Średni wzrost, kręcone włosy, nieco zmęczone oczy. Uśmiechnięty i bezpośredni. Do tego jakiś łajdacki urok, który sprawia, że Marcina Mellera, gdziekolwiek się pojawi, otacza wianuszek dziewczyn. Sam otwarcie przyznaje, że w życiu ma dwie wielkie namiętności - dziennikarstwo i piękne kobiety. Od dwóch lat z powodzeniem łączy je w polskiej edycji "Playboya".

Jako szef redakcji jest wymagający, ale przyjazny. Jako wielbiciel kobiet - zaczepny, rozmowny i żartobliwy. Nie pomogło mu to jednak przetrwać małżeńskiego kryzysu: właśnie się rozwodzi. - Moje związki z kobietami to temat tabu - zaznacza Marcin dwukrotnie na początku naszego spotkania. Na inne pytania odpowiada bez namysłu, konkretnie. Jak to możliwe, że wiszące na ścianach okładki z nagimi dziewczynami nie przeszkadzają mu się skoncentrować?

Lubisz kobiety?
Marcin Meller: Uwielbiam je i podziwiam. Chociaż muszę przyznać, że kobieca logika jest mi niekiedy zupełnie obca. Czasem rozmawia się z wami jak z ławicą makreli.

A cóż to znaczy?
Marcin Meller: Rozmowa między facetami jest dosyć prosta - białe jest białe, "nie" znaczy "nie", dosłownie. Jasno i wprost mówimy o co chodzi. Kobiety odwrotnie, z jasnymi przekazami mają duży problem. Próbują nas uspokajać, że wszystko jest w porządku, choć tak naprawdę świat wali im się w gruzy. Ich zdaniem facet sam powinien się tego domyślić. Do tego dochodzi dziwny zwyczaj czepiania się drobiazgów. - Mam iść w czarnej sukni? To znaczy, że twoim zdaniem w tej białej źle wyglądam? - Świetnie wyglądasz! - Aha, to znaczy, że czarna ci się nie podoba?

Faceci są wzrokowcami. W kobiecie liczy się dla nich wygląd. Cała reszta to detale.
Marcin Meller: Nie przesadzajmy. Spotykałem kobiety, które fizycznie tak mi się podobały, że aż dech zapierało w piersiach. Ale, niestety, zaczynały się odzywać i czar pryskał. Jeden z moich ulubionych pisarzy Leopold Tyrmand powiedział, że im jest starszy, tym z inteligentniejszymi kobietami musi się zadawać, bo z racji wieku przerwy między seksem stają się coraz dłuższe, a w tych przerwach trzeba o czymś pogadać. I coś w tym jest, chociaż zgadzam się, że to fizyczność przykuwa męską uwagę. Jeżeli piękna kobieta przy okazji okaże się świetną babą, to można sobie pogratulować, bo wygraliśmy los na loterii.

I wbrew pozorom, nie są to wyjątki. Denerwują mnie opinie, że kobieta nie może być piękna i mądra jednocześnie. Dam sobie głowę uciąć, że dziewczyny niknące w tłumie mogą być wredne jak mało kto. Świetnie jeśli kobiecość ma oprawę dowcipu, wrażliwości, ciepła i zrozumienia dla męskich potrzeb. Mam na myśli nieodzowną dawkę wolności. Nie znoszę, gdy ktoś próbuje mnie trzymać na krótkiej smyczy. Bardzo zaimponowała mi kiedyś żona mojego przyjaciela. Zadzwoniła do mnie z prośbą, żebym wyciągnął jej męża na jakąś męską wyprawę, bo już wariuje w domu, a ona razem z nim. Pomyślałem, że to jest mądra kobieta. Zrozumiała, że jej mężczyzna musi wyszumieć się z kolegami. I nie łapała paranoi, że zrobimy nie wiadomo co. Odnoszę jednak wrażenie, że takie kobiety należą do rzadkości. Cudzoziemcy żalą się, że Polki są bardzo zaborcze.

To z tego powodu rozpadło się Twoje małżeństwo?
Marcin Meller: To moja osobista sprawa. Nie ma tematu.

Dużo jest w Polsce kobiet atrakcyjnych?
Marcin Meller: Mnóstwo! Za każdym razem, kiedy wracam z podróży, jestem porażony urodą Polek. A już maj na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, kiedy panie zostawiają nadmiar garderoby w szafach, to prawdziwa feeria estetyczna. Jasne, kiedy przejdzie się Polami Elizejskimi w Paryżu, można zobaczyć pełno przepięknych kobiet, ale one są z całego świata. Trzeba obiektywnie stwierdzić, że pod względem urody kobiet jesteśmy mocarstwem...

...ale?
Marcin Meller: Na mnie osobiście bardzo działa element orientu, egzotyki. Kiedy jadę do Afryki, nie mogę opanować zachwytu nad pięknościami z rogu Afryki - Somalii, Etiopii, Erytrei, Sudanu. Nie mają rysów Murzynek z południa Afryki - ich twarze są smukłe, pociągłe, mają drobne nosy. A ja mam słabość do kobiet południa, choćby żyły tuż za miedzą, na południu Europy. Ideałem piękna od wielu lat jest dla mnie włoska aktorka Monika Bellucci. Teraz doszła czarnoskóra Rosario Dawson. Z Polek mam dwa typy: Magda Różdżka i Monika Brodka.

Blondynki nie mają u ciebie szans, jak widzę.
Marcin Meller: Bez przesady. Przez lata kochałem się w Catherine Deneuve, chociaż ona akurat jest farbowaną blondynką. Ale z drugiej strony uwielbiałem ciemną Raquel Welch. Wyobrażałem sobie, że wszystkie Amerykanki muszą wyglądać jak ona - smukłe, długonogie, z burzą gęstych włosów. Aż kiedyś przyjechała z wizytą do rodziców prawdziwa Amerykanka. Zamarłem na jej widok, bo była przerażająco normalna. Był to dla mnie szok porównywalny z odkryciem, że Święty Mikołaj nie istnieje. Ostatnio moją wyobraźnię rozpaliła postać literacka - Rosario Tijeras, tytułowa bohaterka powieści kolumbijskiego pisarza Jorge Franco. Tijeras to po hiszpańsku nożyczki. Przydomek wziął się stąd, że sama wymierzyła sprawiedliwość swemu gwałcicielowi, odcinając wiadomą część ciała. Rosario to morderczyni mafii, piękna, bezwzględna, nieszczęśliwa. Zanim zabije, całuje swoją ofiarę. Kobieta pod każdym względem fatalna. Jej losy opisuje chłopak z bogatej rodziny, który się w niej kocha do imentu, ale ona pozwala mu tylko ze sobą rozmawiać. Śpi zaś z jego przyjacielem.

Życie z nią raczej nie byłoby usłane różami. A może właśnie to ci imponuje?
Marcin Meller: Miałem fatalne związki, ale z kobietami raczej normalnymi. Miłość jest irracjonalna, rządzi się swoimi prawami, nie mamy na to wpływu. Nie chcę jednak mówić o byłych dziewczynach, bo one z pewnością nie byłyby z tego zadowolone.

Podrywałeś dziewczyny na to, że pochodzisz z elit, tata był ambasadorem we Francji, teraz jest w Rosji?
Marcin Meller: Został ambasadorem, kiedy ja już dawno byłem reporterem "Polityki" i funkcjonowałem na własny rachunek. Wychowywałem się w rodzinie typowo inteligenckiej, dwójki historyków. Mama pracowała w Muzeum Historycznym, ojciec wykładał w Warszawskiej Szkole Teatralnej. Ale z kobietami radziłem sobie bez niczyjej pomocy.

Z różnym skutkiem. Do uwodzenia, jak do wszystkiego, trzeba mieć talent. Miałem kolegę, który był mistrzem w tej sztuce. Zazdrościłem mu, bo ledwie zatrzepotał rzęskami, dziewczynom nogi się uginały. Z niego był bardzo fajny gość, ale jeśli takim talentem opatrzność obdarzy jakiegoś palanta, to nawet kobieta teoretycznie trudna do zdobycia kończy w rękach łajdaka. Chemia, której nie da się wytłumaczyć. Tak jak nie jest mi łatwo zrozumieć, dlaczego czasem kompletna idiotka usidli fajnego faceta.

Najbliższa ideału kobiety jest twoja siostra Kasia?
Marcin Meller: Kaśka jest po prostu moim przyjacielem. Mimo ośmiu lat różnicy mam z moją młodszą siostrą bardzo silną więź. Wspieramy się, bawimy, pomagamy sobie. Ma cechę, którą w ogóle bardzo cenię: jest typem kobiety kumpla. Z jednej strony elegancja, klasa, a z drugiej dawka, rzekłbym, chuligaństwa. Na bankiecie można z nią pokonwersować o sztuce, sącząc wytrawne wino i napić się wódki przerzucając świńskimi dowcipami. Nie przepadam za kobietami księżniczkami.

Może to spadek z dzieciństwa? Podobno mężczyźni szukają w kobiecie cech podpatrzonych u mamy.
Marcin Meller: Psychologowie tak mówią? Hm, może coś w tym jest. Uwielbiałem absolutną bezpretensjonalność mojej mamy, jej dystans do samej siebie, bijące z niej ciepło i pogodę ducha, której nie traciła nawet w obliczu nieuleczalnej choroby. Ze mną nie miała łatwego życia, bo zawsze mnie nosiło. Najpierw w szkole i po Warszawie, potem po całym świecie. Niepokoiła się, gdy tygodniami milczałem, podróżując przez Afrykę, gdy jeździłem na wojny. Potem, jakby jeszcze tego było mało, w dziwne miejsca na świecie ruszył mój młodszy brat. Niepokoiła się, ale nigdy nie powiedziała: nie jedźcie. Miałem już dowód w kieszeni, a ona drżała o mnie, jakbym ciągle był dzieckiem.

Może coś w tym jest? Może jesteś dzieckiem podszyty, jak Piotruś Pan nie chcesz być dorosły?
Marcin Meller: Powiedzmy, że dorastam powoli. Pocieszam się, że prezydent George W. Bush uspokoił się dopiero po 40. roku życia, mam więc jeszcze przed sobą trzy lata.... Ze mną jest inny problem. Mam ciągoty autorytarne, kiepsko reaguję na sprzeciw.

A jak radzisz sobie z wiernością? W świecie, w którym jest tyle fascynacji...
Marcin Meller: Pokusy są po to, żeby je zwalczać. Zazdrość nie pomoże ocalić żadnego związku. Można pilnować drugiej osoby jak stary policjant, a jeśli ma wywinąć numer, to i tak wywinie. Kiedyś żyłem w związku korespondencyjnym. Ja mieszkałem w Warszawie, moja dziewczyna studiowała za granicą. Widywaliśmy się mniej więcej raz w miesiącu. Ale nie miałem obsesji, że jest daleko, i nie wiem, co i z kim tak naprawdę teraz robi. Nasz związek przetrwał trzy lata. Skończył się dopiero rok po jej powrocie do Warszawy. Jak wspomniałem, życie ze mną nie jest proste.

Ta nieprzewidywalność, potrzeba mocnych wrażeń?
Marcin Meller: Potrzeba szaleństwa jest wpisana w moją konstrukcję psychiczną. Chociaż z wiekiem zauważam u siebie większą słabość i lęk. Ostatnio moja siostra Kaśka skakała ze spadochronem z 4 tysięcy metrów, w tym aż 3 kilometry tzw. wolnego spadania - spadochron otworzyła dopiero 1000 m nad ziemią. Zachęcała mnie, żebym skoczył razem z nią. A mnie, po ludzku, obleciał strach. Wykręciłem się brakiem czasu. A daję głowę, że jeszcze kilka lat temu nie miałbym z tym żadnego problemu. Chyba faktycznie się starzeję.

Gdybym nadal pracował jako reporter wojenny w "Polityce" i ktoś zaproponowałby mi wyjazd do Iraku, nie skakałbym w górę z radości, jak dawniej. Porwą, obetną głowę... teraz już wszystko biorę pod uwagę. I zaczynam myśleć jak mój towarzysz podróży i przyjaciel, Marcin Kydryński. Po zamachach w Nowym Jorku raz na zawsze skończył z szalonymi eskapadami. Ja wciąż się waham, bo jeszcze jest we mnie potrzeba silnych wrażeń.

Kobieta, która skacze na bungee, rośnie w twoich oczach?
Marcin Meller: Lubię kobiety, które mają w sobie szaleństwo. Są w stanie w trzy sekundy zburzyć swój poukładany świat, przełamują stereotypy. Mają w sobie delikatność, ale są twardzielami. Takie mam wyobrażenie o policjantkach, kobietach służących w armii. Ale przyznaję, nigdy z kobietą w mundurze nie byłem związany.

Jesteś romantyczny?
Marcin Meller: Tak mi się wydaje. Z dawką cynizmu.

Jak się to manifestuje?
Marcin Meller: W najprostszy sposób - wzruszam się w kinie. Filmy "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill" obejrzałem minimum piętnaście razy. A na "Kinie Paradiso" za każdym razem przez ostatnie pół godziny mam ściśnięte do bólu gardło. Budzi to powszechną wesołość moich kolegów.

Szef "Playboya" mazgajem? Miałam cię za wesołka, pożeracza niewieścich serc, salonowego lwa.
Marcin Meller: Wszyscy teraz tak myślą: jest naczelnym "Playboya", nigdy nie stronił od uciech, to musi być z niego babiarz. Bzdura. Owszem, nie najlepiej znoszę samotność i nigdy nie byłem typem ascety, ale staram się być wobec ludzi w porządku, nie krzywdzić ich, nie wykorzystywać. Od kilkunastu lat mam mniej więcej tę samą paczkę przyjaciół. Może moją wadą jest to, że nie odczuwam jeszcze potrzeby życiowego świętego spokoju? Nic na to nie poradzę, że żyję, jak chcę, a nie jak muszę.

Zaprzeczysz, że jako naczelny "Playboya" masz większy dostęp do pięknych kobiet?
Marcin Meller: No, dostęp jest, ale to nie jest tak, że po redakcji "Playboya" przetaczają się tabuny półnagich kobiet, które dla kariery są gotowe zrobić wszystko. Owszem, można poznać wiele pięknych kobiet i nie powiem, żeby to była przykra okoliczność. Ale ja zatrzymuję się, że tak powiem, na teorii i refleksji nad zmysłem estetycznym Pana Boga w dniu, kiedy jedną czy drugą taką damę tworzył. Do "Playboya" przychodzę po prostu do pracy. Na dziewczyny, które do nas przychodzą, patrzę profesjonalnie, jak na bohaterki materiału, który chcemy stworzyć. Nie zakochuję się, nie uwodzę.

Kiedyś zakochałeś się w pracy. Żonę, Agnieszkę, poznałeś w redakcji "Polityki".
Marcin Meller: I znowu: to moje intymne sprawy. A jedną z rzeczy, których się nauczyłem w ostatnich latach, jest to, że najlepiej będzie, jeśli takimi pozostaną.

W "Playboyu" publikowałeś zdjęcia wielu nagich artystek, m.in. Kayah, Ani Powierzy, Ani Przybylskiej. Jakimi argumentami przełamałeś ich wstyd?
Marcin Meller: One akurat pojawiły się jeszcze przed moim przyjściem. A same rozmowy z paniami wyglądają różnie. Staram się obrócić temat w żart. Wiele pań odmówiło, ale żadna chyba wałkiem zdzielić mnie nie chciała. Myślę, że dla większości, nawet jeśli się nie zgadzają, taka oferta to forma komplementu. Czasem zdarza się, że gwiazda chciałaby mieć u nas sesję, ale obawia się konsekwencji rodzinnych: co powie dziadek albo ciocia zakonnica.

Każdą kobietę można kupić?
Marcin Meller: Podobno wszystko jest kwestią ceny, ale generalnie, i nie mam tu na myśli tylko kobiecej zgody na rozbieraną sesję, tylko w ogóle przeróżne decyzje ludzi, sądzę, że nie każdego i nie w każdej sytuacji można kupić. Na szczęście. Co nie znaczy, że nie należy kobiet obsypywać prezentami. To, jak najbardziej. Ja przynajmniej bardzo lubię.

I dlatego warto z tobą spędzić życie?
Marcin Meller: Ja wiem, czy warto? Za dużo palę i ani razu nie próbowałem rzucić. Jestem potwornym bałaganiarzem. Często brak mi silnej woli. Jeżeli się czymś zakręcę, zapominam o całym świecie. Jestem roztrzepany. Płacenie rachunków w terminie stanowczo przekracza moje możliwości. Ale też chyba jestem człowiekiem pogodnym, ceniącym radość życia, generalnie lubię ludzi i świat. Wierzę, że zawsze jakoś to będzie i, że szklanka zawsze jest do połowy pełna. Nigdy na odwrót.