W idealnym świecie dziecko ma zawsze zapewnioną dopasowaną do jego potrzeb opiekę, najlepiej któregoś z rodziców, 100 proc. uwagi, a rodzic kończy pracę o określonej godzinie i potem już jest w domu. Ale to idealny świat. Każdy, aktywnie opiekujący się dzieckiem rodzic wie, że rzeczywistość wygląda inaczej. Czasami musimy godzić ze sobą rzeczy niemożliwe i na przykład wziąć do pracy dziecko (jeśli oczywiście jest to miejsce bezpieczne).

Reklama

Wzięcie dziecka do pracy to absolutnie ostateczna opcja, czy też z punktu widzenia samego dziecka jest w porządku?

Dla małych dzieci nie jest istotne to, gdzie są, ale z kim są. Im mniejsze jest dziecko, tym mocniej swoje poczucie bezpieczeństwa lokuje w bliskich dorosłych. Pytanie, czy to opcja ostateczna tak naprawdę nie oddaje sensu sprawy, bo dotyczy jakiegoś wyboru, który nie zawsze rodzice mają. Nienormowany czas pracy albo praca zdalna bardzo często odbierają nam ten wybór i wymagają akrobacji grafikowo-opiekuńczych. Brak wyboru to jedno, ale niechęć do jego dokonywania to drugie. Wielu rodziców nie chce wybierać między własnym rozwojem, a towarzyszeniem w tym dziecięcym i ważne jest, żeby takie głosy też zauważyć i uszanować.

Znajomość etapów rozwoju dziecięcej psychiki i relacji rodzice-dziecko pomaga nam zrozumieć, dlaczego dzieci chcą być blisko rodzica, również wtedy, kiedy on pracuje. Dlaczego zagadują, szukają uwagi, pokazują np. swoje rysunki, wchodzą na kolana. Rodzic działa na małe dziecko jak magnes, bliskość kojarzy się wówczas z bezpieczeństwem, i nie ma dla dziecka znaczenia to, czy rodzic jest w Sejmie, drugim pokoju na pracy zdalnej, czy właśnie bierze udział w wykładzie na studiach.

Zapadła decyzja, nie ma wyjścia, dziś dziecko musi spędzić z mamą kilka godzin w pracy. Jak rozmawiać z dzieckiem, by zapewnić sobie przestrzeń do pracy, a jednocześnie zobaczyć wyzwania, które stawiamy przed maluchem?

Uśmiecham się ilekroć słyszę pytanie, jak rozmawiać z dzieckiem o tym, że chcemy pracować, bo każdy, kto choć raz przebywał z maluchem wie, że rozmowa i umawianie się na coś są konstruktem ze świata dostępnego dorosłym i starszym dzieciom. Dobrze jednak, że to pytanie pada, bo możemy zacząć od tego, żeby pamiętać, że dzieci to są dzieci, ludzie w procesie rozwoju. Im młodsze jest dziecko tym krótszy ma czas uwagi, gotowość do odraczania gratyfikacji (którą jest również kontakt z rodzicem), mniejszą zdolność znoszenia frustracji, radzenia sobie z rozłąką, wreszcie zdecydowanie mniejszą umiejętność bazowania na logicznych argumentach.

Mówienie kilkulatkom, żeby zajęły się sobą przypomina jazdę na letnich oponach po gołym lodzie - można próbować, ale nikogo nie powinny dziwić poślizgi. Owszem, możemy wyjść naprzeciw potrzebie rozwojowej dzieci i rozłożyć przed nimi jakieś atrakcyjne masy sensoryczne, dawno niewidziane zabawki, książeczki. Prawda jest jednak taka, że uwaga dziecka wysyci się po 10-15 minutach i będzie dążyło do kontaktu.

Reklama

Dla rodziców zwykle oznacza to częste przerwy w pracy, pracę, kiedy dziecko śpi albo szukanie innych strategii na połączenie tych dwóch rzeczywistości. Zmiana w gotowości do samodzielnej zabawy jest bardzo indywidualna, ale w pewnym zakresie mocno związana z wiekiem. Pięciolatek sam zajmie się sobą dłużej niż trzylatek. Ale jeśli jeden i drugi będą energiczni, z żywym temperamentem albo np. z lękiem separacyjnym to te czynniki też będą mieć znaczenie. Nie ma więc złotych reguł.

Co w takiej sytuacji może być najtrudniejsze dla dziecka? A z czym musi poradzić sobie mama?

To bardzo trudne pytanie, bo ile miejsc pracy, tyle wyzwań. Ważne będą czynniki biologiczne, związane z bodźcami. Czy tu gdzie jestem jest głośno, dużo się dzieje, jest tłum, pobudzenie, dużo świateł itp. Te relacyjne, czy tu są moi bezpieczni dorośli, czy mam do nich dostęp, kto ich zastępuje, kiedy wychodzą, kto jak wchodzi ze mną w interakcję, czy w ogóle w nią wchodzi itp. Nie bez znaczenia będą też wszelkie napięcia, które rezonują między dorosłymi i od nich, choćby w kierunku dziecka i rodzica z dzieckiem. To wszystko może mieć znaczenie, ale nie musi.

Każdy z nas wie, jak czuje się w swoim miejscu pracy, wśród współpracowników. Nie trudno więc wyobrazić sobie, jak będzie się czuł mały człowiek. Co ważne, mimo świadomości różnych stresorów, obecność zaufanego dorosłego będzie gwarantem bezpieczeństwa, a takie okazją do społecznego uczenia się, którego nie da się tak szeroko realizować wyłącznie poprzez czytanie książeczek albo przebywanie ciągle w tym samym gronie domowników.

Czy są jakieś korzyści z tego, że rodzic i dziecko spędzają czas razem u mamy w pracy?

Może zapytajmy dziecko i rodzica, bo zdarza się, że ojcowie też pracują z dziećmi obok. Korzyści mogą być takie, że dziecko jest blisko dorosłego, któremu ufa i z którym czuje się bezpiecznie. Ten dorosły, jeśli z jakiegoś powodu nie chciał lub nie mógł skorzystać z opieki nad dzieckiem, może być przez to bardziej skupiony na pracy, a nie na martwieniu się, co się dzieje w domu. Oczywiście wiele zależy od tego, jak obecność dziecka będzie przyjęta przez pozostałych pracowników - czy rodzic poczuje akceptację, a nawet wsparcie, czy spotka się z krytycznymi oczekiwaniami. Najważniejszą kwestią jest jednak szansa na zanurzenie się w nowej grupie ludzi, doświadczenie przez dziecko różnorodności, obserwowanie rodziców w różnych relacjach.

Bardzo rzadko myślimy o wychowaniu dzieci jako o sprawie społecznej. Rodzice są skazani na siebie, a my zapominamy, że każdy gest w stronę dziecka - uśmiech, ciepłe spojrzenie, zabawa choćby przez kilka minut, to bardzo ważne sygnały społeczne. Pokazują dziecku "zobacz, na świecie są inne ciekawe osoby". Jeśli do tego dziecko doświadczy, że można z nimi spędzić czas podczas, gdy rodzic wyjdzie do toalety albo na spotkanie, może w nim umacniać się poczucie, że z innymi ludźmi też jest bezpiecznie, że inni też potrafią się nim zająć, pocieszyć, zabawić, po prostu być obok.

Ale te inne osoby ze świata nie zawsze się cieszą z obecności dzieci. Czasami dzieci przeszkadzają innym w pracy.

Myślę, że warto pochylić się nad zjawiskiem, o którym w naszym kraju mówimy rzadko albo je bagatelizujemy, prześmiewamy, a mianowicie niechęci do dzieci w otoczeniu, które rozumiemy jako nasze, dorosłe. Restauracje, hotele, ławki pod blokiem, miejsca pracy kojarzą nam się z oczekiwaniem komfortu, a dzieci często z jego przeciwieństwem. Osobnym tematem jest to, że zapominamy, że dorośli też są głośni i pobudzeni, że nie jest to domeną wyłącznie dzieci, ale to na szerszą dyskusję. Naturalnym jest, że każdy z nas ma różne motywacje i różne potrzeby, warto jednak pochylać się nad tym, czy komunikujemy je z troską o siebie czy z wrogim nastawieniem do innych, w tym przypadku dzieci.

W tym kontekście myślę, że warto rozmawiać ze współpracownikami, jakie są ich postawy, potrzeby, jak możemy zadbać o nich, dbając jednocześnie o dziecko w miejscu pracy. To nie są czarno-białe sytuacje i jeśli ktoś źle znosi płacz, może potrzebować zmiany pokoju albo słuchawek wyciszających. Jeśli ktoś przeklina, to rodzic może mieć swoje potrzeby i dać o nich znać, np. prosząc o wyhamowanie przy dziecku. Wydaje się, że najprostszym kluczem jest szacunek i poszanowanie rodzica z dzieckiem jak każdej innej osoby. Unikanie naruszania granic, podważania zdania, komentowania decyzji to bardzo uniwersalne porady, aktualne bez względu na to czy ktoś jest w pracy z dzieckiem czy sam.

Wróćmy do pytania i zastanówmy się, dlaczego akcent pada w nim na to, co może zrobić rodzic. Dodajmy polski rodzic, który w dużych, międzynarodowych badaniach z 2021 roku okazał się jednym z najbardziej wypalonych rodzicielsko spośród rodziców z 42 krajów, które brały udział w projekcie. Zmienne, które miały znaczenie dla tego wyniku to między innymi osamotnienie i brak wsparcia społecznego. Marzę więc, że zaczniemy pytać nie tylko o to, jak rodzice sobie mogą coś ułatwić, ale jak my jako społeczeństwo możemy ułatwiać im.

Co może zrobić pracodawca, w czym mogą wesprzeć współpracownicy, co możemy zrobić jako społeczeństwo, choćby wtedy, kiedy taki temat jak dziecko w pracy zajmuje naszą uwagę. To jest nasz wybór czy pójdziemy w oceny i krytykę, czy zastanowimy się, o czym nam to mówi i jak możemy się adaptować do tego, że rodzice, szczególnie kobiety chcą się uczyć, pracować i nie rezygnować z rodzicielstwa w obawie o to, że “wypadną z obiegu” na długie lata.

W jaki sposób może zadziałać środowisko pracownicze, gdy współpracowniczka pojawi się z dzieckiem w pracy? Na pewno nie każdemu się to spodoba.

Komunikacji i bycia w relacjach uczymy się całe życie i jestem przekonana, że jednego dnia może się nie podobać komuś dziecko w pracy, a drugiego to, że kolega z biura wyjeżdża na urlop, kiedy jest gorący okres. Chciałabym powiedzieć, że warto rozmawiać, ale to trochę frazes, a realnie bardzo trudna sztuka. Jeśli dziecko i rodzic nie spotkają jawnej lub pośredniej wrogości, będziemy myśleć raczej o korzyściach działania tego środowiska niż o ryzyku. Rolą rodzica będzie minimalizowanie znaczenia komentarzy, oczywiście wobec dziecka, nie chodzi o wchodzenie w jałowe dyskusje. Już kilkulatkowi można powiedzieć: "Wiesz, pan chyba ma inne zdanie o pracy z dziećmi, ja się cieszę, że jestem z Tobą". Jeśli zdarzy nam się, że ktoś zacznie nas albo dziecko obrażać, dobrze będzie jasno to nazwać i zatrzymać, pamiętając, że naszą rodzicielską odpowiedzialnością są emocje dziecka, nie innych dorosłych.

Wierzę jednak, że aktów wrogości będzie mniej, bo przecież nie przychodzimy z dzieckiem do nieznanego miejsca pracy, ale coś już wiemy o ludziach, którzy tam są. Ta wiedza może nam podpowiadać, żeby z częścią z nich porozmawiać wcześniej, nie stawiać ich przed faktem dokonanym, żeby poprosić o wsparcie tych życzliwych, albo zadbać o dostępność sali, w której będziemy pracować z dzieckiem tylko my. Rodzice są doświadczeni w żonglowaniu warunkami i myślę, że to nie oni potrzebują porad, co robić, ale otoczenie zrozumienia ich sytuacji i jeśli nawet nie wsparcia, to przynajmniej nie dokładania im poprzez oceny i komentarze.

Jak w końcu może rozmawiać z współpracownikami rodzic, by wziąć pod uwagę ich odczucia i komfort pracy, a jednocześnie zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa?

Chciałabym nie zgubić w miejscu pracy roli, jaką ma szef, lider, jakkolwiek taką osobę nazwiemy. To ona modeluje postawy i nadaje znaczenie konkretnym sytuacjom. Możemy napisać kilka zdań, które może wyrecytować rodzic, ale zapętlamy się wtedy w przekonaniu, że to on ma sobie wywalczyć miejsce dla dziecka w pracy, że to znowu jest jego zadanie. Czy rodzice nie mają już dość list? Jak wyrobić się w wymaganiach placówek, otoczenia, rodziny, własnych i jeszcze tych pracowych? Komfort i poczucie bezpieczeństwa matek, rodziców, to sprawa społeczna. Zatrzymuje mnie to, że komentowana tak żywo w Sejmie, że uwagę zwraca tam matka z dzieckiem, przy jednoczesnym rosnącym kryzysie demograficznym w naszym kraju.

To już nie jest temat wyłącznie psychologiczny, ale jeśli mamy skupić się na mojej działce, to zwróćmy uwagę na znaczenie modelowania, czyli uczenia się przez doświadczenie. Co modelujemy przyszłym rodzicom, kiedy na każdym kroku komentujemy obecność dzieci? Co modelujemy dzieciom, młodzieży, kiedy chcemy wykluczać z różnych miejsc rodziny z maluchami? Czego uczymy te dzieci, które spotykają się z niechęcią, przewracaniem oczami, krytyką? Zaufania i poczucia, że warto być częścią społeczeństwa, czy czegoś zupełnie odwrotnego?

Anita Janeczek-Romanowska, psycholożka i psychoterapeutka dziecięca, Ośrodek Bliskie Miejsce w Warszawie https://www.bliskiemiejsce.pl/