AGATA DANILUK: Kilka miesięcy temu pani zdjęcia z pokazu mody Ewy Minge pojawiły się w większości polskich gazet. Było o pani bardzo głośno. Od tamtego momentu minęło trochę czasu. Podbiła już pani Mediolan?
AGATA JABŁOŃSKA:
Nie, nie. To mi się jeszcze nie udało (śmiech). Ale nie przestaję wysyłać swoich zdjęć do różnych agencji i mam nadzieję, że kiedyś - a jest to moje marzenie - podbiję jakiegoś zagranicznego kreatora mody, może Armaniego - kto wie. Grunt to mieć w życiu jakiś cel. Ale na razie na mój typ urody nie ma specjalnego zapotrzebowania. Tak właśnie wygląda ten modowy światek. Raz na wozie, raz pod wozem.

Jest pani pewna, że chodzi tu tylko o urodę? A może prawda jest bardziej brutalna i nie na urodę nie ma zapotrzebowania, ale na modelki niepełnosprawne? I o ile rzeczywiście w tej branży jest się raz na wozie, raz pod wozem, to z pewnością nie na wózku? Czy pani pielęgnuje stereotypy?
Broń Boże, ale przyzna pani, że bardzo rzadko widuje się modelki na wózkach. W Polsce rzeczywiście nie poszukuje się ludzi niepełnosprawnych do fotomodelingu. Tylko czasem zdarza się, że ktoś szuka modelki na wózku do jednorazowego występu. Ale to rzadkość. Za granicą również nie jest łatwiej. Najczęściej pokazy z udziałem wózkowiczów mają charakter charytatywny. Mimo wszystko nie wydaje mi się, że niepełnosprawność - zwłaszcza taka jak moja - to jakaś kategoryczna przeszkoda. Być może utrudnia karierę, ale nie uniemożliwia jej. Myślę, że podczas listopadowego pokazu Ewy Minge udowodniłam - również dzięki DZIENNIKOWI - że bariery są po to, by je skutecznie łamać. Jako jedyna modelka niepełnosprawna wystąpiłam również na międzynarodowym pokazie w Hanowerze, który swą obecnością zaszczyciła żona ówczesnego kanclerza Schrodera. Dlatego nie przestanę przypominać o sobie różnym agencjom i wierzę, że wreszcie w którejś się przełamią i stwierdzą, że warto na stałe mieć u siebie modelkę na wózku.

A jak nie?
To świat się nie skończy.

Dla wielu osób sama ich niepełnosprawność to koniec świata. Skąd w pani ten optymizm? Jest przecież pani nieuleczalnie chora.
Bo ja z niepełnosprawnością się urodziłam. Nie miałam wypadku, po którym wylądowałam na wózku. Ludzie, którzy w ten sposób stają się niepełnosprawni, rzeczywiście bardzo często się załamują. Bo takie przejście ze świata zdrowych do świata unieruchomionych jest bardzo traumatyczne. Mnie to nie spotkało. A swoją chorobę dostałam jakby w pakiecie na życie. Nie była ona dla mnie czymś, do czego muszę się przyzwyczajać, czymś, co muszę dopiero oswoić. Nie czułam się niepełnosprawna, bo tak naprawdę moje kalectwo było dla mnie normalne.
To zresztą zasługa moich rodziców, którzy od urodzenia uczyli mnie akceptacji dla samej siebie. Pomagali mi zrozumieć, że nie jestem gorsza, że świat stoi przede mną otworem. Że moja niepełnosprawność wcale nie przeszkodzi mi w szkole, na uczelni, a później w pracy.

Czy w praktyce potwierdziły się zapewnienia rodziców?
Rodzice przede wszystkim wiedzieli, jak mi pomóc. Zaakceptowali moją niepełnosprawność od samego początku i codziennie uczyli się tego, jak można z nią żyć. Wspólnie żyć. Dlatego to, o czym mnie zapewniali, nie było stekiem pustych słów. Posłali mnie do szkoły z oddziałem integracyjnym, gdzie co prawda byłam jedynym dzieckiem niepełnosprawnym, ale szkoła miała takie zaplecze, bym nie czuła różnego rodzaju barier. Klasy integracyjne to bardzo dobre rozwiązanie dla małych niepełnosprawnych. Nauczyciele mają odpowiednie przygotowanie pedagogiczno-psychologiczne i doskonale pomagają integrować się ze zdrowymi rówieśnikami. Bardzo aktywnie uczestniczyli w tym również rodzice. Moja mama na początku niemal cały czas była ze mną.

Nie czuła się pani inna wśród kolegów z klasy? Oni nie traktowali pani jak inną?
Sama w sobie nie czułam się inna, choć dla innych właśnie taka byłam, zwłaszcza na początku. Niektórzy próbowali małpować mój kaczy chód. Nazywali mnie manekinem albo plastikową laleczką. Ale to bardzo szybko minęło. Akceptacja ze strony rówieśników nie przychodzi od razu. Zresztą inność zawsze wzbudzała zainteresowanie. I tak jest do tej pory. Jedni się jej boją, dlatego uciekają w żarty lub kompletne milczenie, inni traktują ją jednak jak coś normalnego - coś, co jest dodatkowym elementem codzienności. Owszem, było mi przykro, a może bardziej ogarniała mnie złość, że nie mogę tego przeskoczyć. Bardzo szybko jednak dochodziłam do wniosku, że nie warto walczyć z niezrozumieniem innych, tylko tak samo obracać wszystko w żart. Dlatego mówiłam kolegom, że jeżdżę na wózku, bo jestem po prostu leniwa i nie chce mi się chodzić. Skutkowało.

Potem, w dorosłym życiu, też obracała pani wszystko w żart? Badania pokazują, że 15 procent społeczeństwa ma problem, by zaakceptować niepełnosprawnych.
Myślę, że społeczeństwo jednak się zmienia. Owszem są tacy ludzie, którzy postrzegają mnie i innych ludzi na wózkach jako biedne kaleki, którym stało się największe nieszczęście w życiu. Litują się i ślą od czasu do czasu wyrazy współczucia. Spotkałam się z tym nie raz, nie dwa. Muszę jednak powiedzieć, że takie reakcje i postawy wobec niepełnosprawnych wykazują jednak ludzie starsi. Jak sama pewnie pani wie, bardzo trudno zmienić myślenie naszych babć i dziadków - oni wiedzą swoje. Nie należy się tym jednak przejmować, nie zachowywać w pamięci tych postaw i pokrzepiających słów. Codziennie spotykam ludzi, którzy fantastycznie potrafią się integrować. Ich myślenie o mnie nie kończy się na stwierdzeniu - "Co za nieszczęście, jaka biedna ta Jabłońska, taka ładna, a przykuta do wózka". Myślę jednak, że w dużej mierze postawa zdrowych ludzi wobec nas, niepełnosprawnych, zależy od naszej postawy względem nich. Ja nigdy nie użalałam się nad sobą, traktowałam się bardzo poważnie, stawiałam sobie - i nadal stawiam - dość spore wymagania. Skończyłam dwa kierunki studiów, planuję doktorat, pracuję.

Chce być pani wzorem dla innych niepełnosprawnych?
Nie mam nic przeciwko byciu takim wzorem. Uważam, że trzeba pokazywać innym, że nie warto zamykać się w czterech ścianach. Talentów nie można zakopywać w ziemi. Nie można rezygnować z zainteresowań. A przede wszystkich nie można bać się prosić o pomoc innych. Paradoksalnie to my - ludzie, którzy jeździmy na wózkach, którym chodzenie sprawia olbrzymią trudność i czasami fizyczny ból - musimy zrobić pierwszy krok. To czasami zawstydza zdrowych - ale o to trochę chodzi. Nie każdy wózkowicz to umysłowo chory. Jestem normalną dziewczyną, którą od innych odróżnia tylko to, że korzystam z podjazdów dla niepełnosprawnych. W pracy wykonuję takie same zadania jak zdrowi koledzy.

Anna Dymna powiedziała mi, że ludzie niepełnosprawni są bardzo odpowiedzialnymi i bardzo wydajnymi pracownikami. Że pracodawcy, którzy zatrudniają takich ludzi nigdy nie będą tego żałować.
Zgadzam się z tym. Moi szefowie również chyba tego nie żałują. Pracuję w dużej firmie, która jest bardzo otwarta na ludzi niepełnosprawnych, ma status pracy chronionej, z wszelkimi udogodnieniami dla takich jak ja. Nie czuję się tam dyskryminowana, a wręcz przeciwnie - bardzo doceniana. Zajmuję się sprawami personalnymi oraz rekrutacją. To daje mi olbrzymią satysfakcję, że teraz ja mogę pociągnąć za sobą innych zdolnych, wykształconych niepełnosprawnych. Praca wśród ludzi zdrowych to najlepszy sposób integracji. My niczego nie chcemy za darmo. I bardzo dobrze, że coraz więcej pracodawców decyduje się na to, by zatrudniać niepełnosprawnych.

Co robi piękna kobieta na wózku po pracy?
Mnóstwo rzeczy. Pływam w klubie dla niepełnosprawnych, planuję podróże ze swoim partnerem, czytam książki, spotykam się z przyjaciółmi. A czasami padam ze zmęczenia i po prostu nic nie robię. Czyli tak naprawdę robię to, co niemal każdy po pracy. Kiedyś, zanim zaczęłam pracować, dość często odwiedzałam dyskoteki. Co prawda nigdy nie zatańczę tanga tak, jakbym chciała, ale z tym też da się żyć (śmiech). Bo dobrze jest sobie od czasu do czasu potańczyć.

Zdumiała mnie pani. To taniec na wózku?
Nie, na krześle. Taki taniec - a raczej odpowiedni układ ruchów - to magnes na facetów. Zawsze zjawiali się i prosili mnie do tańca. Wtedy grzecznie odmawiałam, mówiłam, że może innym razem. Czasami nie mogłam się od nich opędzić, więc mówiłam, że jestem niepełnosprawna i potrzebny jest mi naprawdę silny facet, który mnie utrzyma. Wtedy zazwyczaj rezygnowali. To była niezła zabawa. Poza tym duża satysfakcja, że odmawiam fajnym chłopakom.

To niemal perwersyjne… Nadal zwabia pani w ten sposób wielbicieli?
(śmiech) Nie, to było dość dawno, choć z uśmiechem to wspominam. Muszę pani powiedzieć, że mam teraz fantastyczny moment w życiu. Od dwóch lat mam wspaniałego chłopaka, który zaakceptował mnie taką, jaka jestem. Planujemy założyć rodzinę, podróżować - zbudowaliśmy nawet wspólnie specjalny rower tandem, żebyśmy mogli razem jeździć. Niczego mi w życiu nie brakuje.

A sprawnych nóg?
To na razie niemożliwe, żebym zaczęła normalnie chodzić. Dobrze pani wie, że jestem nieuleczalnie chora. Za moją chorobę odpowiada gen, którego jeszcze nie odnaleziono. Ale medycyna - tak jak wszystko - wciąż idzie do przodu. Więc może kiedyś i na moją niepełnosprawność będzie lek. Chciałabym.



Agata Jabłońska pochodzi z Wrocławia, cierpi na rdzeniowy zanik mięśni. Skończyła filozofię oraz bankowość i finanse. Jest pierwszą modelką na wózku