Co, nie podoba Ci się nasze porównanie? „Tu miłość, tam handel - a fe!” - myślisz. Mimo to czytaj dalej, bo analogie narzucają się same. No bo pomyśl: gdy logujesz się na którymś z serwisów randkowych, pierwsza rzecz, która przychodzi ci do głowy, to „Wow! Ilu tu świetnych gości!”.

Dosłownie - do wyboru, do koloru, tylko przebierać. Wszyscy przystojni, oczytani, kochają zwierzęta, lubią sporty ekstremalne. „Hmm…, dziwne” - myślisz, bo panowie, których dotd spotykałaś w realu, rzadko bywali urodziwi, a jedynym sportem, jaki uprawiali, było wznoszenie bojowych okrzyków, gdy ukochana drużyna piłkarska ruszała do ataku na bramkę przeciwnika. Skąd ta rozbieżność między światem wirtualnym a realnym?

W Internecie idealni

Po prostu - w sieci łatwiej wyeksponować, podkoloryzować zalety, skutecznie maskując i pomijając wady. Przy czym nie chodzi tu o ewidentne oszustwa, kiedy np. ktoś pisze, że nie ma żony, a naprawdę ma. Cóż, kłamstwa też się zdarzają, lecz powszechniejsze jest tworzenie wirtualnego ja, które bardzo odbiega od prawdziwego.

Dlaczego tak się dzieje? Każdy człowiek dzieli się wewnętrznie na trzy części. Mamy ego (ja realne), czyli to, co widzą inni, nasze codzienne zachowania, myśli, nasz wygląd fizyczny. Mamy id (ja popędowe), takie wewnętrzne dziecko, które chce wypić za dużo wina, namawia na pójście do łóżka z kolegą z pracy, podjudza, żeby dać w gębę głupiemu szefowi. I mamy superego (ja idealne). Tworzą je normy społeczne i obyczajowe, ale też to, jak sami chcemy siebie postrzegać, jak sobie siebie wyobrażamy, do czego aspirujemy.

W życiu codziennym te trzy aspekty się ze sobą mieszają. Ale nie w Internecie. Tam ludzie rozwijają tylko ja idealne. Ja wirtualne, czyli sieciowa tożsamość (opisy, jakie są zamieszczane przy anonsach, to co się pisze się w mailach, na forach, czatach), jest jego naturalnym przedłużeniem. Właśnie dlatego w opisach wielu mężczyzn znajdziesz deklaracje dozgonnej miłości dla tej wybranej i opowieści o tym, jacy są dzielni, zaradni życiowo, muskularni i wysportowani. Czytając zapierające dech ogłoszenia potencjalnych randkowiczów, pamiętaj - oni tacy nie są. Bierz poprawkę na romantyczne wyznania i filozoficzne wynurzenia. To tylko makijaż. Co jest pod spodem? Tego właśnie musisz się dowiedzieć.

Zakochani, ale w sobie
Pewna kobieta, która co jakiś czas podejmuje próby znalezienia partnera przez serwisy randkowe, powiedziała: „Ostatni raz logowałam się tu dwa lata temu. I teraz widzę, że się prawie nic nie zmieniło. Od dwóch lat tkwią tu ci sami goście”. Czyżby mieli pecha? Niekoniecznie. Krystyna Pytlakowska i Jerzy Gomuła w „Zaczatowanych” piszą, że odważne panie, które zdecydują się zamieścić swój anons ze zdjęciem na portalu randkowym, mogą liczyć na około 500 odpowiedzi w ciągu pół roku. Nawet, jeśli wybrać tylko co dziesiątą, i tak zostaje pół setki mężczyzn do spotykania się. Nowe twarze, adrenalina: „Jaki będzie? Spodoba mi się?”. Weekendy spędzone w restauracjach i klubach wciąż z nowymi adoratorami - to wciąga. I w pewnym momencie może być ważniejsze od znalezienia tego jedynego czy tej jedynej. Wciąga też cyzelowanie, dopieszczanie swojego ja wirtualnego.

W „Zaczatowanych” opisana jest historia Joanny_39. Blondynka z Kaszub, nauczycielka… Zakochał się w niej Adrian96 - Polak, lekarz z Nowego Jorku. Przyjechał w odwiedziny do wybranki. Znał ją z czatu, ze zdjęć, z obrazu z kamerki. Znał od pasa w górę. Joanna_39 jeździła na wózku. Kilka lat wcześniej straciła nogi w wypadku samochodowym. Najdziwniejszy w tej historii jest taki fakt: mimo, że on przeżył spory szok, gdy spotkał ją w realu, nie osłabiło to jego uczuć. Ale ona wolała zostać w swoim mieszkanku, przed ekranem komputera. Nigdy nie pogodziła się ze swoją niepełnosprawnością. I tylko w sieci mogła być nadal tą Aśką z długimi nogami jak kiedyś. To było ważniejsze od miłości.

To drastyczna historia, ale pokazuje pewien mechanizm: w którymś momencie to podkoloryzowane ja wirtualne staje się ważniejsze od pierwotnego celu - szukania partnera. Bo spotkanie w realu oznaczałoby weryfikację marzeń na własny temat, ściągnięcie na ziemię. Tymczasem w wirtualnym ja i zachwytach internautów („Masz fascynującą osobowość!”, „Jesteś taki męski”, „Jesteś ideałem”) można przeglądać się jak macocha Śnieżki w zwierciadle, które pieje: „Jesteś najpiękniejsza na świecie”. Miłe, prawda?

Gdy wyobraźnia szkodzi
Dlatego w sieci są całe rzesze ludzi, którym wirtualne (czasami trwające rok i dłużej) romanse w zupełności wystarczają. Wcale nie chcą przenosić ich do rzeczywistości. Chcą zostać w netowej bajce. Jeśli więc ty chcesz naprawdę kogoś poznać, nalegaj na szybkie spotkanie. Inaczej możesz paść ofiarą tzw. syndromu jpg blues, a to oznacza, że na podstawie maili będziesz tworzyć obraz wymarzonej osoby niezgodny z rzeczywistością i przeżyjesz rozczarowanie.

Zwłaszcza kobiety mają tendencję do puszczania wodzy wyobraźni. Hamuj! Nie daj się ponieść fantazjom, inaczej spotkanie na żywo może być dla ciebie bolesne. Pomimo wszystko - warto szukać w sieci. W serwisach randkowych zalogowanych jest kilka milionów Polaków. Większa jest szansa na to, że właśnie tam trafisz na swoją drugą połówkę, niż że spotkasz ją na ulicy, w biurze czy pubie. Ale szukaj z głową!

Oprac. na podst. "Olivii"