Z MIŁOŚCI DO SZYCIA

Henry Heinz, zanim założył firmę produkującą znane na całym świecie ketchupy, uprawiał w ogródku pomidory i robił przetwory. Bill Gates dłubał w urządzeniach elektronicznych, a Henry Ford był zapalonym konstruktorem. Kiedy zakładali swoje przyszłe koncerny mieli po kilka dolarów w kieszeni i wielu wrogów gotowych zniszczyć ich karierę. Mieli także niespożytą energię, ogromną pasję i koński upór, dzięki którym stali się wielcy. I właśnie taki upór i pomysł na biznes miała Halina Zawadzka, która 25 lat temu założyła jedną z największych dziś polskich firm odzieżową Hexeline. Zawadzka mówi o sobie, że nauczyła się szyć, kiedy ledwie sięgała nogami pedałów maszyny.

- Od samego początku wszystko szyłam dopasowane i skomplikowane. Ale najlepiej wychodziły mi spodnie. Zawsze leżały idealnie - opowiada właścicielka firmy. Może właśnie dlatego spodnie, które wychodzą z metką jej firmy, uznawane są za najlepsze w Polsce. Z małego zakładu rzemieślniczego wyrosła prężna firma. 23 salony w Polsce, butiki w Petersburgu i Paryżu to prawdziwa miara sukcesu. Ale początki nie były łatwe. Kiedy zaczęła dostawać zlecenia, nie mogła nadążyć z ich realizacją, bo... socjalistyczne państwo nie zgadzało się zatrudniać więcej niż sześć osób. Później tę granicę przesunięto do 12 osób, a z czasem nawet do 15. Dla porównania: dziś Hexeline zatrudnia około 170 pracowników. Pierwsza seria, którą Zawadzka wypuściła na rynek, to była czarno-biała kolekcja studniówkowa. Wtedy tylko w takich kolorach młodzież mogła się bawić na imprezach szkolnych. Sukienki musiały być skromne. I jak tu uszyć coś oryginalnego, efektownego?

Na szczęście dzięki uporowi i wyczuciu smaku Zawadzkiej sukienki nie tylko spełniały szkolne wymagania, ale były też bardzo ładne. Spadł jej kamień z serca, gdy okazało się, że ta kolekcja cieszy się ogromnym powodzeniem. Dopiero później dotarło do niej, jak bardzo ryzykowała. Dziś wspomina te chwile z uśmiechem. Zwłaszcza, że teraz dawne sukienki studniówkowe zastąpiły adaptowane na potrzeby balu maturalnego prawdziwe suknie balowe. Ale jej klientki wciąż pamiętają tamte kolekcje. Zdarza się, że zaczepiają panią Halinę i pytają: A ja wciąż mam tę czarną sukienkę, pamięta ją pani?" Wtedy ona odpowiada, że przecież te sukienki trzeba było dawno wyrzucić. A klientki na to, że wcale nie, bo one ciągle są na czasie.

- Ale i dziś nie jest łatwo. Dwa razy do roku zaczynamy wszystko od zera, bo tak często trzeba zmieniać kolekcje, żeby być na czasie. A jeśli nie trafimy w gust klientek, to jej nie sprzedamy, a więc nie zarobimy - mówi Halina Zawadzka. Każdy sezon to rewolucja. Nowy styl, nowe materiały, nowe kolory. Stres nigdy nie mija. - Muszę się pięć razy zastanowić, zanim zdecyduję, czy daną rzecz wprowadzić do kolekcji - tłumaczy. W każdą rzecz wkłada dużo serca i emocji. Wszystkie przymierza, przerabia po kilka razy. Do tej pory, odpukać, nie trafiły się złe kolekcje. W branży mówią, że Zawadzka ma szczególne wyczucie rynku. - Trzeba być pewnym tego, co się chce robić - komentuje Wanda Laskot, doradca biznesowy, autorka wydanej w USA książki: "Co zrobić, by twoja firma dobrze prosperowała". - Połącz biznes z życiową pasją - dodaje i podpowiada, jak to zrobić: lubisz spać? Możesz produkować łóżka. Interesujesz się telewizją? Zacznij robić programy telewizyjne. Kochasz górskie wędrówki? Organizuj je dla innych. W tym na pewno będziesz dobry.

O CZŁOWIEKU, KTÓRY UWIERZYŁ W INTERNET

Za polskiego Henry'ego Forda może się uważać Zbigniew Sykulski, założyciel i właściciel księgarni internetowej Merlin. Sto lat temu samochody były taką samą nowością techniczną jak dziś internet. Ford projektował konstrukcje i dłubał w silnikach, a Sykulski szukał natchnienia, szperając w raczkującej przed laty sieci. Pierwszy zainwestował w fabrykę samochodów, a drugi w księgarnię internetową. Obaj dorobili się na nowych technologiach. Początki były prozaiczne. - Trafiłem na strony amerykańskiej księgarni internetowej Amazon. Zamówiłem książkę. Dotarła do mnie dwa tygodnie później i sprawiła, że szczęka mi opadła. To działało! Wtedy postanowiłem otworzyć podobną firmę na polskim rynku - opowiada. Merlin powstał więc nie z miłości do literatury, ale z fascynacji tym, co nowe.

Na początku były tylko problemy. Po pierwsze, nikt nie wierzył w rozwój sieci i że w ogóle będzie można na niej zarobić. Po drugie, nie było programu komputerowego do obsługi takiej księgarni. Po trzecie, nie było ludzi do pracy. Ale takich, którzy naprawdę znają się na rzeczy. Pierwszy problem Sykulski rozwiązał szybko. Po prostu nie wierzył malkontentom i omijał ich szerokim łukiem. Drugi pokonał tak, że znalazł ludzi, którzy napisali program specjalnie dla niego. Z trzecim zaś poradził sobie w ten sposób, że zatrudniał ludzi bez doświadczenia, ale z pasją.

Dziś sam się dziwi, skąd na to wszystko miał czas, pieniądze i siły. W kwietniu 1999 roku wreszcie otworzył sklep. - Promowało nas hasło "Spróbuj, to naprawdę działa". To zdanie miało przekonać nie tylko internautów, ale i nas samych, twórców Merlina - wspomina z uśmiechem Sykulski. I chociaż równolegle z Merlinem w internecie startowało wiele firm, to właśnie oni stali się największym internetowym sklepem w Polsce. Większość ówczesnych konkurentów otwierało witryny, nie sklepy. Żeby cokolwiek zamówić, trzeba było dzwonić, wysyłać listy. To się nie sprawdziło. Znowu okazało się, że najważniejszy jest pomysł, kreatywność.

- Zakładałem, że Merlin potrzebuje 4 - 5 lat na to, żeby zaczął przynosić zyski - opowiada Sykulski. - To pozwoliło nam przetrwać najpierw chwile entuzjazmu, kiedy na początku roku 2000 wszyscy chcieli w nas inwestować, a później moment, kiedy internetowa bańka pękła i trzeba było znaleźć pieniądze na finansowanie strat. A wtedy nikt już nie był zainteresowany rozmowami z nami - wspomina. Dziś mówią o nich: czarodzieje.

O ARABISTCE I RYNKOWEJ NISZY

Firma 10socks oferuje jako jedyna na rynku - numerowane skarpety. Klientom proponuje zestaw dziesięciu par skarpet wykonanych z wysokiej jakości wełny i bawełny. Każda para ma przyporządkowany numer, wyhaftowany na spodzie każdej skarpetki. Dzięki temu bez trudu można zidentyfikować i wyciągnąć z kłębu prania skarpety z tej samej pary. Właściciel 10socks z powodzeniem trafił w rynkową niszę. Podobnie jak Blanka Łęgowska, która sposób na sukces znalazła w kojarzeniu polskich kontrahentów z arabskimi.

- Zauważyłam, że polscy biznesmeni boją się inwestować w krajach muzułmańskich. Mówią o niestabilności, zagrożeniu terrorystycznym, innej mentalności. A to przecież ciekawe i przyszłościowe rynki - tłumaczy. To biznes jak każdy inny. Jej pierwsze zlecenie było proste: musiała przetłumaczyć na arabski stronę internetową. Później zaczęła obsługiwać firmę, która w Dubaju sprzedawała materiały hydrauliczne i grzewcze. Jako najbardziej prestiżowe Łęgowska traktuje zlecenie z polskiego MSZ. Dotyczyło stron promujących Polskę. Może nie było zbyt intratne, ale szefowa traktuje je z dużą estymą. Dziś jest jednym z najmłodszych (ma tylko 29 lat) doradców do spraw bliskowschodnich i prezesem Centrum Obsługi Biznesu Yalla! Z jej usług korzysta polski MSZ i Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości oraz dziesiątki dużych i małych firm. Studiowała stosunki międzynarodowe i arabistykę. W ramach stypendium naukowego, wyjechała do Kuwejtu do szkoły językowej.

- Poznałam w praktyce język arabski i nawiązałam znajomości. Przydają mi się w pracy - mówi. Po przyjeździe do Polski zaczęła myśleć o własnym biznesie. - Jeszcze nie wiedziałam, co to będzie, ale chciałam, żeby miało to związek z krajami Bliskiego Wschodu. Wiedziałam, że muszę znaleźć jakąś niszę. Mieć pomysł, na który nikt wcześniej nie wpadł - opowiada. Wymyśliła firmę doradczą, zaangażowała do spółki kolegę z roku. Nie miała jednak pewności, czy pomysł jest trafiony, więc napisała biznesplan i... zgłosiła na konkurs. - Jury dostrzegło w naszym pomyśle potencjał. Zajęliśmy trzecie miejsce - opowiada. Jako finaliści konkursu dostali 1000 złotych. Mało? Przy dobrym pomyśle nie za mało. Starczyło na stronę internetową i artykuły biurowe. Potem zaczęło się już kręcić.

NA PRZEKÓR PRZECIWNOŚCIOM

Zawadzka zapytana o przepis na sukces odpowiada, że nie ma takiego. - Na sukces składa się wiele czynników: czasy, w których żyjemy, ludzie, których spotykamy, cechy charakteru i sploty przypadków. Jeśli są szczęśliwe, odnosimy sukces, nieszczęśliwe prowadzą do porażki - podsumowuje. - Ważne jest posiadanie wyraźnych celów. Jeśli ktoś ich nie ma, to nie wie, dokąd ma iść. A przecież nie będzie szedł na ślepo - tłumaczy. - Trzeba nieustannie podnosić sobie poprzeczkę. I nie poddawać się, jeśli niektóre skoki będą nieudane - podkreśla.

Sykulski z trudnościami radzi sobie na sportowo. - Mam naturę sportowca - śmieje się. - Od trzydziestu lat uprawiam judo, nieraz się zdarzyło, że ktoś mocno rzucił mną o matę. Ale zawsze musiałem wstać i walczyć dalej. W biznesie jest podobnie. Po porażkach trzeba się podnosić - mówi. Blanka Łęgowska prawdziwego smaku porażki jeszcze nie poznała. Ale liczy się z tym, że trudności mogą pojawić się w każdej chwili. Boi się tego, że niepowodzenia podetną jej skrzydła. Ma na to swój sposób: determinacja i perfekcja. Nie bez powodu nazwa firmy Yalla jest słowem, które w języku arabskim oznacza "naprzód". To motto powinno przyświecać każdemu biznesmenowi, który chce osiągnąć sukces.