Matka dzieciom

Reklama

Żona - jak sama mówi - "naczelnego taliba RP" jest też mamą czwórki jego dzieci, z których najstarsza Marysia ma 10 lat, a najmłodszy Janek - dwa lata. Z wykształcenia filozof, pracowała jako dziennikarz w Radiu Plus, dziś dorywczo redaguje książki. Mówi, że powrót do pracy w pełnym wymiarze przy czwórce dzieci nie miałby sensu, bo cała zarobiona pensja trafiałaby do niani.

W Polsce kobieta z dziećmi nie zarobi. Zresztą kto przyjmie matkę z czwórką dzieci, która trzy tygodnie jest na zwolnieniu, bo chorują? - pyta retorycznie. I przyznaje, że gdy choroba dopada kolejne dzieci, a ona przez te trzy tygodnie nie wychodzi z domu, zaczyna się dusić. Dookoła stołu biega dziesięciolatka, za nią pięciolatka, potem czterolatek, wreszcie dwulatek, który co chwile się przewraca, jedno drugiemu coś z rąk wyrywa, a za nimi wszystkimi biegnę ja. Jedno zaczyna płakać, więc solidarnie za chwilę płacze drugie, potem trzecie... Hałas jak na dworcu. Czasem się boję, że sąsiedzi wezwą pomoc społeczną - relacjonuje swój zwykły dzień.

Wspomina, że ostatnio na tym tle doszło do kryzysu. Zdecydowała się bowiem wyjechać na weekend z koleżankami do Krakowa. Planowany od pół roku wypad przerywały co chwilę telefony od męża, który domagał się, by już wracała. Tylko dwa dni, a jemu kompletnie odbiło. Dzwonił nie tylko na mój telefon, ale też koleżanki. (...) W końcu mu mówię: "Tomasz, powinniśmy być dla nich (dzieci - przyp. red.) świadectwem życia małżeńskiego. A co ty im pokazujesz? Jakie to świadectwo?" - opowiada. Jaka była odpowiedź? By wracała jak najszybciej do domu.

Z drugiej strony Małgorzata Terlikowska wyznaje, że w czasie spowiedzi mówi o zaniedbywaniu męża. Że zamiast poświęcać więcej czasu na rozmowę, siada do swoich "karteczek", czyli redagowania książek. Prasuję mu za to koszule w hurtowych ilościach. Najbardziej przykry obowiązek małżeński - mówi.

"Kobieca skarga powszechna"

Małgorzata Terlikowska potrafi wskazać więcej wad swego męża. Od 15 lat - jak mówi - odnajduje w całym mieszkaniu porozrzucane skarpetki, sterty nieprzeczytanych gazet i książek... Dlaczego wy, polscy faceci, tak macie? To jest kobieca skarga powszechna - oburza się. Na argument, że jest to wynik wychowania przez "katolickie mamusie", szybko odpowiada: Nie mieszajmy do tego matek ani katolicyzmu. To po prostu lenistwo. Przewróciło się, niech leży - cała tajemnica - ucina.

Z drugiej jednak strony zapewnia, że jej mąż nie byłby zdolny do zdrady. A nawet jeśli "coś by się przytrafiło", nie potrafiłby tego ukryć. A ona? Pewnie zrobiłaby straszną awanturę, spakowała mu walizki. A po kilku tygodniach zaczęła rozmawiać, sklejać i naprawiać. Dobry spowiednik, wspólne rozmowy z mądrym księdzem, pomoc innych rodzin. Nic nie jest w stanie rozłączyć męża i żony. Nas połączył Bóg świętym sakramentem i nie ma ludzkiej siły, która mogłaby te więzy zerwać - deklaruje.

I - jak dodaje - taki wzorzec przekazują dzieciom. Dlatego posłali je do katolickiej szkoły, gdzie nie ma dzieci z rodzin patchworkowych. Małgorzata Terlikowska otwarcie przyznaje, że robi wszystko, by uchronić swoje pociechy przez światem, który nie zgadza się z wpajanymi im wartościami. Choć, jak mówi, nie jest to łatwe. Jako chrześcijanka muszę wpoić swoim dzieciom szacunek dla homoseksualisty. Bo to bliźni. A jednocześnie muszę przekazać, że nie pochwalam sposobu życia tego człowieka. (...) Rozumiesz, że to okropnie trudne? - pyta. A na pytanie, co by zrobiła, gdyby jej dziecko okazało się homoseksualistą, odpowiada, że byłaby to dla niej totalna klęska wychowawcza.

Całe życie razem

Małgorzata Terlikowska opowiada, że ze swoim mężem poznała się, mając 16 lat. Jechali na spotkanie grupy parafialnej młodzieży chrześcijańskiej w Wiedniu. Wtedy Tomasz chciał jeszcze zostać księdzem, ale wciąż się wahał. Zdecydował się na życie świeckie, gdy poznał swą przyszłą żonę. O tym, że chcą być razem, zdecydowali po trzech dniach znajomości. Episkopat powinien mi teraz dziękować, bo z księdzem Terlikowskim mieliby same kłopoty - mówi.

Nim zdecydowali się na ślub, chodzili ze sobą sześć lat. Czy dotrzymali przedmałżeńskiej czystości? Człowiek upada, nie zawsze mu się wszystko udaje, ale powinien mieć jakąś poprzeczkę - wyznaje Małgorzata Terlikowska. I dodaje, że dostrzegania sensu w czekaniu chce nauczyć swoje dzieci.

Piąte dziecko? "Zmięknę, ale jeszcze nie teraz"

Małgorzata Terlikowska przyznaje, że ws namawiają ją na piąte dziecko. Wszyscy - mąż, dzieci, nawet lekarz. Ale ona nie chce, przynajmniej jeszcze nie teraz. Piąte dziecko oznacza też, że będę musiała wysłuchiwać tych wszystkich głupich komentarzy na ulicy. "Patrzcie! Ma już czwórkę, a teraz znowu chodzi z brzuchem". Bo przecież mamy XXI wiek, a tu taka czarna owca, co nie wie, jak się zabezpieczać - żali się.

A jak się zabezpieczać wie. Wyjaśnia, że stosuje metodę amerykańską - model Creightona. Polega ona na codziennej obserwacji i notowaniu zmian, w szczególności stanu śluzu. Chcesz szczegółów? Idę do toalety i przy okazji sprawdzam śluz. Po prostu. I wiem pod koniec dnia, czy jestem płodna, czy nie. Wyniki zapisuję na specjalnej karcie - wyjaśnia i pokazuje ową kartę.

Choć przyznaje, że naturalne metody antykoncepcji wymagają wyrzeczeń. Bo zdarza się, że cały czas niepłodny przepada, gdy jej mąż gdzieś wyjeżdża. To nas uczy okazywania sobie miłości i czułości w inny sposób - wyjaśnia. A nalegania męża, by zdecydowali się na piąte dziecko, odbiera jako dobrą monetę.

Jeżeli mój mąż chce, żebym mu urodziła kolejne dziecko, to znaczy, że mnie kocha. I że nadal mnie pragnie. Kiedy wchodziliśmy w małżeństwo, ślubowaliśmy, że przyjmiemy tyle dzieci, iloma nas Pan Bóg obdarzy - dodaje. Czy zgodzi się na piąte dziecko? Zmięknę, ale jeszcze nie teraz.