Rozgotowane ziemniaki. Kotlet wysuszony na wiór. Sałatka bez smaku. A na deser ciasto z zakalcem. Biorą cię diabli. Wstyd ci. Próbujesz się jakoś usprawiedliwić, mama cię pociesza, wujek robi dobrą minę, a siostrzeniec po prostu z ciebie drwi. Nic, tylko siąść i płakać...

Ja też to przeżyłam. Też się wypłakałam. I też najadłam się wstydu. Ale nie poddałam się. I wyciągnęłam prosty wniosek - muszę nauczyć się gotować. I już. W pierwszym odruchu desperacji wyszperałam książkę kucharską. Taką starą, po babci. Jeszcze z lat trzydziestych. Osiemset stron i ponad dwa tysiące przepisów.
Ale książkę wyrzucam po minucie. Maria Disslowa w "Słówku do młodych gospodyń" pisze, że jeśli kobieta nie umie gotować, to doprowadzi do "utraty zdrowia i mienia całej rodziny".
Co to, to nie! A poza tym, co mi po przepisach, których nie rozumiem? I nie umiem z nich korzystać... Co robić? Pójdę na kurs gotowania od podstaw.
Z patelnią w lewej, a nożem w prawej ręce. Nad prawdziwą kuchnią, ramię w ramię z prawdziwym kucharzem. Wreszcie zrobię dla rodziny prawdziwego mielonego.

Ale jeśli myślisz, droga Czytelniczko, że pójść nauczyć się gotować "normalne" potrawy to prosta sprawa - jesteś w błędzie. Otóż trudno w ogóle taki kurs znaleźć. Szczerze? W ogóle takich nie ma. Dzwonię do informacji, surfuję w internecie, przeglądam gazety i nic! Jedyne co znajduję, to szkolenia specjalistyczne, czyli kuchnia włoska połączona z nauką języka podczas tygodniowego turnusu w Toskanii... lub wegetariańska, na miejscu.
Nie jestem aż tak zapalona, by zostawić wszystko i wyjechać ni stąd, ni zowąd na nieplanowany urlop.... Nie mam wyboru. Zapisuję się więc na czterogodzinny kurs gotowania potraw bezmięsnych. Zamiast mielonego siostrzeniec zje kotleta z soi. Niech nie marudzi. Powiem, że ekologiczny. I zdrowy...

Dobrze wyposażona kuchnia to podstawa

Zaczynam. Ja i troje innych nieszczęśników takich jak ja. Dwie kobiety, dwóch facetów i on. Czyli słynny kucharz. W stroju służbowym: biały kitel, ogromna czapka na głowie i pyzata buzia z wąsami.

Mistrz wskazuje moje stanowisko pracy, czyli wyposażoną profesjonalnie minikuchnię. A ten profesjonalizm to komplet garnków i patelni (szklanych, emaliowanych, żaroodpornych), noży (do mięsa, warzyw, sera, pieczywa), miseczek, talerzy, otwieraczy do konserw i innych akcesoriów. Mój domowy kącik do gotowania przegrałby z kretesem w rankingu na "kuchnię roku". Przeznaczenia większości sprzętów nie znam. Ale jestem tu po to, by się dowiedzieć. Chyba kupię mikser....

Na blacie warzywa. Papryka w różnych kolorach, pomidory na gałązkach, ogórki, dynia i cukinia. Są i przyprawy: bazylia, oregano, pieprz, ostra i słodka papryka (świeże w małych doniczkach lub suszone), białe wino, olej z oliwek, ocet winny i inne. I różne gatunki serów: kozi, owczy, krowi. Zaczynam się niepokoić. Jak ja dam radę? Jestem zielona jak ta papryka!
I co z moim kotletem? Trudno. Nie będzie kotleta. Będzie makaron. Z warzywami... Pod beszamelem.

Mistrz pomaga odróżnić oliwy

A teraz uwaga, drogie panie! Czy wiecie, że nie smaży się potraw na oliwie extra virgin? Nawet jeśli na etykietce napisano, że nadaje się do tego wyśmienicie. To wszystko z mądrą miną przekazuje nam mistrz.
Na wstępie dodaje jeszcze, że szafran to najdroższa przyprawa świata, że smak ma gorzki i dodaje się go do potraw z ryżu, do zup i ciast. Że balsamico, czyli gęsty, prawie czarny, kwaskowaty włoski sos z winogron o konsystencji syropu, mogę jeść z lodami. Że nie należy kupować czosnku w plastikowej siateczce, bo jest kiepskiej jakości. Uff.
Co z moim makaronem? Poczeka. Najpierw mistrz przyrządza włoskie risotto z grzybami, a nasza czwórka kursantów śledzi każdy jego ruch.

I tak: kucharz przygotowuje naturalny bulion lub rosół (wywar z warzyw i drobiu lub wołowiny). Uwaga! Można też użyć dobrego bulionu w kostce. Sieka drobniutko połówkę średniej cebuli, wrzuca ją na rozgrzaną oliwę w głębokiej patelni. Chwilę smaży, od czasu do czasu mieszając. Dodaje szklankę ryżu (porcja dla 3-4 osób). Ma się on lekko zeszklić (niecała minuta). Potem wlewa pół kieliszka białego wina i bulion, w proporcji jeden do jednego.

Teraz farsz: kucharz sieka surowe grzyby dowolnego gatunku (ze wskazaniem na prawdziwki i smardze; odradza pieczarki). Na jedną porcję należy użyć około 100 gramów grzybów świeżych lub ewentualnie 20 gramów suszonych (100 gramów to taka pełna garść). Smaży dwie minuty, dolewa trochę bulionu (tyle, żeby przykrył grzyby), dusi przez minutę. Finał: grzyby łączy z ryżem i zalewa taką samą jak przedtem ilością bulionu.
Wreszcie degustacja. Jak smakuje? Pycha! Wujek już nie będzie musiał robić dobrej miny do złej gry. Zaczyna mi się tu podobać....

Cebulę kroi się tasakiem

Czas na potrawę numer dwa, czyli zupę z dyni. Tym razem wszystko robię sama, a wąsaty kucharz tylko dogląda. I oczywiście pierwsza wpadka - rondelek mylę z patelnią. - Aha, rondelek? - cała w pąsach udaję, że nic się nie stało. Każdemu może się przytrafić.
Ale do dzieła. Zaczynam od wyłuskania miąższu z upieczonej w piekarniku dyni. Mam chyba drewniane ręce - złoszczę się - bo grupa kończy tę prozaiczną czynność dużo przede mną...
Następne zadanie: obieranie i krojenie cebuli. Biorę niewielki nożyk i zabieram się do obierania. Pomocnik kucharza uśmiecha się ironicznie. Wręcza nóż prawie jak tasak. - Specjalnie do warzyw - objaśnia. Z przerażenia prawie mdleję. Będziemy polować na bawoły? - zastanawiam się. - Nie. Po prostu nie umie pani kroić cebuli - karci mnie mężczyzna. Rach, ciach, nóż w jego ręce śmiga żwawo. - W zasadzie porusza się tylko nadgarstek, objaśnia kucharz.
I tak zobaczyłam, że warzywa kroi się tasakiem...

Kolej na mnie. Staram się, ale idzie opornie. Jestem już nie tylko zalana łzami, o mały włos odcięłabym sobie palce. Poza tym ta głupia cebula rozpada mi się na różnej wielkości kawałki. Rozglądam się dookoła. Nikt na mnie nie patrzy? Niepostrzeżenie zamieniam noże i ciacham po swojemu. Nie ma czasu na ceregiele, muszę dogonić resztę. Ich cebulki już rumienią się w rondelku. Ćwiczyć będę w domu.

Zmiksowałam miąższ, połączyłam wszystkie składniki, gotowałam zupę na małym ogniu, stale mieszając, ale katastrofy nie dało się już uniknąć. Pilny telefon z pracy i zupa przywarła do garnka! Do przypalonej potrawy dodałam jeszcze z roztargnienia pieprz zamiast soczewicy.
Porażka.... Nie zaliczyłam zadania. A mój kącik pracy otrzymał miano "bałaganu, jakiego jeszcze tu nie było....". - Brawo, pani Moniko, całe szczęście, że nie wpisujemy ocen do indeksu. Oblałaby pani z kretesem - jakbym słyszała siostrzeńca.

Dobra kolejność to klucz do sukcesu

Ale wciąż nie mogę się doczekać swojego mielonego, czyli sojowego, czyli makaronu z warzywami. Będzie na niego czas w finale. Wcześniej muszę przyrządzić ratatuję warzywną z serem kozim. Wow! Zabłysnę! To prosta potrawa składająca się z duszonych: cukinii, papryki, cebuli, pomidora i bakłażana. Coś jak leczo, czyli miks warzyw, który każda z nas potrafi zrobić w domu.
Siekam warzywa. - W drobną kosteczkę kroić! Gotuje pani dla wojska? Kuchnia polowa czy jak? - woła kucharz. Nie chcę zapaść się pod ziemię, więc drobię staranniej. Staram się dbać o czystość na blacie. Z trudem panuję nad rozproszonymi cząsteczkami warzyw. Wyrastają jak grzyby po deszczu w kilka sekund po tym, jak gruntownie sprzątnę stanowisko.

- W jakiej kolejności wrzucamy produkty na rozgrzany olej? - pyta kucharz i spogląda oburzony na moją patelnię. - No, nie pamiętam. - Twarde warzywa, takie jak papryka i cebula, dusimy dłużej od pomidorów.
- Co zostanie z tego dania? Nieapetyczna papka - konstatuje kucharczyk, wykrzywiając twarz. - Ale smaczna - dodaje koleżanka z boku, która próbuje mojego dzieła. A to dzięki soli, pieprzowi i innym przyprawom, których nie żałowałam. Ale lekcję z tego wyniosłam taką, że warzywa wrzuca się na ogień w określonej kolejności. A drugą taką, że można zrobić coś nieapetycznego, ale smacznego... Śmieszne, co?

Koper włoski, czyli bulwa

Mimo porażki te kulinarne wariacje zaczynają mi się naprawdę podobać. Ja rzeczywiście chcę gotować (ten makaron)! Tym bardziej że teraz czas na prawdziwy egzamin. Zapiekanka z kopru włoskiego z parmezanem.
Pełna werwy szukam kopru, takiej rośliny zielonej... Kucharczyk się śmieje i podaje mi coś w rodzaju selera z jakimiś zielonymi odnogami. - To jest pani koper włoski - podaje ze śmiechem. - Proszę go obrać. Przyrząd, którym się posługuję, nie ułatwia zadania. Ktoś, kto wymyślił to cudo, z całą pewnością lubi utrudniać innym życie. Nie, ja nie mogę, to jakiś koszmar, utyskuję, walcząc z opornym nożykiem. Odarte ze skóry kulki (niewielkich już rozmiarów) zalewam mlekiem (tak by przykryć je całkowicie) i wkładam do piekarnika. I co? I znowu porażka.
- Piekarnik trzeba najpierw włączyć i poczekać, by nagrzał się do odpowiedniej temperatury... Rozkładam bezradnie ręce, a kucharzowi one opadają. Naprawdę nic nie potrafię?

Przygotowuję kolejne składniki i uprzątam blaty. Przyglądam się produktom, dotykam je, obwąchuję. - A fe, co tak śmierdzi? Wykrzywiam się teatralnie i omal nie upuszczam miseczki z żółtymi wiórkami.
- Parmezan, ser włoski - odpowiada mistrz. Aha... Już czas wyjąć naczynie żaroodporne z piecyka. Wykładam bulwę na talerz, posypuję parmezanem i danie gotowe.
Smakuje? Mnie tak. A kucharzowi? To może przejdźmy do makaronu...

Kulinarny egzamin dojrzałości

Moment kulminacyjny: finałowa potrawa. Makaron z warzywami w sosie beszamelowym. Dla siostrzeńca. Wszyscy uczestnicy kursu przyrządzają ją samodzielnie. Od A do Z.
Wczytuję się w recepturę: "zblanszowane warzywa (brokuły, marchewka, kalafior, brukselka) dodajemy do makaronu ugotowanego al dente". Co ja mam z tym zrobić?!!! Zastanawiam się: poddać się nie poddam, zapytać nie zapytam. Pomocy!!!
I nagle świta mi w głowie, że jedynym ratunkiem jest.... mama! Chwytam za telefon i idę do toalety. I już wiem, że makaron al dente to zwyczajnie kluski ugotowane na półtwardo, a warzywa muszę po prostu krótko obgotować w osolonym wrzątku lub pozostawić na dłuższą chwilę na parze. I będą zblanszowane.

Potem wszystko idzie gładko. Kiedy warzywa i makaron są już gotowe, robię sos beszamelowy. Do zasmażki z mąki i masła dodaję mleko, które wcześniej wymieszałam z kwaśną śmietaną i dwoma żółtkami. Energicznie mieszam. Masa jest za gęsta, wiec zgodnie z poleceniem kucharza dodaję trochę zimnego mleka. Śmietana powoduje, że sos ma bardziej zdecydowany smak, a żółtka nadają mu śliczny, żółciasty kolor.
Zalewam nim potrawę i oddaję do oceny.

Rezultat? Egzamin zaliczam na piątkę. I co ty na to mój zblanszowany siostrzeńcze?! Będzie ci smakować. I wujkowi też.

Zmęczona, ale szczęśliwa wracam do domu. Jeszcze w samochodzie obmyślam plan przyjęcia urodzinowego. Nie wiem na razie, co ugotuję. Znajdę coś pysznego w grubaśnej książce kucharskiej po babci. Wiem natomiast, jak się za to zabiorę.
Czyli: - wyposażę kuchnię w niezbędne akcesoria (no właśnie, mikser!)
- nauczę się korzystać z piecyka
- poczytam o przyprawach (dowiem się, jak smakują, do czego i w jakich ilościach je dodawać)
- warzywa posiekam drobniutko tasakiem,
- opanuję sztukę profesjonalnego szatkowania cebuli (tak, by krew się nie lała),
- zachowam przepisową kolejność smażenia warzyw, czyli najpierw te twarde, a potem miękkie (wygląd potrawy jest równie ważny jak jej smak!)
- nie przypalę zupy, nie rozgotuję makaronu lub ziemniaków (po prostu nie odbiorę pilnego telefonu z pracy!)
- i będę pilnowała porządku na blatach.
Co jeszcze? Aha, i poproszę mamę, by nauczyła mnie robić kotlety mielone. Na wypadek, gdyby siostrzeńcowi przestały smakować moje warzywne wariacje. Mam w sobie silne postanowienie: będę prawdziwą gospodynią. Na miarę Disslowej.