie mi się to udało i w pomieszczeniu zrobiło się jasno, zobaczyłam, że stoję na środku maleńkiego schowka – wymiary mniej więcej dwa i pół na dwa i pół metra – a obok mnie znajdują się stelaże, na których leży około dwudziestu czarnych worków z ciałami…

Było widać te ciała?

Nie.

Więc skąd Pani wie, że tam były?

Pewności nie mam, ale worki wyglądały „konkretnie”.

Ale w sumie co takiego strasznego było w tych workach? Martwy człowiek bez worka był mniej przerażający, niż ten w worku?

Na tamtym etapie mojego oswajania się z zawodem właśnie tak było! Żeby móc to wszystko znieść i przyjąć, w pewien sposób programowałam swoje myślenie o tym, co będzie się działo. Na przykład mówiłam sobie, znając program zajęć, „dziś zobaczysz mózg w formalnie, czaszkę, serce, będziesz zaglądać do wnętrza człowieka” i tak dalej. Tamtego dnia nie byłam zaprogramowana na zobaczenie worka. On na mnie napadł. Od tamtej chwili, gdy widzę jakikolwiek „nieprzewidziany” czarny worek – chociażby ze śmieciami – stojący na mojej drodze, zapala mi się w głowie czerwone światło.

A druga sytuacja, o której Pani wspomniała?

Zastępowałam organistę w kościele. To był akurat okres pierwszej komunii. Zapoznałam się z dzieciakami. Jedynym z nich był chłopiec śpiewajmy psalm. Dziewięciolatek. Kilka dni później spotkałam się z nim w pracy. Zginął w wypadku samochodowym. Nie potrafiłam nie pytać, gdzie jest sens tego wszystkiego…

Poznała Pani odpowiedź?

Nie. Wiem tylko, że nigdy nie warto pytać, dlaczego to spotkało właśnie mnie, dlaczego mnie się coś przytrafiło. Jeśli coś na nam się dzieje, a my nie wiemy, dlaczego, to wyjaśnienie najprawdopodobniej przyjdzie samo – może za kilkanaście lat, ale na pewno przyjdzie.

Wyłącza Pani emocje, żeby dawać radę w tej pracy?

Nie umiem tego zrobić, nawet gdybym chciała. Niektórzy moi koledzy po fachu tak działają, ale ja nie potrafię. Jedyne, o czym staram się pamiętać, to stara zasada, która mówi, że w tej robocie trzeba oddzielać świat żywych od świata umarłych.

Jak to się realizuje w praktyce?

Chodzi przede wszystkim o to, żeby nie zajmować się w pracy bliskimi, ludźmi, których się znało. Zrobiłam wyjątek od tej reguły tylko dla mojej przyjaciółki, która poprosiła mnie, żebym była z nią do końca. Chorowała na raka krtani. Zmarła na moich rękach. Zadbałam o to, żeby wyglądała tak, jak chciała. To nie było łatwe, bo doskonale pamiętałam – wciąż pamiętam – jak razem przygotowywałyśmy się do występów – malowałyśmy się, dobierałyśmy sukienki. Dla własnego dobra nie powinnam tego robić, ale nie mogłam jej zostawić.

Czy Pani lubi to, co robi?

Czy lubię? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. To tak, jakby zapytać księdza, czy lubi wierzyć. Traktuję tę pracę jako pewnego rodzaju misję.

Co jest jej celem?

Przeprowadzenie człowieka na drugą stronę życia. Ja mam zaszczyt spędzać z nim jego ostatnie chwile po tej stronie. Jestem przy nim w momencie, o którym pewnie niejeden razy za życia myślał, zastanawiał się, jak to będzie wyglądało. Widzę na jego twarzy wypisane doświadczenia ostatnich dni, miesięcy – szczególnie, jeśli na przykład chorował, a to odcisnęło na nim piętno. Ale zdarzają się też szczęśliwi zmarli. To naprawdę widać na twarzach.

Ile czasu spędza Pani ze zmarłym, którym się zajmuje?

To zależy od tego, co robię. Jeśli jest to zwykła sekcja, w której do mnie należy rozcięcie ciała i wyjęcie organów, które następnie zostaną przekazane do zbadania lekarzowi, to jest około czterdziestu minut. Jeśli przygotowuję zmarłego do ostatniej drogi, czyli myję go, czeszę, maluję i ubieram, trwa to około godziny. Każda inna czynność wydłuża nasz kontakt. Na przykład balsamacja, czyli wymiana płynów ustrojowych na mieszankę, która hamuje rozkład ciała.

W pomieszczeniu, w którym Pani pracuje, jest Pani sama?

Różnie. Nie ma reguły. Czasami pracujemy w parze, a druga osoba na chwilę wyjdzie po kawę i wtedy jestem sama (śmiech).

Zdarza się, że boi się Pani wejść do pomieszczenia, w którym czeka na Panią zmarły?

Nie, nie, to już mam przepracowane. Takie sytuacje są już za mną. Ale jest coś, co napawa mnie strachem – chociaż raczej nie jest to spowodowane pracą. Panicznie boję się tego, że mogłabym obudzić się w trumnie.

Czy opowieści o takich przypadkach nie są mityczne?

Absolutnie nie! Historia zna wiele takich przypadków i są one udokumentowane. Podobnie jak to, że nigdy nie można mieć pewności co tego, w jakim stanie jest świadomość osoby uznanej na zmarłą i zakwalifikowanej do bycia dawcą organów. Opisano wiele przypadków obudzenia się takich osób. Były one w stanie powtórzyć treść rozmów, które prowadzono nad ich ciałami na chwilę przed pobraniem organów! Tę tematykę podejmuję w swojej pracy magisterskiej, nad która obecnie pracuję.

Ma Pani jeszcze czas na studia?!

Tak. Chciałam studiować, bo nie lubię mieć za dużo wolnego czasu. „Podziemny zawód” uprawiam bardzo często w nocy. Jako wokalistka zespołu Fusion też zwykle realizuję się w niestandardowych porach dnia. Uczę śpiewać w godzinach powszechnie uznawanych za standardowe godziny pracy, ale w sumie tak się to układa, że mam dużo wolnego czasu. Postanowiłam go więc wykorzystać i być w końcu magistrem. Muszę też przyznać, że skusił mnie kierunek studiów: komunikacja medialno-kulturowa. Pomyślałam, że mogę to kiedyś w ciekawy sposób wykorzystać.

Powróćmy jeszcze na chwilę do technicznych szczegółów „zimnej pracy”. Bywają takie chwile, w których coś Panią zaskakuje – na przykład, że coś dziwnego dzieje się z ciałem?

Nie przypominam sobie. W zasadzie o wszystkich możliwych „dziwnych” przypadkach uczą nas na kursach i jak na razie nie przytrafiło mi się nic, co wykraczałoby ponad zdobytą wtedy wiedzę. Chociaż przeciętnego człowieka mogłoby pewnie zaskoczyć to, że ręka zmarłego zsuwa się ze stołu albo w wyniku uwalniania się gazów z organizmu jego brzuch zmniejsza obwód i wyraźnie to widać – sprawia to wrażenie, jakby on żył.

Zdarza się Pani czuć obrzydzenie w pracy?

Nie. Na pewno nieprzyjemny jest zapach, który jej towarzyszy, ale do niego też się można przyzwyczaić. Fizjologia człowieka i to, co dzieje się z jego ciałem, nie obrzydzają mnie, chociaż kiedy na przykład zdarza mi się brać udział w wynoszeniu z mieszkania zwłok starszej osoby, która zmarła w sezonie grzewczym i ciało zostało odkryte dopiero po dłuższym czasie, stwierdzam, że prosektorium, o którym ludzie myślą, że okropnie cuchnie, w rzeczywistości ma niemal zapach perfum – w porównaniu do tego, co tam zastajemy. Ciała topielców z kolei przy próbie podniesienia często po prostu się rozpadają – te widoki na pewno nie należą do przyjemnych. Podobnie jak larwy i owady, które pojawiają się naprawdę szybko.

Na pewno zna Pani mity o trupim jadzie i chorobach, którymi można zarazić się od zwłok. Ile jest w nich prawdy?

Bardzo niewiele. Dziś, przestrzegając zasad higieny i stosując się do obowiązujących przepisów postępowania z ciałami, nie jesteśmy w zasadzie w ogóle narażeni na niebezpieczeństwo płynące z obcowania z nimi.

Czy ciało zmarłego jest rzeczywiście tak zimne, jak się o tym powszechnie mówi?

Tak. Ciało stygnie nieco ponad jeden stopień na godzinę, więc dość szybko zaczyna się czuć jego chłód. To jest takie zimno, że nawet trzymając rękę kilka centymetrów nad ciałem zmarłego, wyczuwamy tę „łunę”. Tego nie da się niczym rozgrzać. Kiedy zmarł mój dziadek, z którym byłam mocno związana, zapomniałam o wszystkim, co wiem na temat „ciał bez życia” i usilnie starałam się rozgrzać jego dłonie swoimi, kiedy leżał w kaplicy domu pogrzebowego. Oczywiście nic nie wskórałam, a tylko następnego dnia przeraźliwie bolały mnie ręce – taki ból reumatyczny spowodowany przemarznięciem.

Kiedy przygotuje Pani zmarłego do pokazania go bliskim i ocenia efekty swojej pracy – makijaż, uczesanie, zamaskowanie oznak śmierci – podoba się Pani to, co zrobiła?

Mnie się nigdy nie podoba to, co zrobiłam. Zawsze myślę, że może być lepiej – na każdym polu, na którym działam.

W „zimnej pracy” jest Pani związana z jednym miejscem?

Nie. Jestem freelancerem. Przyjmuję zlecenia od warszawskich i podwarszawskich domów pogrzebowych. Często też pojawiam się w miejscach, w których wykonuje się sekcje zwłok na zlecenia różnych podmiotów.

A kariera muzyczna – na jakim dokładnie jest teraz etapie?

Solistką opery nie zostałam – ze względu na problemy zdrowotne, ale to chyba nawet i lepiej, bo w tak zwanym międzyczasie uświadomiłam sobie, że chcę się skupić na instruktażu i pójść raczej w kierunku muzyki rozrywkowej. Moje życie muzyczne toczy się w Łowiczu. Jestem instruktorem wokalnym Dziecięco-Młodzieżowego Zespołu Ludowego Koderki i wokalistką zespołu Fusion – na razie gramy głównie covery i obsługujemy muzycznie różnego rodzaju imprezy, ale aktualnie pracujemy nad swoim materiałem, więc może wkrótce coś się będzie działo… Ostatnio zaistniałam też jako solistka w zupełnie innym niż rozrywkowy repertuarze, w recitalu „Wszystko ma swój czas”, z którym wystąpiłam w Łowiczu. Są plany, aby przenieść go do Warszawy. Mam „prywatną praktykę” nauczyciela śpiewu. Moi uczniowie osiągają sukcesy. Ostatnio moja podopieczna z napisaną przeze mnie kolędą wygrała międzynarodowy konkurs.

Jak Pani godzi to czasowo?

Niezmiennie od wielu lat i na wielu poziomach moje życie biegnie dwoma torami. W tej kwestii też. Od piątku do poniedziałku żyję muzycznie w Łowiczu. Czas od wtorku do czwartku jest przeznaczony na Warszawę.

Te życie się nie przenikają?

Staram się, żeby nie. Ostatnio doznałam szoku, kiedy koleżanka z Warszawy przyjechała na recital do Łowicza. Nie mogłam sobie z tym poradzić, bo Warszawa ma być w Warszawie, a Łowicz w Łowiczu!

CZYTAJ DALEJ >>>


Strasznie to skomplikowane… Czy praca ogranicza, czy rozszerza krąg Pani znajomych?

Zdecydowanie ogranicza. Ja w ogóle nie mam znajomych. Może w sumie dwie osoby w życiu były mi bliskie. Mam problem z odnajdywaniem się w grupie, np. ludzi ze studiów. Czuję, że tam nie pasuję. Ja nigdzie nie pasuję. Już w szkole tak miałam. Byli ci spod ściany, ci spod okna i ja. Teraz sobie uświadomiłam, że skoro to już tak długo trwa, to na pewno nie jest spowodowane zawodem, który wykonuję, bo zaczęło się dużo wcześniej.

Poznając nowych ludzi, afiszuje się Pani z tym, co robi?

Kilka razy popełniłam ten błąd, że dość szybko o tym powiedziałam. Teraz już tego nie robię. Większość ludzi negatywnie reaguje ną tę informację. Strasznie się „nakręcają” na ten temat. Do tego stopnia, że kiedy pozwalam sobie kogoś z premedytacją okłamać, że wracam z pracy „po akcji”, on twierdzi, że to od razu widać i że czuje ode mnie zapach trupa…

Więc znajomi – z różnych światów: muzycznego, studenckiego – wiedzą o „podziemnej pracy”, czy nie?

Hmmm, jakby to powiedzieć… Może tak: mogę powiedzieć, że znajomymi są ci, którzy nie wiedzą.

A pani partner, mąż?

Jestem sama. Niedawno zakończyłam długi trudny związek. Żaden z partnerów, z którymi byłam – na poważnie z dwoma – nie umiał sobie poradzić z moim zawodem. Jeden doprowadził mnie do rozpaczy, kiedy wprost powiedział, że boi się, że przeniosę na niego trupi jad i przez to umrze. Nie wytrzymałam i zapytałam, czy wie, że kadaweryna, której tak się obawia w trupim jadzie, znajduje się w jego spermie…

Jaką partnerką Pani jest?

Wiem, że ludzie postrzegają mnie jako osobę niedostępną, samodzielną i samowystarczalną, bardzo silną, ale tacy jak ja są najczęściej bardzo samotni. Czasami pytano mnie, dlaczego na co dzień chodzę w takim mocnym makijażu. Żeby się nie rozpłakać…, bo codziennie jest milion takich sytuacji, w których się przed tym powstrzymuję... Moim największym marzeniem jest stworzenie domu i posiadanie co najmniej dwojga dzieci. Jaką partnerką jestem? Chyba nietypową. Potrzebuję mężczyzny, którego mogłabym się poradzić, kiedy tego potrzebuję. Zależy mi na rozmowie. Żeby nie było tematów tabu. Żebym mogła go zapytać zarówno o to, co sądzi o najnowszych technikach rekonstrukcji zwłok dziecka, jak i o sposobach na lepienie pierogów…

Ma Pani poczucie, że „zimna praca” dominuje nad Pani życiem?

Na pewno na nie wpływa, ale nie dominuje. Myślę, że to, co robię, ma ogromne znaczenie dla ludzi, którzy mnie otaczają. Oni nie potrafią mnie postrzegać w innym kontekście. Chociażby ludzie na studiach. Widzę, jak boją się do mnie podejść. Jak mnie obserwują. Analizują, co ze mną jest nie tak. Aż w końcu drżącym głosem pytają, czy mogą się przysiąść. I siadają, kiedy mówię „siadaj” i od tej chwili w jakimś sensie zaczynam być dla nich matką. Oni we mnie kogoś takiego widzą. Myślą, że jeśli robię to, co robię, to znam odpowiedzi na wszystkie pytania. Proszą o radę, jeśli mają problem, a kiedy mówię, że sami muszą znaleźć rozwiązanie i że to ich życie, że ja po prostu czegoś nie wiem, nie wierzą. Ci, którzy się przysiadają, albo szybko uciekają, albo robią to tak, żeby wydawało mi się, że samo się rozeszło po kościach…

Wierzy Pani w duchy?

Tak. Chociaż nie mogę powiedzieć, że jestem wierząca, ani że jestem katoliczką.

To skąd ta wiara w życie pozaziemskie?

Dostałam dowody, których nie potrafię nijak wytłumaczyć. Od brata i od przyjaciółki, którzy odwiedzili mnie, kiedy już ich nie było. Piotrek przyszedł do mnie we śnie w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia – kiedy ze względu na problemy z głosem zostałam skreślona z listy studentów szkole muzycznej. To była katastrofa totalna. Wszystko, w co wierzyłam, zawaliło się. Kiedy się zjawił, dał smyczek od skrzypiec i kazał śpiewać, nie wierzyłam, że to się dzieje, mimo że sen był tak wyrazisty, że czułam w nim zapachy. Zażądałam dowodu, że to nie jest moja imaginacja. Spod lewego łokcia wyjął maskotkę – szarego zająca i zniknął. Kiedy się obudziłam, nie miałam pojęcia, co to wszystko znaczyło. Zapytałam ojca. W czasie rozmowy tata zdębiał, kiedy powiedziałam o zającu. To on włożył Piotrkowi pluszaka do trumny. Nawet matka o tym nie wiedziała. Nigdy wcześniej nikt mi o tym nie mówił. Wyleczyłam struny głosowe, wróciłam na listę studentów. Śpiewam – tak jak Piotrek mi kazał, chociaż inny repertuar, niż początkowo zamierzałam (uśmiecha się).

A zmarli, którymi zajmuje się Pani w pracy - odwiedzają Panią?

Nie, ale ja nigdy nie mam pewności, że obok nie ma kogoś, kogo nie widzimy. To dlatego uważam, że trzeba być fair zarówno wobec żywych, jak i wobec martwych. W ogóle jestem zdania, że ci, którzy żyją, są czasami bardziej głusi, niż ci, którzy już odeszli.

Rozmawia Pani z klientami?

Oczywiście. Czasami nawet im śpiewam. Szczególnie często się to zdarzało, kiedy byłam jeszcze w szkole i przygotowywałam na występ albo egzamin na przykład jakąś arię. Przed żywymi miałam tremę. Bałam się krytyki. Przy klientach się otwierałam.

A jest coś takiego, czego Pani w podziemnej pracy szczególnie nie lubi?

W samej pracy – nie, ale w okolicznościach towarzyszących – tak. Chodzi o zachowanie ludzi, bliskich zmarłych. Podam przykład. Młode małżeństwo – oboje z zamożnych rodzin – ginie w wypadku samochodowym. Zgodnie z polskim prawem ich majątek dziedziczy rodzina tego z nich, które zmarło drugie. Naszym zadaniem jest stwierdzenie tego. Odbywają się oględziny, sekcja. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że kobieta zmarła pierwsza, bo ma przeciętą szyję i nienaturalnie zwisającą głowę. Mężczyzna doznał obrażeń brzucha – domniemywamy, że śmierć na skutek wykrwawienia wewnętrznego nastąpiła później. Rodzina dziewczyny nie może się z tym pogodzić. Kwestionują naszą opinię, oskarżają, grożą. Zapominają, że przede wszystkim zginęła bliska im osoba… To bardzo smutne.

Jak to jest żyć tak blisko śmierci?

To jest pytanie, które sama często sobie zadaję, bo tak naprawdę żyję jeszcze bliżej śmierci, niż mogłoby się to wydawać. Na moich rękach umarło czworo ludzi. Dwoje z nich było mi bardzo bliskich. Mężczyzna, którego reanimowałam po wypadku, był zupełnie obcy. Podobnie jak dziewczyna, obok której tańczyłam w klubie – poślizgnęła się, uderzyła głową o schodek. Złamanie podstawy kości czaszki – szybka śmierć, ale trzymałam ją, kiedy zaczynała „patrzeć w powietrze”. Tak nazywam ten moment – jest w nim coś niesamowitego. Widziałam to cztery razy. Człowiek patrzy na mnie i nagle wiem, że przestaje mnie widzieć. Byłam ostatnią osobą, którą widział. Teraz jego kawałek żyje we mnie…

Czy Pani ma świadomość, że po ukazaniu się naszej rozmowy rodzice mogą się dowiedzieć o Pani „warszawskim życiu”?

Całkiem niedawno pomyślałam, że bardzo bym chciała nie musieć im o tym mówić, żeby sami skądś się dowiedzieli. Może to jest właśnie ten czas i sposób na to…

Dziękuję za rozmowę i życzę, żeby TEN CZAS był dobry.