KLARA KLINGER: W ostatnich latach wzrasta w Polsce liczba zawieranych małżeństw. Czy to oznacza, że młodzi Polacy nie zamierzają rozstawać się z tradycyjnym modelem rodziny?
ANNA GIZA-POLESZCZUK*: Nie tylko o to chodzi. Powodem jest przede wszystkim dobra koniunktura gospodarcza. Młodzi przyjmują bardzo rozsądną strategię - wiedzą, że małżeństwo wymaga długoterminowej stabilizacji: znalezienia mieszkania, perspektyw stałej i dobrej pracy. Nikt nie chce przecież zakładać rodziny, a potem głodować albo mieszkać z rodzicami. A dziś coraz łatwiej o kredyty hipoteczne, maleje bezrobocie, pensje rosną. Poza tym małżeństw jest więcej, bo przedstawiciele pokolenia wyżu demograficznego z początku lat 80. osiągają właśnie 25-27 lat, czyli wchodzą w statystyczny wiek zawierania związków małżeńskich.

Socjologowie twierdzą jednak, że nie chodzi o koniunkturę, ale o zmianę mentalności. Rośnie pokolenie, które woli zawierać związki, niż żyć w konkubinacie.
Z badań wynika, że polska młodzież zawsze była bardziej konserwatywna niż jej rówieśnicy z Zachodu. Dla przeważającej większości młodych na czele hierarchii wartości zawsze znajdowało się szczęśliwe i dostatnie życie rodzinne. Grupa, dla której najważniejszy był np. podbój bieguna albo zdobycie nieśmiertelności, stanowiła u nas margines.

A więc potwierdza się teza, że dla młodych ludzi na Zachodzie znacznie ważniejsza od rodziny jest indywidualna wolność.
Tak, i wynika to przede wszystkim z wyższego niż u nas poziomu życia. Z tego, że młodzi mieszkańcy Zachodu, mając ogromny margines materialnego bezpieczeństwa, mogą sobie pozwolić na dłuższe studiowanie czy podróżowanie. Nie muszą jak najszybciej po zakończeniu edukacji rozpoczynać pracy, by mozolnie budować swoją pozycję zawodową i materialną. Tę ostatnią już zresztą mają, dzięki rodzicom - stać ich na wynajęcie mieszkania i samodzielne życie. Konserwatyzm naszej młodzieży bierze się z kolei z tego, że jest to pokolenie pionierów. Oni wiedzą, że nie mogą liczyć na pomoc rodziców. Bo ilu jest w Polsce ludzi, którzy są w stanie zapewnić bezpieczeństwo i start materialny młodym? Od państwa też nie mogą oczekiwać pomocy, więc muszą liczyć na siebie.

Zatem konserwatywne wartości dają nam gwarancje bezpieczeństwa?
Dom i rodzina to dobra uniwersalne, ogólnoludzkie. Nazwałabym je nie tyle wartościami konserwatywnymi, ile raczej klasycznymi, w tym znaczeniu, że stabilny związek i oparcie w drugim człowieku stanowią fundament ludzkiej egzystencji. Potomstwo to wehikuł naszego życia, jedyna dostępna nam forma nieśmiertelności, bo niewielu osiąga ją przy pomocy swoich dzieł. I nie zauważyłam, by w tym zakresie zaszły jakieś poważne zmiany w mentalności. Słynny ekonomista Gary Becker dostał Nagrodę Nobla za wielkie dzieło ekonomiczne "Teoria małżeństwa. Traktat o rodzinie". Becker przyjął założenie, że ludzkie preferencje są na ogół stabilne i wahaniom podlegają tylko w okresie zawirowań - na przykład w średniowieczu ogromna część populacji nie wchodziła w związki małżeńskie ze względu na niekorzystną strukturę dziedziczenia. Więc jeśli zmienia się liczba zawieranych małżeństw czy dzietność, to zawsze powinniśmy na to spojrzeć od strony barier i problemów, które powodują, że ludzie nie mogą realizować swoich preferencji. Nie należy pochopnie dochodzić do konkluzji, że oto zmieniła się ludzka mentalność.

Ale mimo to zmiany obyczajowości są. Mamy przecież w Polsce całkiem sporo osób żyjących samotnie, bo taki jest ich wybór.
Moim zdaniem ta sprawa jest wyolbrzymiona i nie przybiera jakichś zatrważających rozmiarów. Większość singli to osoby znajdujące się w okresie przejściowym: przed- lub międzymałżeńskim. Trzeba pamiętać, że w Polsce przesunęła się granica wieku zawierania małżeństw, co wynika przede wszystkim z wydłużenia czasu edukacji i coraz większej liczby studiujących - w tej chwili na wyższych uczelniach uczy się ponad 50 procent osób w wieku 19- 24 lat. Po studiach ci ludzie najpierw muszą odbyć staże, później znaleźć pracę. I do tego momentu zazwyczaj odraczają zawarcie związku małżeńskiego. Myślę, że to całe mówienie o powstawaniu nowoczesnego modelu społeczeństwa singli jest tylko budowaniem teorii do wyjaśnienia całkiem prozaicznych zjawisk. Piękniej jest sobie powiedzieć, że jest się wyzwolonym singlem, niż przyznać się do problemów, których nie jesteśmy w stanie rozwiązać.

Czyli instytucja małżeństwa przetrwa.
Tak, i to nie tylko w Polsce. Także w krajach rozwiniętych, w których zmiany w obyczajowości zaszły bardzo daleko, ta instytucja ma się całkiem dobrze. Nawet tam, gdzie małżeństwo jest zrównane z konkubinatem czy kohabitacją, przeświadczenie, że ślub to zobowiązanie na całe życie, jest bardzo silne. Ślub to szczególne przeżycie, święto miłości i pewne zobowiązanie. Niemal wszyscy tęsknimy, by czegoś takiego doświadczyć i publicznie złożyć obietnicę.

Czy to nie jest przypadkiem tęsknota za tradycyjnym modelem życia?
Strasznie się boję słowa "tradycyjny", bo ono kojarzy się z kobietą w fartuszku, która zmywa naczynia. Choć oczywiście tęsknota za wyidealizowanym sielskim życiem, tradycyjną, wspierającą się wspólnotą sąsiedzką i prawdziwymi relacjami międzyludzkimi jest w naszej kulturze bardzo silna. I trudno się dziwić, skoro zazwyczaj żyjemy w klatce w bloku, a wszyscy dookoła mają nas w nosie.

Przestajemy wierzyć, że szczęście przynosi sukces zawodowy. Widzimy go raczej w udanym życiu rodzinnym.
Tak. I nie ma w tym nic dziwnego. Skończyły się przecież warunki do robienia błyskawicznej kariery. Pokolenie polskiej transformacji, które niemal z dnia na dzień zaczęło zarabiać kokosy i zajęło najwyższe stanowiska, należy do przeszłości. Dziś młodych ludzi w Polsce nie czekają żadne fantastyczne perspektywy. I większość z nich doskonale rozumie, że nie będzie się rozbijać jaguarami i bywać na międzynarodowych imprezach, lecz musi zadowolić się skromniejszą posadą. Że szczęścia trzeba szukać gdzie indziej.
ANNA GIZA-POLESZCZUK, socjolog, członek Rady Programowej akcji "Szkoła bez przemocy"