BARBARA KASPRZYCKA: Diagnoza Społeczna 2007 pokazała, że 76 proc. Polaków to ludzie szczęśliwi. Widzi pan ich wokół siebie?
JANUSZ GRZELAK*:
Widzę, ale być może jestem w pozycji uprzywilejowanej, bo obserwuję ludzi młodych, studiujących. W tym przedziale wiekowym szczęśliwość jest mocno reprezentowana.

Młodzi są na ogół szczęśliwsi?
Tak, z rozmaitych powodów. Mają energię, nadzieję na przyszłość, niewielką jeszcze ilość spraw w życiu przegranych. Nasze badania pokazały, że stopień zadowolenia z życia zależy w bardzo dużym stopniu od wieku.

A stereotyp mówi, że Polak to maruda.
W Diagnozie 2007 większość z nas odpowiedziała twierdząco na pytanie, czy sami jesteśmy zadowoleni z życia. To nie oznacza jednak, że nie narzekamy na okoliczności, w jakich przyszło nam żyć.

Na co narzekamy?
Na nieudane reformy, na trudne warunki transformacji ustrojowej. Ale one nie przeszkadzają nam w zadowoleniu. Narzekanie i poczucie zadowolenia z własnego życia, to dwie zupełnie inne sprawy.

Skoro tak, to skąd bierze się wizerunek wiecznie niezadowolonego Polaka?
Narzekanie na życie, ciężki los, nieprzyjazne państwo, nieprzyjaznych bliźnich to coś, co podnosi rangę i znaczenie osiągnięć ludzi, którym się coś udało.

Im mocniej narzekamy, tym bardziej jesteśmy zadowoleni?
No, to nie tak prosty związek. Powiedzmy to inaczej. Każdy z nas woli mniemać o sobie lepiej niż gorzej. Jeżeli wczoraj u sąsiada była głośna, całonocna impreza, a ja mimo to nazajutrz zdałem egzamin na piątkę, moje osiągnięcie staje się większe. To sprzyja podwyższeniu mojego mniemania o sobie. Ale również, jeśli bym nie zdał tego egzaminu, mógłbym obciążyć odpowiedzialnością za to głośnego sąsiada i tak uratować dobre mniemanie o sobie. Tak czy owak przeszkody, jakie napotykamy, mogą służyć podwyższaniu samooceny. Dlatego, między innymi, marudzimy -wyszukujemy i akcentujemy rzeczy, które nam przeszkadzają w życiu.

Ten mechanizm działa też poza życiem studenckim?
Oczywiście. Na nieudaną transformację narzekają zarówno ci, którym się udało, jak i ci, którzy czują się poszkodowani. Jednym i drugim narzekanie polepsza samopoczucie. Im więcej widzimy kłód pod nogami, tym lepiej czujemy się, pokonując je, jak i ulegając im. Przecież skoro było ich tak wiele, to znaczy, że nie było nam łatwo.

Na polskiej ulicy naprawdę widzi pan ludzi szczęśliwych? Bo utarło się mówić, że nasze ulice są szare, monotonne, smutne i nijakie.
Mnie wystarczy perspektywa czasowa, jaką mam. Pamiętam czas, kiedy Polska naprawdę wydawała się szara, ludzie chodzili przygnębieni, z podkulonymi ogonami. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu rzeczywiście goście, którzy przyjeżdżali do mnie z Zachodu, widzieli w Polakach smutek i czuli, że nie jesteśmy społeczeństwem szczęśliwym. Dziś widać diametralną zmianę.

Może nie jest tak źle jak kiedyś, ale wciąż nam daleko np. do Stanów Zjednoczonych, gdzie każdy na twój widok jest uśmiechnięty i zapytuje grzecznie, jak się dziś miewasz.
Bo na narzekanie można patrzeć pod kątem funkcji, jaką pełni -poprawia nam samopoczucie, ale można też jako na pewną manierę społeczną. Analogiczną społeczną manierą, dobrym obyczajem w USA jest zagadywanie nawet ludzi nieznajomych, obdarzanie ich uśmiechem. To tworzy przyjazny klimat społeczny, ale jeśli na każde "jak się masz?" słyszymy "dobrze" -to to naprawdę nie oznacza głębokiego zadowolenia z życia. Ci sami Amerykanie, kiedy ponoszą klęskę życiową, w towarzystwie nadal będą opowiadać o swoich życiowych sukcesach. Taką mają kulturę.

Więc naszą manierą może być narzekanie.
To jest jedna z hipotez, że historyczne uwarunkowania utrwaliły w nas nawyk narzekania -na państwo, na innych ludzi, na potęgi polityczne świata. Są badania, które wskazują, że w Polsce owo marudzenie jest zauważalną cechą, prawdopodobnie częstszą niż gdzie indziej. Odnoszę jednak wrażenie, że część narzekania to maniera na użytek wewnętrzny. Zresztą wobec obcych prawdopodobnie narzekamy mniej. Wcale więc nie uważam, byśmy mieli międzynarodową opinię malkontentów.

Zatem jeśli narzekamy, to na państwo, transformację ustrojową. A na bliźnich nie?
W Diagnozie zadawaliśmy dwa pytania: czy ogólnie rzecz biorąc ludzie w życiu zrobili dla mnie więcej dobrego czy więcej złego. Okazuje się, że bilans wychodzi raczej na plus. Postrzegamy bliźnich pozytywnie.

Czy Polacy mają więcej powodów do narzekania niż inni?
To bardzo subiektywna sprawa. Z jednej strony nasze społeczeństwo jest na etapie bogacenia się i to sprawia, że jesteśmy zadowoleni. Z kolei jednak w dużym stopniu jesteśmy społeczeństwem zatomizowanym, w którym niewielkie znaczenie ma większa wspólnota, wartość określana jako dobro publiczne. Narzekamy więc na przestrzeń wspólną: urzędy, drogi, parki. To zresztą zrozumiałe -szeroko pojęta infrastruktura jest polską piętą achillesową. Zapewne więc każde społeczeństwo w różnym stopniu narzeka na różne rzeczy. Najważniejsze, że Polacy w życiu osobistym czują się szczęśliwi, znajdują powody do radości: w małżeństwie, rodzinie, pracy. Można ogólnie powiedzieć, że na poziomie prywatności znajdujemy tych powodów więcej niż na poziomie wspólnoty.

Czego nam brakuje do pełni szczęścia?
Wiele badań wskazuje, że jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie, jeśli chodzi o wzajemne zaufanie, zaufanie do instytucji państwa, do obcych. Zaufanie jest wiarą i w dobre intencje innych, w tym instytucji, i w ich kompetencje: nie tylko chcą, ale potrafią zrobić. Takie zaufanie to budulec dobrze funkcjonującego społeczeństwa, niezbędny dla zadzierzgnięcia silnych więzów i budowy demokracji. Przed nami wciąż jeszcze długa droga.

*Janusz Grzelak, jeden z autorów Diagnozy Społecznej 2007; profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, od 2000 r. dyrektor Instytutu Studiów Społecznych UW. Dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładowca uniwersytetów w USA, Austrii i Holandii. Prowadzi badania nad konfliktem między interesem jednostki a interesem grupowym i nad sposobami rozwiązywania tego problemu. Autor książki "Konflikt interesów" oraz licznych prac naukowych