Cięcie skóry, duszenie, spadanie z roweru i wiele, wiele innych… Fantazja młodych w dziedzinie autoagresji jest nieskończona. Liczba samookaleczeń wśród dzieci i młodzieży rośnie w dramatycznym tempie i coraz częściej kończy się hospitalizacją. Zjawisko obrazują wyniki badań, o których donosi internetowe wydanie brytyjskiego pisma „The Daily Express”.

Mam 7 lat i tnę się żyletką

Z badań brytyjskiej organizacji ChildLine wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek młodych hospitalizowanych z powodu samouszkodzeń wzrósł o 70 procent. Z kolei badania Dr Paula Morana z londyńskiego King’s College donoszą, że nawet co dziesiąte dziecko z Londynu celowo krzywdzi się przynajmniej raz w tygodniu, a czasem nawet – codziennie.

Zjawisko dotyczy nawet siedmiolatków. Część z nich szuka pomocy – odsetek takich wzrósł w ciągu roku o ponad 50 procent. Bardziej dramatycznie wygląda jednak sytuacja tych, co po pomoc sięgnąć nie potrafią. 41 procent dzieci, które robią sobie krzywdę, wyznało w anonimowym badaniu, że o swoim problemie nie powiedziało nikomu. A prawdopodobnie, jak zaznacza cytowany przez express.co.uk dr Paul Moran, psychiatra z Kings College, nawet te badania ukazują jedynie wierzchołek góry lodowej.

Wypadki pozorowane i bogaty repertuar autoagresji

Bo samookaleczenie nie musi zostawiać widocznych dla postronnych osób śladów ani wzbudzać podejrzeń. Stereotypowo myśląc o samouszkodzeniach widzimy oczyma wyobraźni głębokie cięte rany wykonane żyletką. A repertuar dziecięcych technik w tej dziedzinie jest znacznie szerszy. Można do niego zaliczyć: próby własnoręcznego uduszenia, nabijanie sobie siniaków, walenie głową w ścianę. Część z tych praktyk pozoruje nieszczęśliwe wypadki – na przykład przycinanie rąk blatami biurek czy spadanie z roweru.

Dlaczego dzieci krzywdzą siebie?

Gdzie szukać przyczyn tego zjawisko i dramatycznego wzrostu podobnych przypadków? Zdania ekspertów są podzielone. Niektórzy wskazują na izolację młodych, do której przyczyniło się rozpowszechnienie internetu i nowych technologii. Wielu akcentuje bezprecedensową presję i niepokój, na jaką narażeni są młodzi, dorastający i dojrzewający w czasach kryzysu ekonomicznego. Z jednej strony bywają zaniedbywani przez rodziców, coraz częściej padają ofiarą presji osiągnięć z ich strony. Rodzice wymagają, by dziecko osiągnęło sukces, tym bardziej w czasach trudnej sytuacji na rynku pracy. Na nienaturalna presja skutkuje uczuciami, z którymi młoda psychika nie jest w stanie sobie poradzić. Intensywne i przedłużające się przeżywanie takich emocji jak złość, napięcie, lęk i smutek zwiększają skłonność do samookaleczeń. Krzywdzenie siebie staje się swoistym wentylem dla trudnych uczuć i próbą odzyskania poczucia kontroli nad niepewną rzeczywistością. Skupianie się na fizycznym bólu pozwala odwrócić uwagę od trudnych uczuć. Młodzi, którzy zadają sobie krzywdę, często uskarżają się na depresję, rodzinne problemy i poczucie samotności.

„Gdy zmagasz się z ogromem problemów, nad którymi nie masz kontroli, samouszkodzenia tworzą przestrzeń, w której jesteś w stanie ustanowić kontrolę nad tym, co się dzieje” – mówi dr Moran, który, jako psychiatra, pracuje z podobnymi przypadkami.

Najważniejsze: znaleźć pomoc

Najłatwiej pomóc samookaleczającym się dzieciom, jeśli po pomoc zgłoszą się one same. Z pewnością do szukania pomocy zachęci ich zaufanie do opiekunów: rodziców, pedagogów i psychologów. W praktyce zwykle takie praktyki są starannie ukrywane przed otoczeniem – nawet najbliższymi przyjaciółmi. Czujność opiekunów, znajomych i przyjaciół może jednak doprowadzić do odkrycia tajemnicy i zapewnienia odpowiedniej pomocy.

>>> Seksting, gwałty, pornografia... Kto jest winien seksualizacji dzieci?