Przeczytałam o śmierci profesora Zbigniewa Religi i zrobiło mi się strasznie smutno. Szanowałam go bardzo i nie mogę, po prostu nie mogę uwierzyć, że odszedł. I mam taką natrętną myśl, że może gdyby rzucił wcześniej palenie, to może by mu się udało... może w ogóle by nie zachorował. Ja rzuciłam. Mi się udało. Profesor byłby ze mnie dumny...

Reklama

DAJ ZAPALIĆ!

Zaczęłam palić w ósmej klasie podstawówki. Doskonała uczennica z papierosem w ustach - to byłam ja! Potem ogólniak i klasa, z której wylatywało się za palenie. Ale mnie to nie odstraszało. Kopciłam benstony i golden americany dwa podwórka dalej i nie rozstawałam się z gumą do żucia, żeby wychowawczyni się nie zorientowała. Potem studia - symfonia nałogu! W Harendzie, znanej wszystkim studentom UW knajpie, wypalałam tony marlboro i elemów. Zawsze miałam papierosy, wszyscy wiedzieli, od kogo sępić. Nie schodziłam poniżej 1,5 paczki dziennie. Mama załamywała ręce, więc ją ochoczo okłamałam, że rzuciłam. Uwierzyła. A ja wyprowadziłam się z domu. Zaczęłam zarabiać, postanowiłam iść "na swoje". I w głowie kołatała mi myśl: "Teraz będę paliła, ile wlezie, na legalu. Niech żyje wolność i swoboda!"

JAK JA TO KOCHAM!

Pierwsza praca, pierwsza duża kasa. Przerzuciłam się na cienkie, białe papieroski, które "wchodziły" mi jak po maśle. Wsiadałam rano do samochodu, zanim dojechałam do pracy, wypalałam za kierownicą 7 sztuk. W pracy dalsze 10-13. Po południu już musiałam kupić nową paczkę. Do wieczora schodziła. Doszłam zatem do dwóch paczek dziennie. "Jak ja kocham palić" - myślałam i jednocześnie się bałam. A co, jeśli umrę na raka płuc? Zrobiłam badania. "Czysto" - powiedział lekarz. No to żyjemy, pomyślałam, zaciągając sie wonnym mentolem. Nie miałam żadnych niepokojących obajwów, byłam zdrowa jak rydz - więc sobie jeszcze pokopcę.

I tak paliłam aż do pewnego sobotniego ranka. Wstałam, ukochany mężczyzna podał mi śniadanie do łóżka. Było pyszne, a ja od razu po nim złapałam za paczkę papierosów. I nagle pomyślałam, że może by tak rzucić. Ot, po prostu. Nie palić do końca weekendu. Udało się. I jeszcze tydzień. Nadal sukces. A może tak do końca miesiąca nie poczuć w ustach tego cudownego posmaczku?

To było 6 lat temu. Znajomi, którzy mnie od tamtego czasu nie widzieli, od razu wyciągają do mnie paczkę: "Zapalisz?". Ja na to: "Dzięki, rzuciłam" . Reakcja jest zawsze taka sama:"Coooo? TY? TY NIE PALISZ?"

BEZ SMRODKU DYDAKTYCZNEGO

Rzuciłam palenie. Plusy?

1. Lepsza cera. Nieporównywalnie. Inny kolor, świeżość i ogólna kondycja

2. Skończyły się problemy z wypadającymi włosami (winiłam za nie farby) i połamanym paznokciami (myślałam, że to od lakieru)

3. Biegam bez zadyszki, nie śmierdzę dymem. Czuję perfumy, czuję smaki, które przedtem były mi obce. Poza tym nie muszę się martwić o zapach z ust. A różnie bywało...

4. Piję wino całą noc i nie mam kaca. Warto było. Kace są po papierosach.

5. CZUJĘ SIĘ LEPSZYM CZŁOWIEKIEM. Tak. Jestem lepsza od tych, którzy kulą się pod biurowcami, smagani wiatrem, by się parę razy zaciągnąć. Udało mi się skończyć z nałogiem, który trzymał mnie w szponach przez 13 lat. JESTEM WOLNA. Czy to nie zasługuje na szacunek?

6. Pieniądze, które kiedyś przeznaczałam na papieroski, dziś wydaję na kosmetyki. I mam efekty, ale tylko pozytywne.

Czy mnie ciągnie do papierosów? Tak, gdy się zdenerwuję, ale to momentalnie mija. Po prostu wykreśliłam papierosy ze swojego "jadłospisu". Nie istnieją. Dla mnie to synonim obciachu.

Czy przytyłam? Tak, owszem, ale przysięgam, że wolę być apetyczną niepalącą kobietką niż wychudzoną ofiarą nałogu. Zresztą jeśli rzuciłam papierosy, to czy w ogóle istnieje jakakolwiek przeszkoda, której nie pokonam? Teraz schudnę!

















CZY UWAŻASZ, ŻE LUDZIE PALĄCY SĄ GORSI OD NIEPALĄCYCH? PODYSKUTUJ NA NASZYM FORUM.