"Na wakacjach to się nie liczy". Skąd w ogóle bierze się takie przekonanie? Czy rzeczywiście wierzymy, że urlop daje psychologiczne przyzwolenie na łamanie zasad, których przestrzegamy na co dzień?
Przekonanie bierze się z tego, jak człowiek dzieli swoje życie na osobne przegródki. W jednej jest dom, praca, teściowa i grafik dzieci. W drugiej dwa tygodnie na wyspie, gdzie nikt nikogo nie zna. Skoro przegródki są osobne, to i zasady wydają się osobne. Nikt nie formułuje tego wprost przed wyjazdem. Nikt nie mówi sobie w lutym, że w sierpniu zawiesi wierność. Ta myśl pojawia się dopiero na miejscu i przychodzi jako uczucie, nie jako decyzja. Wygląda mniej więcej tak: to nie jest moje prawdziwe życie, więc nie jest to też mój prawdziwy wybór. Problem polega na tym, że przegródki istnieją wyłącznie w głowie osoby, która je stworzyła. Partner, który zostaje w domu albo śpi w sąsiednim pokoju, żadnych przegródek nie ma.
Wakacyjna anonimowość
Dlaczego właśnie na urlopie łatwiej przekraczamy granice? Czy odpowiada za to anonimowość, poczucie wolności, alkohol, oderwanie od codzienności, czy potrzeba bycia kimś innym?
Działa to wszystko naraz i dlatego bywa tak skuteczne. Anonimowość osłabia kontrolę społeczną. Na co dzień człowieka pilnują sąsiedzi, koledzy z biura i świadomość, że plotka wraca. W obcym kurorcie ten aparat znika, a jego miejsce zajmują normy przypadkowej grupy, z którą siedzi się przy barze. Punktem odniesienia przestaje być dom. Alkohol zawęża pole uwagi. Badania nad tym zjawiskiem pokazują, że pod jego wpływem człowiek reaguje na to, co widzi tu i teraz, a przestaje uwzględniać konsekwencje odległe w czasie. Partner w domu jest konsekwencją odległą. Trzecia rzecz to pobudzenie. Nowe miejsce, upał, muzyka i lekki niepokój dają stan fizjologiczny bardzo podobny do zakochania. Człowiek myli źródło tego stanu i przypisuje go osobie, która akurat stoi obok. Psychologia nazywa to błędną atrybucją pobudzenia. Do tego dochodzi rzecz najmniej doceniana: zmęczenie. Ludzie jadą na urlop wyczerpani, po miesiącach pracy i domowej logistyki. Zmęczony człowiek rzadziej zatrzymuje się przed decyzją i rzadziej rozważa jej skutki. Nie potrzeba tu żadnej teorii, wystarczy obserwacja własnych wieczorów po ciężkim dniu.
Moment słabości
Czy wakacyjny romans zawsze oznacza problem w związku? A może czasem jest sygnałem czegoś, co wcześniej nie działało, a urlop tylko stworzył warunki?
Nie zawsze, choć bardzo często. Bywają zdrady sytuacyjne w związkach, które przed wyjazdem działały poprawnie. Splot okoliczności, alkohol i moment słabości wystarczą. Częściej jednak wyjazd niczego nie tworzy, tylko odsłania. Przez jedenaście miesięcy para funkcjonuje w trybie zadaniowym, gdzie nie ma czasu zauważyć, że od dawna nie ma o czym rozmawiać. Na wakacjach nagle jest czternaście dni bez zadań i cisza przy stoliku staje się słyszalna. Trzeba przy tym zachować proporcję. To, że w związku coś nie działało, wyjaśnia zdradę, ale jej nie usprawiedliwia. Ludzie mają do dyspozycji rozmowę, terapię i rozstanie. Odpowiedzialność za wybór spośród tych możliwości zostaje po stronie osoby, która wybierała.
Dlaczego ludzie potrafią zbudować sobie narrację, że to był tylko wakacyjny epizod? Jak działa mechanizm usprawiedliwiania, kiedy wiemy, że przekroczyliśmy granicę?
Napędza go dysonans poznawczy. Człowiek ma o sobie zdanie, że jest przyzwoity i ma świadomość czynu, który temu przeczy. Dwa sprzeczne przekonania są nie do zniesienia, więc jedno musi ustąpić. Łatwiej zmienić ocenę czynu niż ocenę siebie. Stąd biorą się gotowe formuły. To nic nie znaczyło. To był inny człowiek, nie ja. Wypiłem. Ona sama zaczęła. W psychologii ten zestaw zabiegów opisuje się jako moralne wyłączanie się. Zdarzenie zostaje przemianowane, odpowiedzialność rozproszona, druga strona odsunięta z pola widzenia. Charakterystyczne jest to, że ludzie stosują zupełnie inną miarę do siebie i do innych. Własną zdradę tłumaczą okolicznościami. Zdradę partnera tłumaczą jego charakterem.
Czy zdrada podczas urlopu może być psychologicznie mniej poważna? Czy znaczenie ma intencja, zaangażowanie emocjonalne, jednorazowość, czy złamanie umowy między partnerami?
Rozróżnienia mają sens kliniczny, choć nie w tym miejscu, w którym chciałaby je umieścić osoba szukająca ulgi. Jednorazowy kontakt z kimś, kogo się nigdy więcej nie zobaczy, może być łatwiejszy do odbudowania niż półroczny romans z potajemnymi wiadomościami i planowaniem spotkań. Zdrada emocjonalna, w której ktoś przeniósł swoją bliskość gdzie indziej, bywa dla partnera dotkliwsza niż sam seks. Punkt odniesienia jest jednak inny. Zdrada nie jest kategorią moralną mierzoną w skali, tylko złamaniem konkretnej umowy z konkretnym człowiekiem. Umowa nie zawierała klauzuli o strefie czasowej. Dla osoby, która się dowiaduje, nie ma znaczenia, że działo się to trzy tysiące kilometrów od domu. Ma znaczenie, że przez rok żyła w rzeczywistości, w której brakowało jednej informacji.
Milczeć, czy mówić?
Co z osobą, która wraca do domu i niczego nie mówi? Czy przemilczenie może chronić związek, czy jest kolejnym przekroczeniem?
To najtrudniejsza część tego tematu i nie da się jej rozstrzygnąć jednym zdaniem.Argument za milczeniem brzmi tak: wyznanie bywa przerzuceniem ciężaru. Osoba, która zdradziła pozbywa się poczucia winy i przekazuje je partnerowi, po czym oczekuje pocieszenia. Jeśli motywem wyznania jest wyłącznie ulga własna, to jest to kolejny akt egoizmu w tej samej serii. Argument przeciw milczeniu jest mocniejszy. Partner traci prawo do decyzji o własnym życiu. Podejmuje kolejne wybory, buduje plany i ocenia siebie w oparciu o obraz, który został mu celowo zafałszowany. Do tego dochodzi pytanie o zdrowie, którego nie da się obejść żadną troską o czyjeś uczucia. Milczenie ma też cenę wewnętrzną, choć inną niż większość ludzi zakłada. Badania nad sekretami pokazują, że sytuacje wymagające aktywnego ukrywania zdarzają się rzadko. Znacznie częściej człowiek po prostu wraca do tego myślami, przy kawie, w samochodzie, w środku zwykłej rozmowy. To właśnie ten nawracający kontakt z własnym sekretem, a nie samo kłamstwo, wiąże się z poczuciem nieautentyczności i pogorszeniem relacji. Związek nie ratuje się wtedy przed prawdą, tylko powoli zamiera z braku kontaktu.
Czy wakacyjny romans może czegoś nauczyć o związku? Kiedy jest impulsem do zmiany, a kiedy wygodnym usprawiedliwieniem?
Może, pod jednym warunkiem: że wnioski dotyczą osoby, która zdradziła, a nie tej, którą zdradzono. Zdrada jako impuls do zmiany wygląda tak: człowiek bierze na siebie odpowiedzialność bez rozwadniania jej okolicznościami, zadaje sobie pytanie, czego szukał u obcej osoby i wraca z tym do własnego związku albo uczciwie go kończy. Bywa, że para po takim kryzysie rozmawia ze sobą pierwszy raz od lat naprawdę. Usprawiedliwienie wygląda inaczej. Zdanie zaczyna się od słowa „gdybyś”. Gdybyś była bardziej obecna, gdybyś nie była ciągle zmęczona, to by się nie stało. Odkrycie zostaje przerobione na akt oskarżenia i cały ciężar wraca do osoby, która niczego nie złamała. Różnica jest prosta do sprawdzenia. Refleksja prowadzi do zmiany własnego zachowania. Usprawiedliwienie prowadzi do listy oczekiwań wobec partnera. Pytanie nie brzmi, czy wakacje zmieniają zasady. Brzmi, czy człowiek, który wraca z lotniska, jest tą samą osobą co ta, która na nie jechała.
Beata Zatońska, dziennikarka, autorka książek, miłośniczka i znawczyni Włoch oraz filmoznawczyni. Współautorka bloga italianki.pl oraz m.in. książki "Zmontowani". W Dziennik.pl zajmuje się tematyką show-biznesową oraz lifestylową.
