Poseł Kurski, podśmiewając się z Jolanty Szczypińskiej i jej torebki Coco Chanel kupionej za 50 złotych od Wietnamczyków, nie brał zapewne pod uwagę ideologicznego aspektu sprawy. Kupowanie podrabianych torebek to działalność antysystemowa i dywersyjna, rzecz jasna na miarę naszych czasów.

Zakupy na Piątej Alei czy w Chinatown

Decyzja o kupieniu pierwszej podrabianej torebki to przeżycie całego pokolenia, i posłanka Szczypińska jest w tym porte-parole większości współczesnych kobiet. Każda z nas, która była choć przez jeden dzień na przykład w Nowym Jorku, dobrze to zna: po kilku godzinach przyciskania nosa do wystaw na Piątej Alei czy Park Avenue, gdzie ceny torebek nie schodzą poniżej tysiąca dolarów, a sukienek poniżej paru tysięcy, opętana pożądaniem, a zarazem sfrustrowana i z poczuciem własnej wartości bliskim zeru, zakupowiczka wsiada w końcu w metro i jedzie do Chinatown. Wysiada na magicznej Canal Street, otwiera oczy - i życie od razu staje się piękniejsze. Po lewej Prada, po prawej Dolce Gabbana, na górze Gucci, na dole Chloe, małe, duże, do opery, do pracy i na plażę, a każda, po chwili targowania, kosztuje 25 dolarów. Co prawda, zamiast słowa "Prada" mamy czasem "Paris", w nazwie "Coach" C bywa odwrócone w przeciwną stronę, a znaczek Chanel jest na modelu, którego raczej nie rozpoznałoby oko Karla Lagerfelda. Te podróbki przewiezione do Flint w stanie Michigan albo do Warszawy wystarczają jednak, żeby wszyscy pomyśleli z zazdrością: "Ojej, ma bogatego kochanka albo dużo zarabia".

Zanim pojawią się panowie w kamizelkach kuloodpornych

Jeśli jednak chce się poznać prawdziwe podziemie, trzeba przyjść na Canal Street z koleżanką, która zna dobrze Nowy Jork. W kilku miejscach za kolorowymi straganami kryją się bowiem niepozorne i tajemnicze drzwi. Wchodzimy i jak za dotknięciem różdżki kończą się nagle taniocha i zgiełk, a zaczyna pusty korytarz, pozabijane drzwi do jakichś pomieszczeń, obskurne schody. Na schodach siedzą trzy małe Chinki i pytają konspiracyjnie: "Torebki? Zegarki?". Mówimy: "torebki" i jedna z Chinek prowadzi nas do drzwi zasłoniętych czarną folią, na których wisi napis "remanent". Wystukuje jakiś sygnał, rozgląda się nerwowo. Ktoś drżącą ręką odblokowuje zasuwę. Wchodzimy i już na pierwszy rzut oka widzimy: te Chanele, Dolce Gabbany, Louis Vuittony - to dopiero są podróbki! Tu nie ma mowy o żadnych odwróconych C, za to na wybór mamy tylko trzy minuty, bo kto wie, czy zaraz nie zjawią się w kamizelkach kuloodpornych agenci NYPD. Specjalnie poproszony Chińczyk przyniesie jeszcze podróbkę idealną: kosztuje 200, 300 dolarów, jest zrobiona ze skóry i w ogóle doskonale identyczna z oryginałem. Można ją podarować w prezencie panu Gabbana i nawet się nie skrzywi. Wychodzimy, niosąc nasze skarby zakonspirowane w czarnych torbach na śmieci. Mała Chinka odprowadza nas do rogu i znika.

Torebkowe podziemie

Kiedy byłam tam po raz pierwszy, natychmiast pomyślałam: kiedyś w Polsce tak właśnie zdobywało się zakazane książki. Broszury o wydarzeniach wymazanych z oficjalnej historii. Ewentualnie mięso bez kartek dla dzieci i czekoladę na Boże Narodzenie. Kiełbasę, grejpfruty, "Tygodnik Solidarność". Podziemie to bowiem rejestr tego, co z rzeczy potrzebnych ludziom do życia jest w ich świecie niedozwolone. Epoka wiktoriańska miała swoje domy publiczne, okupacja miała fałszywe kenkarty, prohibicja - bootleggerów, komunizm - bibułę. Dziś mamy podziemie torebkowe. Podstawowy bowiem brak wolności, jaki ludziom doskwiera, to brak wolności posiadania torebki Chanel.

Marka podkreśla hierarchię

A potrzeba torebki Chanel istnieje, i to duża. I tylko pozornie jest to potrzeba całkowicie sztuczna. Marka to, owszem, wymysł marketingu, kapitalizmu etc., ale wymysł oparty na podstawowej ludzkiej potrzebie: hierarchii. Ludzie zwyczajnie muszą się od siebie odróżniać stopniem i znaczeniem, i także w epoce Równości i Demokracji jesteśmy chorzy, jeśli nie ma lepszych od nas, a zwłaszcza jeśli nie ma gorszych. W świecie, z którego zniknęły tytuły szlacheckie i rodowe herby, gdzie wszyscy chodzą w dżinsach, więc po stroju na ulicy nie widać wykształcenia ani stanowiska, marka to doskonały sposób, żeby zaznaczyć hierarchię. Znaczek Gucci potrafi bardzo rzucać się w oczy.

Ale, jak jeszcze nigdy dotąd, ta nowa hierarchia jest płynna i plastyczna. Bo dzieląc ludzi na tych, którzy mają Chanela i na tych, którzy go nie mają, wbito nam zarazem do głowy, że każdy może mieć Chanela jeśli sobie tylko na niego zarobi. Możesz mieć Pradę, Gucciego albo Fendi, jeśli tylko uważasz, że jesteś tego warta. Jeśli więc uparcie nie stać nas na Chanela, tym gorzej to o nas świadczy - widocznie nie umiemy, nie mamy zdolności i nie jesteśmy warci. Nikt się nie rodzi z zakazem kupna Chanela, jak kiedyś się rodził chłopem pańszczyźnianym z zakazem posiadania ziemi. Ciężko było być chłopem pańszczyźnianym. Ale nie było wstyd, bo inaczej się nie mogło.

Tymczasem nam kazali pożądać Chanela i wstydzić się, jeśli nas na Chanela nie stać. Niestety, nie dali na niego pieniążków. Co w takim razie mamy zrobić? Purytańskie dziewczyny z amerykańskiej prowincji przed rytualnym weekendem w Nowym Jorku, na który sobie pozwalają raz do roku, stwierdzają heroicznie na forum internetowym: "Kupowanie podrabianej torebki jest niemoralne - bo niemoralne jest pragnienie, by kogoś oszukać, że się jest bogatszym, niż się jest naprawdę". Ten, kto oszukuje, że stać go na Gucciego, jest jak średniowieczny szewc, który udawał rycerza. Jak w wiktoriańskiej Anglii ladacznica, która udawała szlachetną panienkę, a w inteligenckiej kiedyś Polsce badylarz z nalaną twarzą, który by sobie ustawiał na kredensie "Zeszyty Literackie" i wszystkie numery
paryskiej "Kultury". W naszych czasach miernikiem wartości człowieka jest liczba zer na koncie - dlatego człowiek prawego sumienia nie będzie w tej kwestii oszukiwać. Albo nam się uda własnymi rękami wypracować własne miejsce w tej społecznej hierarchii, co obwieścimy światu, kupując torebki odpowiednich firm, albo nam się nie uda. Trzeciej drogi nie ma.

Ależ, oczywiście, że jest trzecia droga. Ta droga prowadzi moje nowojorskie koleżanki na dorobku w co drugi weekend na Canal Street; panią Szczypińską zaprowadziła do Wietnamu. Chodzi o to, żeby w świecie, który bezlitośnie każe nam walczyć o miejsce w społecznej hierarchii, zapewnić je sobie nieco mniejszym kosztem. Bo kto pozna, że to wielkie logo jest nieprawdziwe? (Nie trzeba się tym jednak chwalić w wywiadzie).

Obciachowy Gucci


Kupujemy podróbki, żeby zapewnić sobie miejsce w hierarchii społecznej. Kupując, automatycznie jednak sabotujemy tę hierarchię. Jak wiemy z "Fałszerzy" André Gide'a, zła moneta w końcu wypiera bowiem dobrą i pewna bankierka inwestycyjna z Nowego Jorku skarżyła się kiedyś mojej koleżance, że gdy pojawia się na przyjęciu z nową torebką Louis Vuitton, od razu słyszy: o, byłaś dziś pewnie na Canal Street? W Polsce, jak pamiętamy, zielono-czerwony wzorek Gucciego był kiedyś symbolem obciachu. System marki starał się wprowadzić w naszym świecie elementarny porządek, my, próbując go oszukać, wprowadzamy chaos.

Ale każda akcja rodzi natychmiast reakcję i na miejsce zniszczonych symboli natychmiast powstają nowe. Podobno więc kobieta naprawdę dystyngowana prędzej się zamknie w domu, niż wyjdzie na ulicę z torebką podpisaną wołami "Dolce Gabbana". Osoby postawione naprawdę wysoko w hierarchii noszą, słyszymy od wtajemniczonych, wyłącznie rzeczy niepodpisane - co rzecz jasna nie znaczy, że nie kosztujące tysięcy dolarów. Skąd w takim razie wiadomo, że tyle kosztują? Ciągle obowiązuje stara zasada: smak prawdziwie arystokratycznego kalafiora rozpozna każdy arystokrata, pod tym względem nic się nie zmieniło od czasów biesiady u hrabiny Kotłubaj opisanej przez Gombrowicza. Innymi słowy: kto ma wiedzieć, ten będzie wiedział. Reszta niech sobie nosi wielkie logo Chanel choćby i na samym czole.

Ale nie załamujmy się, nie ma bowiem takiej reakcji, która by nie zrodziła kontrreakcji. Jeśli nie stać nas na oryginały, wystarczy dziś zwyczajnie kupować podróbki, które wyglądają jak te torebki Chanel, które jak torebki Chanel nie wyglądają. Proste. Posłanka Szczypińska stawia dopiero pierwsze kroki na drodze walki z systemem i dywersji, i może tego jeszcze nie wiedzieć. Kobieta naprawdę dystyngowana nigdy nie wyjdzie na ulicę z torebką podpisaną wołami: "Dolce Gabbana". Osoby postawione wysoko w hierarchii noszą wyłącznie rzeczy niepodpisane - co nie znaczy, że niekosztujące tysięcy dolarów.