Najpoważniejszym błędem popełnianym w małżeństwach międzykulturowych jest czyjaś pełna asymilacja– sytuacja, gdy jeden z partnerów całkowicie przyjmuje kulturę drugiego. To kończy się dla niego utratą tożsamości, a związek i tak najczęściej się rozpada.

RENATA KIM: Co powiedziałaby pani swojej córce, gdyby oświadczyła, że wychodzi za mąż za Araba czy Hindusa?
MONIKA WALCZAK, psycholog: Powiedziałabym jej, że taki związek będzie trudniejszy
niż każdy inny. Chciałabym, żeby była tego świadoma. Ale z pewnością nie próbowałabym zabraniać ani odwodzić je jod tego zamiaru.

I nie przekonywałaby pani, że takie małżeństwo ma spore szanse, by się rozpaść? Nie przypominałaby pani o tysiącach Polek, które związały się z ciemnoskórym cudzoziemcem, a potem z płaczem brały rozwód?

Z pewnością chciałabym rozmawiać z nią o tym. Zapewne martwiłabym się o jej przyszłość. Ale przecież niepokoiłabym się również, gdyby wychodziła za Polaka. Albo może inaczej: martwiłabym się i cieszyła równocześnie. Bo matka zawsze zastanawia się, jak jej dzieci sobie poradzą, czy będą szczęśliwe. Nie oznacza to jednak, że chciałabym by moja córka szła drogą łatwiejszą czy bardziej uczęszczaną. To wcale nie jest gwarantem udanego życia. Niech idzie swoją drogą.

Ale jednak ze statystyk wynika, że małżeństwa mieszane rozpadają się częściej niż inne. Dlaczego?

Dlatego, że są w porównaniu do związków jednokulturowych dużo trudniejsze.

Co to znaczy „trudniejsze”?

Bardziej wymagające. Oczywiście każde małżeństwo jest narażone na konfrontację. Rodziny, z których pochodzą mąż i żona, zazwyczaj różnią się od siebie. Mamy więc inne wzorce, inne minikultury rodzinne. Jednak w związkach mieszanych te różnice są znaczne, często niezrozumiałe i dotyczące szerszego, społecznego otoczenia. Sporo zależy od tego, z jak odległych od siebie krajów pochodzą małżonkowie: jeśli oboje urodzili się w Europie, to będą mieli o wiele więcej wspólnych płaszczyzn porozumienia niż ludzie pochodzący z dwóch różnych kontynentów. Więc z pewnością łatwiej jest, gdy spotyka się Polak z Brytyjką niż Polka z Wietnamczykiem. Bo w tym drugim wypadku różnice się nawarstwiają.

Więc wyobraźmy sobie, że Polak żeni się z Brytyjką. Z jakimi problemami mogą się zetknąć? O co będą się kłócić?

Tak jak w każdym innym małżeństwie, kłótnie mogą wybuchać właściwie o wszystko, co różni. Na co wydawać pieniądzie, o której i jak jadać, gdzie jechać
na wakacje... Tylko w małżeństwach mieszanych i tych różnic może być więcej i przyczyna nieporozumień może być głębsza. Małżonkowie pochodzący z różnych stron świata, wnoszą do swojego związku odmienny model małżeńskich ról. Dla każdego z nich zupełnie inna jest granica, w której jakieś zachowania są dopuszczalne, a inne już nie. Ale najważniejszym wyzwaniem dla wszystkich małżeństw mieszanych jest stworzenie modelu związku, w którym nie zostanie zatracona żadna z dwóch, często bardzo różniących się od siebie kultur. Więc i Polak, i Brytyjka, ale także Polka i Wietnamczyk powinni zrobić wszystko, by nie stopić się z małżonkiem, nie uznać wyższości jego kultury.

Mają ze sobą walczyć?

Nie nazwałabym tego walką, ale raczej konfrontacją, ciągłymi negocjacjami. Najpoważniejszym błędem jest czyjaś pełna asymilacja; sytuacja, gdy jeden z partnerów, rezygnując z własnej kultury, podporządkowuje się kulturze drugiego.
To kończy się dla niego utratą tożsamości, a taki związek najczęściej się
rozpada. Bo kto zrezygnował z siebie, odcina własne korzenie, stracił również skrzydła, nie może się rozwijać. A to jest najprostsza droga do rozpadu związku.

Więc nie wolno się dopasowywać do małżonka?

Nie za wszelką cenę i nie kosztem rezygnacji z siebie. Lepiej się z partnerem integrować; dać mu trochę z siebie, ale i od niego coś wziąć. Istnieje pokusa, by przeforsować kulturę tego małżonka, gdzie mieszka rodzina, a zrezygnować z kultury tego, który wyemigrował. To poważne nadużycie. Emigrując, człowiek nie porzuca swoich kulturowych wartości, bo to one pozwalają mu orientować się w nowym środowisku. Niestety są również źródłem konfliktów, zwłaszcza gdy nie przystają do wartości obowiązujących tu i teraz.

I wtedy taki związek się uda?

Ludzie, którzy znajdują w obcym kraju partnera, mają chyba jakąś wrodzoną – nazwijmy to – tolerancję dla odmienności. Oni poszukują różnorodności i potrafią się nią cieszyć. Już to samo w sobie daje im ogromną szansę. Ważne, by tę cechę rozwijali, pielęgnowali. Tak, by przerodziła się ona w dojrzałość: szacunek i wrażliwość na kulturę współmałżonka. To jest naprawdę podstawowy warunek. Bo wprawdzie w każdym związku codziennie dochodzi do zderzeń i konfrontacji, jednak w małżeństwie dwukulturowym dzieje się to znacznie częściej, intensywniej. Więc takie pary muszą bardzo dbać o to, by się ze sobą jak najlepiej porozumiewać.

Ale przecież między nimi bardzo często jest bariera językowa...

No właśnie. Bardzo ważne jest by, małżonkowie mówili jakimś wspólnym językiem, i jeszcze – by posługiwali się nim oboje wystarczająco dobrze, nalepiej na podobnym poziomie. Jeśli nie, to pojawiają się niedopowiedzenia, za nimi nieporozumienia i poważne problemy są gotowe. A przecież nie jest łatwo dogadać się nawet wtedy, gdy cudzoziemski mąż doskonale zna język żony czy na odwrót – bo i wtedy pozostaje kwestia idiomów, zwrotów i zdań właściwych tylko dla danego kraju i kultury, właściwie niezrozumiałych dla kogoś z zewnątrz.

Z tego, co pani mówi, wynika, że małżeństwo mieszane ma szansę wtedy, gdy żadna ze stron nie będzie się upierała przy swoim, wyniesionym z ojczyzny modelu życia.

Dokładnie tak. Ale powtarzam: właśnie dlatego takie związki są o wiele trudniejsze
niż inne. Trudno jest nam zrezygnować z takiej kolonialnej, narodowocentrycznej postawy: że to co europejskie jest najlepsze.

Więc pewnie powodów do rozstań też jest więcej?

To fakt. Ze wszystkich znanych mi statystyk wynika, że takie związki rzeczywiście
rozpadają się najczęściej.

Czy można temu jakoś zapobiec?

Aby związek mieszany był trwały, oboje małżonkowie muszą odnosić się do siebie z ogromną wrażliwością. Lepiej zwalczyć pokusę przystosowania współmałżonka
do swoich oczekiwań kulturowych. Konflikty nie powinny być rozwiązywane jednostronnie, kosztem jeden z kultur. Stwierdzenie: „tak było w mojej rodzinie,
więc u nas też niech tak będzie” to porażka. Czasami akceptuje się partnera wybiórczo -– jednie te cechy, które pasują do naszego kulturowego wzorca. Ale
tak nie wolno robić – trzeba przyznać, że mąż czy żona pochodzi z innej kultury i
wewnętrznie się na to zgodzić. Zaakceptować małżonka takim, jaki on naprawdę jest i dopiero rozmawiając uzgodnić wspólną tożsamość jako pary. Jeśli te warunki zostaną spełnione, związek będzie mieć dużą szansę przetrwania.

Ale wszystko to, co pani mówi, odnosi się do każdego małżeństwa, nie tylko do mieszanego.

To prawda, ale w małżeństwie jednokulturowym możemy się rozejrzeć wokół siebie i zapytać partnera: wokół nas funkcjonuje kilka bardzo podobnych modeli
związku. Który z nich chcesz wybrać? A potem razem coś bez większego wysiłku uzgodnić. Tymczasem w małżeństwach mieszanych nie ma żadnego znanego modelu – ani nawet żadnej recepty, jak go stworzyć. I jak zrobić to bez ryzyka utraty własnej tożsamości. W tej sprawie małżonkowie z odległych krajów mogą polegać wyłącznie na sobie. I właśnie dlatego ten rodzaj związku jest taki trudny. A że miłość jak rzeka wciąż musi płynąć, na każdym etapie życia małżonkowie muszą wznawiać pytanie, jak dobrze razem żyć, co zrobić, żeby nam się powiodło? I cały czas pracować nad tym.

A jak powinni wychowywać dzieci?

W głębokim szacunku dla kultur obu rodziców. Tak, żeby żadnej z nich nic nie stracić. I niepotrzebne są tu żadne specjalne zabiegi wychowawcze. Jeśli małżeństwo dobrze funkcjonuje, to dzieci są szczęśliwe i później potrafią stworzyć dobry związek. Bo małżeństwo rodziców jest prototypem ich przyszłych związków. Jeśli rodzice się kochają, to dzieci wyniosą z domu dobry schemat i same go w swoim życiu powielą. Nauczą się, jak to robić, patrząc na rodziców.

Co można zyskać w małżeństwie mieszanym?

Cały drugi świat. Droga do szczęścia jest wprawdzie trudniejsza, ale wcale przez
to nie mniej satysfakcjonująca. Bo jeśli idziemy trudną drogą, ale w końcu dochodzimy nią do upragnionego celu i czujemy, że udało nam się osiągnąć sukces, to smak radości jest jeszcze słodszy. Bo wiemy, że dokonał się w nas jakiś rozwój. Więc jeśli decydujesz się na związek z osobą innej narodowości, rasy czy religii, to masz szanse na wspaniały osobisty rozwój. Bo ta druga kultura to podarowany nam w prezencie drugi świat. I warto z tej fantastycznej szansy skorzystać.

Więc wierzy pani w powodzenie małżeństw mieszanych?

Oczywiście! Co więcej, one mogą być dużo bogatsze i szczęśliwsze niż zwykłe związki. O wiele głębsze i przez to trwalsze. Warunek jest jeden – wymagają o wiele większej pracy. A my wszyscy też powiniśmy się małżeństwom mieszanym bardzo uważnie przyglądać, bo nas takie związki mogą czegoś nauczyć. Bo one namacalnie pokazują, że można z powodzeniem łączyć przeciwieństwa, że można mimo różnic budować porozumienie. Takie małżeństwa uczą prawdziwej
i głębokiej tolerancji dla cudzej inności. A stąd już tylko krok do zachwytu nad nią.