Utarło się, że dopóki nie można cię zguglować, nie jesteś nikim ważnym. . Zostać dla potomnych, odcisnąć ślad to dziś pierwsza życiowa konieczność, zaraz po oddychaniu.
Chęć powiadamiania świata o każdym swoim kroku doprowadził do absurdu pewien student, który zaprojektował specjalny pas elastyczny dla swojej ciężarnej narzeczonej. . Niektórym wydało się to milusie i nieszkodliwe innych przekonało o tym, że zaczynamy wariować na punkcie swojej medialnej obecności. I co gorsze, nie dotyczy to już tylko gwiazd, ale całkiem prywatnych osób.
Mnogość blogów, fotoblogów i profili internetowych jest obezwładniająca. Na pytanie, po co zaśmiecać internetowy świat niepotrzebnymi informacjami, wszyscy aktywni użytkownicy odpowiadają: . Jest w tym sporo racji, jednak trudno uchronić się od bombardujących cię zewsząd reklam, nowych postów wyświetlanych z boków stron głównych i newsletterów.
Wydaje się, że intymność i prywatność jest dziś sprawą pierwszorzędną. Kiedyś, gdy było jej jak na lekarstwo, wszyscy spieszyli zaciągać zasłony, brudy prało się w domu, a przy obcych ściszało się głos. Najpierw zaskoczyły nas okna pozbawione firanek, potem zwierzenia rozmaitych osób publicznych, a w końcu coraz bardziej intymne programy w telewizji. i jakiekolwiek tabu nie istnieje. Gdy dziecko koleżanki z odciętą pępowiną możesz zobaczyć w godzinę po porodzie, pewnie szybciej niż babcia dzieciaka, która nie ma komputera, dochodzimy do paranoidalnej sytuacji, w której całe nasze życie prywatne jest na sprzedaż.
Im więcej osób wchodzi na nasze profile, im więcej znajomych mamy na Naszej Klasie, tym bardziej znani, popularni jesteśmy.
Z tymi wszystkimi nowymi znajomkami dzielimy się swoimi najbardziej intymnymi przemyśleniami, sukcesami i porażkami i pilnie czytamy, co też nam napisali w komentarzach, martwiąc się czy aby
nie za ostro oceniają nasze poczynania.
Zróbmy tutaj jednak małe rozróżnienie - jedno to prowadzić bloga dokumentującego proces badawczy czy jakąś podróż, publikować modowe zestawy szafiarskie, inna rzecz to wklejać w sieć
prywatne zdjęcia z sobotniego grilla, które nie zainteresują nikogo oprócz sąsiadki, której nasmrodziliśmy w ogrodzie kaszanką.
Otwierając swoją intymność w Internecie, w Podobnie robią gwiazdy, gdy udają się na publiczne imprezy w sukience bez bielizny pod
spodem. Nie można mieć wtedy pretensji, że ktoś zrobił ci zdjęcie. Skoro więc otwierasz się, przyjmij krytykę.
Potrzeba bycia widzianym bierze się według psychologów stąd, że . Uwięzieni w rytmie dnia i obowiązków, jesteśmy przekonani, że nic tak naprawdę nie zależy od nas. Dlatego podejmując decyzję o wystawieniu się w sieci, bierzemy niejako własne życie we własne ręce.
Wyzwalające uczucie, jakie towarzyszy temu odsłonieniu jest bliskie euforii, jaką odczuwają ekshibicjoniści. Choć tak naprawdę dalej jesteśmy tylko jedną z osób piszących do sieci, mamy poczucie bycia dostrzeżonym, wyjątkowym, już nie anonimowym. Ci, którzy lubią być oglądani udanie trafiają na tych, którzy lubią podglądać (voyeurzy) i całe towarzystwo wspiera się wzajemnie. , choć właśnie cały świat na wyciągnięcie ręki po włączeniu wtyczki do kontaktu.
Czasami ci, którzy kiedyś byli anonimowymi bloggerami, sami przechodzą w stan bycia gwiazdą. Ich kariera, zaczęta w wirtualu, staje się całkiem realna a oni sami nagle zyskują twarz i cielesność w przestrzeni społecznej. Tak było ze , który z pisania o modzie z pasją przekształcił się w dochodowy biznes, zapewniając młodemu mężczyźnie pracę w piśmie GQ i relacje dla strony Style.com.
Podobnie było z Agathe, norweską bloggerką – "Style Bytes", która zdobyła sławę na całym świecie, by potem zniknąć bez słowa, rozpętując internetową burzę pod hasłem: "co się stało z Agathe? ". To jednak przypadki wyjątkowe, w większości bowiem z prowadzenia bloga nic nie wynika.
Zaostrzonym przykładem blogów i profili jest amerykański serwis , dzięki któremu możemy informować swoich fanów o kolejnych minutach naszego życia. Przykładowo: "12.45 – właśnie spóźniłam się na autobus, ale dzięki temu mogę pokontemplować uliczny billboard z najnowszej kolekcji Stelli MacCartney" - poinformuje cię twoja internetowa fąfelka.
Uzależnienie od urządzeń, dzięki którym jesteśmy w łączności z całym światem powoli staje się kolejnym powodem do spotkań z psychiatrą. Im więcej bowiem o sobie ujawniamy, tym mniejsze mamy rozeznanie co jest w naszym życiu istotne a co nie. Zanika gradacja wartości, zanika powoli nasza prywatność, która nie dzieli się już na to, co w domu, i poza domem.
Dopóki nie uwolnimy się od anonimowej publiczności i nie zaczniemy odczuwać wartości swojego życia bez bycia komentowanym, niewiele ciekawego możemy chyba o sobie powiedzieć innym… Zbudowana bowiem w Internecie tożsamość, nie jest tworem prawdziwym, tylko dalej wirtualnym.