Kiedyś cenę miłości określał posag, czyli – z ekonomicznego punktu widzenia – nic innego jak cena, którą rodzina młodej kobiety płaciła mężczyźnie, by ten otoczył ją dożywotnią opieką. Rządziły nią prawa podaży i popytu: im mniej mężczyzn na rynku, tym posag musiał być wyższy. Widać to doskonale na przykładzie niektórych azjatyckich krajów, gdzie po dziś dzień obowiązuje dawanie posagu. W 2001 r. grupa zachodnich badaczy wyliczyła, że w Bangladeszu dochodził on do 16 tys. taków (lokalna waluta), czyli bez mała czterokrotnej wartości tamtejszego PKB per capita.

Społeczeństwa radziły sobie z tym obciążeniem na różne sposoby. W niektórych kulturach lekiem na posag była na przykład poligamia, która pozwalała zamożniejszym mężczyznom wziąć kilka żon i zmniejszyć tym samym jego wysokość. Jeszcze w 1979 r. ajatollah Chomeini przekonywał włoską dziennikarkę Orianę Falacci, że wielożeństwo nie tylko lepiej zabezpiecza interesy kobiet, ale jest również bardziej racjonalnym pomysłem na alokację zasobów, któremu powinien przyklasnąć każdy liberalny ekonomista.

Zachód wyrwał się z pułapki zupełnie innym sposobem. W czasach rewolucji przemysłowej kobiety po prostu... poszły do pracy i stopniowo wywalczyły sobie ekonomiczną, a co za tym idzie faktyczną niezależność. Emancypacja kobiety sprawiła, że przestała ona być towarem. Biznesem stała się sama miłość.

Weźmy choćby proces poszukiwania partnera. Dopóki kupowało się małżonka, swatanie było domeną rodziny oraz przyjaciół. W czasach swobodnego kojarzenia par trzeba jednak płacić już za samą możliwość wyboru. To zjawisko coraz powszechniejsze. Z przeprowadzonego w ubiegłym roku badania ośrodka Chadwick Martin Bailey wynika, że wśród amerykańskich małżeństw zawartych w latach 2009 – 2010 co szósta para poznała się za pośrednictwem internetu, głównie korzystając z coraz popularniejszych portali randkowych. A ponad jedna czwarta badanych w ciągu ostatnich dwóch lat przynajmniej raz umówiła się na randkę z osobą poznaną w sieci. Oznacza to, że sieć stała się trzecią – po pracy i przyjaciołach, a przed barami i klubami – platformą poszukiwania drugiej połówki. Można więc powiedzieć, że internet nie tyle zastąpił istniejący od dawna rynek płatnych ogłoszeń matrymonialnych, co podniósł je do rangi pełnoprawnego sposobu na poszukiwanie partnera, zdejmując odium ostatniej deski ratunku dla zdesperowanych miłosnych nieudaczników.

A przy okazji uczynił ze swatania bardzo intratne przedsięwzięcie. Według ostrożnych szacunków amerykańskiego funduszu inwestycyjnego Canaan Partners globalny biznes internetowych randek przynosi czysty zysk (głównie z reklam i opłat) rzędu ok. 4 mld dol. rocznie. Nic dziwnego, że na rynku pojawia się coraz więcej portali już nie tylko stawiających na masowego odbiorcę, ale również próbujących dotrzeć do miłosnych nisz. Na przykład osób poszukujących kogoś o podobnym stosunku do religii (Jdate – dla samotnych ortodoksyjnych Żydów, czy polski portal Przeznaczeni.pl adresowany do zdeklarowanych katolików) albo bardziej niekonwencjonalnych zainteresowań (Vampire Passions – wiadomo, czy Cupidtino dla miłośników produktów firmy Apple).

Zadzierzgnięcie więzów sympatii to jednak dopiero początek miłosnych kosztów. W latach 2007 – 2008 statystyczny Amerykanin wydawał na walentynkowe zakupy dla ukochanego ponad 120 dol. W wyniku kryzysu ta suma spadła do 102 dol. To jednak wciąż w skali największej gospodarki świata ok. 14,7 mld dol. Polacy wydadzą znacznie mniej. Jeśli wierzyć badaniom, od lat tylko trochę więcej niż połowa z nas deklaruje, że z okazji walentynek da swojemu partnerowi jakiś prezent.

Prócz okazjonalnego biznesu walentynkowego jest jeszcze działający bezustannie przemysł seksualny. Jego wielkość jest niezwykle trudna do oszacowania, bo duża część znajduje się w obiegu pozalegalnym. Nie licząc prostytucji, jego wartość jest szacowana przeróżnie – od 2 nawet do 14 mld dol.

Jednak najważniejszy ekonomiczny efekt miłości to nowe życie, które może stworzyć. A jego wartość jest nie do przecenienia. Zwłaszcza w starzejących się zachodnich społeczeństwach. Amerykański rząd wycenia ekonomiczną wartość swojego obywatela na ok. 7,5 mln dol. A brytyjski uważa, że jeden rok życia Brytyjczyka w dobrym zdrowiu jest wart ok. 29 tys. funtów.