Obszerny raport opisujący zagrożenia związane z nadmiernym wystawianiem się na działanie promieni słonecznych publikuje najnowszy numer tygodnika "New Scientist". Od lat europejscy, amerykańscy i australijscy onkolodzy z przerażeniem obserwują, jak lawinowo rośnie liczba zachorowań na czerniaka. Trend ten pojawił się w latach 50. XX wieku i trwa. Dlaczego tak jest?

Dermatolodzy nie mają żadnych wątpliwości - za często i za długo przebywamy na słońcu, by uzyskać jakże modną brązową opaleniznę. I choć jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku pojawiły się setki różnych kosmetyków z filtrami przeciwsłonecznymi, to - jak wynikało z badań - ich używanie nie zmniejszyło liczby zachorowań na czerniaka. Problem tkwił w tym, że przez lata większość preperatów z "filtrem UV" chroniła skórę - i to tylko w pewnym stopniu - jedynie przed częścią promieniowania ultrafioletowego, tzw. UVB. Są to fale o częstotliwości ok. 320-280 nanometrów. To właśnie one nadają naszej skórze opaleniznę i powodują "poparzenia" słoneczne. Smarowanie skóry preparatami z filtrem anty-UVB przedłużało czas, jaki można spędzić na słońcu, nie doznając oparzeń.

I w tym właśnie, według naukowców, leżała pułapka związana z ich stosowaniem. Nie czując palącego słońca, ludzie opalali się dłużej, tym samym wystawiali się na dodatkową dawkę innego promieniowania - tzw. UVA. To promieniowanie o długości fali 400 do 320 nanometrów. Docierające na Ziemię światło słoneczne zawiera od 10 do 100 razy więcej promieniowania UVA niż UVB. Stosunek tych dwóch składowych zależy od wielu czynników: zachmurzenia, pory dnia oraz rozmiaru dziury ozonowej. Najgorsze jest jednak to, że promieniowanie UVA, choć nie "parzy" naskórka, łatwo przenika przez skórę, aż dociera do komórek barwnikowych - czyli melanocytów. To właśnie w nich powstaje czerniak.

Niewidoczne promienie UVA dermatolodzy uważają za jeden z głównych czynników odpowiadających za rozwój tego groźnego nowotworu. Teza ta znalazła potwierdzenie w badaniach naukowych na zwierzętach. Ich przeprowadzenie było utrudnione z bardzo prostego powodu: w świecie zwierząt nowotwory podobne do ludzkiego czerniaka są bardzo rzadkie. Dlatego uczeni z Brookhaven National Laboratory w Upton w stanie Nowy Jork wyhodowali specjalną odmianę rybek akwariowych, które zapadały na tę chorobę. Następnie część z nich trzymano w akwarium umieszczonym w szklarni. Ponieważ szkło zatrzymuje promienie UVB, do akwarium docierało jedynie światło widzialne i promieniowanie UVA. Okazało się, że naświetlane nimi rybki zachorowały na czerniaka.

Gdy naukowcy przyjrzeli się bliżej DNA komórek czerniaka odkryli, że mutacje powodujące powstanie tego raka musiały najprawdopodobniej powstać pod wpływem działania tzw. wolnych rodników tlenowych. Te, jak było wiadomo z wcześnejszych badań, są uwalniane w skórze właśnie pod wpływem działania UVA.

Uwalnianie wolnych rodników ma miejsce m.in. w melanocytach, czyli komórkach barwnikowych skóry. Jak twierdzi David Fisher z Harvard University, szybciej dochodzi do tego w komórkach, które produkują barwnik czerwony, tzw. feomelaninę. Dlatego osoby o rudych włosach oraz jasnej skórze, (ich melanocyty wytwarzają głównie feomelaninę) są najbardziej narażone na zachorowanie na czerniaka.

Tymczasem u osób o ciemniejszej karnacji melanocyty produkują zarówno czerwoną feomelaninę, jak i brązową eumelaninę. Ten drugi barwnik jest bardziej trwały i mniej podatny na szkodliwe działanie promieni UVA i powstawanie wolnych rodników. Tym, według Fishera, można wyjaśnić fakt, że osoby o brązowej lub czarnej skórze chorują na czerniaka zdecydowanie rzadziej.

Jeśli rzeczywiście tak jest, lekka, stopniowo nabywana opalenizna może być teoretycznie korzystna dla zdrowia. Dlaczego? Otóż pod wpływem ekspozycji słonecznej zmieniają się w naszej skórze proporcje pomiędzy obydwoma opisanymi powyżej barwnikami. Stabilny barwnik brązowy zaczyna przeważać nad czerwonym, podatnym na ataki wolnych rodników. W dodatku chroni skórę przed promieniowaniem UV. Jednak mimo to, jak podkreśla Fisher, nie warto się z tego powodu wystawiać na słońce. Ryzyko zachorowania na raka zawsze istnieje. Dlatego uczony pracuje nad wynalezieniem pigułki, która będzie w stanie wywołać "prawdziwą" opaleniznę bez udziału słońca - zadziała na melanocyty, pobudzając je do produkcji eumelaniny.

Jednak dopóki to się nie uda, musimy zachować umiar w zażywaniu słonecznych kąpieli. Na szczęście w ostatnich latach na rynku pojawiły się nowoczesne preparaty przeciwsłoneczne zawierające filtry blokujące UVA. Jednak, choć firmy kosmetyczne twierdzą, że dodały takie filtry do swoich produktów, to nie wiadomo, w jakim stopniu one nas chronią.

Oznaczenia dotyczące mocy substancji zabezpieczających przed UVB, (tzw. SPF - Sun Protection Factor, czyli stopień ochrony przeciwsłonecznej) są regulowane przez międzynarodowe przepisy, więc wszyscy producenci stosują taką samą skalę. Natomiast w przypadku filtrów anty-UVA brak jest jednolitych oznaczeń. Zwykle preparaty do opalania chronią nas słabiej przed UVA niż UVB. Oznacza to, że w dalszym ciągu aktualny pozostaje problem opisany na początku tekstu - krem z filtrem, nawet najmocniejszym, nie może być naszą jedyną ochroną przed promieniami słońca.