Wigilię w mojej rodzinie zawsze organizowano u seniorki rodu, mojej babci. Zbierała się armia ciotek, wujków i ich pociech. Armia zadająca pytania. - Co u ciebie słychać? Drażniły mnie ich zafrasowane miny i kręcenie z pożałowaniem głową.

Wtedy przyszło postanowienie: nie jadę. Wymówię się pilną pracą, goniącymi terminami, albo chorobą. Wszystko jedno, byle nie jechać. Wolałem posiedzieć przed telewizorem z piwem w ręku, niż oglądać współczujące twarze i czuć klepanie po ramieniu.

Gdy telefonowałem do domu, głupio mi było kłamać. Jednak kłamstwa gładko przeszły przez gardło.

- Zrozum mamo, nie mogę przyjechać. Mam mnóstwo pracy.

- Ale to Boże Narodzenie?

- Tak, wiem. Przepraszam. Przyjadę, jak będę mógł. Do zobaczenia.

Poszło. Myślałem, że będzie gorzej.

Świąteczny nastrój krążył w powietrzu. Kupiłem drzewko w doniczce i wtedy stwierdziłem, że nie mam żadnych bombek. Pomyślałem, że puste drzewko będzie smętnie wyglądało. Bardziej by pasowało do śniegowych zasp za oknem niż do mojej kawalerki. Postanowiłem kupić pudełko bombek przy najbliższej wizycie w supermarkecie. Bombki i trochę cukierków. Będą na chandrę.

Sklepy przed świętami były zatłoczone. Orgia barw i dźwięków. Ozdobione wystawy przyciągały wzrok, z głośników sączyły się świąteczne piosenki i kolędy. Supermarkety roiły się od kupujących. Przedświąteczna euforia ogarnęła wszystkich.

Włożyłem do koszyka pudełko bombek, zastanawiałem się nad czarnymi, jednak kupiłem czerwone, malowane w śniegowe gwiazdki. Dołożyłem pół kilograma cukierków. Kiedy odchodziłem od kasy, ktoś mnie potrącił. Kanciaste pudełko rozpruło foliową torbę, zakupy wysypały się na podłogę. Brzęknęło tłukące się szkło.

- Bardzo przepraszam - powiedziała sprawczyni całego zamieszania. Drobna brunetka, dzierżąca w dłoniach jakieś pudło. - Za wszystko zapłacę.

- Nie ma sprawy - bąknąłem. - Nie trzeba.

- Nalegam, czuję się głupio. Czy w ramach przeprosin mogę zaprosić pana na kawę?

Zgodziłem się, w domu i tak nie miałem nic do roboty. Ponownie, w kolejce do kasy, nie miałem ochoty stać. Zresztą trzy bombki ocalały.

Nie spodziewałem się, że będę taki otwarty w stosunku do kogoś obcego. Może właśnie z obcymi pozwalamy sobie na szczerość, myśląc, że więcej ich nie spotkamy w wirze codziennych spraw.

Rozmowa zahaczała o różne tematy. Czułem się, jakbym spotkał starą znajomą. Nawet nie zauważyłem, kiedy dostałem jej numer telefonu, zrewanżowałem się swoim. Odprowadziłem ją do samochodu i wróciłem do domu.

Nie myślałem o tym do soboty, w niedzielę zadzwoniłem.

- Na spacer? - zapytała. - Dobrze. Do parku? OK.

Czekałem pod bramą. Przyjdzie - nie przyjdzie. Zobaczyłem ją idącą od przystanku. Uścisnęła mi dłoń i ruszyliśmy zaśnieżonymi alejkami.

Rozmowa nie biegła tak swobodnie jak wtedy. Więcej było milczenia niż paplaniny. Wokół zimowa cisza, gdzieś daleko szum miasta.

Poślizgnęła się na zrobionej przez dzieci ślizgawce. Złapałem ją za rękę. Pociągnęła mnie za sobą. Po chwili leżeliśmy w śniegu i śmialiśmy się jak głupi. Ludzie przyglądali się nam zdziwieni.

Odprowadziłem ją na przystanek. Popołudnie przeszło w wieczór, światła latarni odbijały się od śniegu.

- Do zobaczenia - powiedziała, kiedy nadjechał autobus. Pocałowała mnie w policzek, a potem delikatnie musnęła w usta.

Stałem jeszcze bez ruchu, kiedy autobus znikł za zakrętem.

Wigilia zbliżała się wielkimi krokami. Od spaceru spotkaliśmy się tylko raz. Wigilię miała spędzić z rodziną, przyjeżdżała babcia i dwie siostry. Cóż, zobaczymy się później. Ja konsekwentnie zamierzałem zostać w domu, przed telewizorem.

Choinka była trochę pusta. Powiesiłem ocalałe bombki i te cukierki, których nie zjadłem. Na stole postawiłem śledzika i inne "przysmaki”, z działu garmażerki, z supermarketu. Zjadłem samotną kolację i położyłem z piwem przed telewizorem. Z radia sączyły się kolędy, głośne śpiewy słychać było od sąsiadów.

Przysypiałem, kiedy obudziło mnie pukanie do drzwi.

- Pewnie kolędnicy - pomyślałem. Nie miałem ochoty otwierać. Pukający jednak nie ustępował. Poczłapałem do drzwi i przekręciłem zamek, spodziewałem się fałszujących dzieciaków. Jakież było moje zdziwienie. W drzwiach stała ona - Bożena.

- Nie mogłam zostawić cię samego w taki dzień - stwierdziła.

Weszła do domu, otrzepując płatki śniegu.

- Witaj gwiazdkowy prezencie - powiedziałem, zdejmując jej płaszcz.

To był najwspanialszy gwiazdkowy prezent, jaki od życia dostałem.

PS. W następnym roku święta spędziliśmy u mojej rodziny. Nie bałem się już armii ciotek wypytujących, co u mnie słychać. Wystarczyło na nas popatrzeć.