Wigilijne wierzenia, z których wiele przetrwało do dziś, wzięły się z pogańskich zwyczajów zaduszkowych, które praktykowane były niegdyś na przełomie roku. Nasi przodkowie dbali w tym czasie nie tylko o duchy, ale też plony czy zamążpójście córek

Według opolskiej folklorystki i etnologa z Katedry Kulturoznawstwa i Folklorystyki Uniwersytetu Opolskiego prof. Teresy Smolińskiej wiara w to, że zimowe przesilenie i przełomu roku to okres magiczny, w którym wszystko może się stać, a każde życzenie ziścić, to pozostałość po czasach, gdy nie funkcjonowały kalendarze, a ludzie żyli rytmem natury. Po tym, na jakiej wysokości znajduje się słońce widzieli, że następuje zimowe przesilenie. Natura obumiera, by chwilę później budzić się do życia. Praktykowali w tym czasie tzw. obrzędy przejścia.

Ludzie wierzyli wtedy, że w tym czasie na ziemię wracały duchy. Trzeba było uważać, by nie zabrały ich ze sobą, ale też zadbać o to, by godnie je podjąć - wyjaśniła prof. Teresa Smolińska.

Wiele z wigilijnych wierzeń i zabobonów wzięło swój początek właśnie z tamtych, pogańskich czasów. Nałożyły się na nie obrzędy chrześcijańskie. Na przykład zwyczaj kładzenia sianka na wigilijnym stole wziął się stąd, że chciano zapewnić duszom dobre samopoczucie. Przynoszono więc do domu zeschniętą trawę z kurhanu, czyli rodzaju mogiły. - Dziś się mówi, że sianko kładziemy, bo Jezus urodził się w stajence - dodała etnolog.

Przed laty pod wigilijnym stołem gospodarze kładli siekiery, piły, młotki i inne ostre narzędzia. W czasach chrześcijańskich miało to być nawiązanie do św. Józef, który był cieślą. - Ale tak naprawdę to wcześniej układano te ostre narzędzia pod stołem, by odstraszyć złe duchy - stwierdziła folklorystka.

Związek z tradycyjnymi wierzeniami ma też wyznawane przez wielu ludzi do dziś przekonanie, że jaka będzie wigilia, taki cały rok. Trzeba więc wstać rano i pracować, tak by i przyszły rok był pracowity. - Kiedyś natomiast wstawano w wigilię o świcie, by witać dusze zmarłych i być gotowym na ich przyjście - wytłumaczyła prof. Smolińska.

W wigilię nie można też było rozwieszać prania, bo mogło to spowodować że ktoś umrze. W jaki sposób? - Na przykład taki, że któraś z błąkających się po ziemi dusz zaplącze się w pościel, zostanie, a potem zabierze we śnie - dodała Teresa Smolińska. - Do dziś wielu ludzi tego dnia nie robi prania.

Opolska etnolog zwróciła też uwagę, że do dziś wielu ludzi zanim usiądzie do wigilijnego stołu omiata ręką miejsce, w którym ma zamiar spocząć. - To też pozostałość po zaduszkach. Trzeba było omieść miejsce, gdzie zamierza się siedzieć, by nie przysiąść na jakiejś duszy - powiedziała Smolińska.

Wiele wigilijnych dań ma też związek ze światem zmarłych. Na przykład te z makiem czy grzybami, które według wierzeń mogły wywołać halucynacje i ułatwić kontakt ze zmarłymi.

Czego i dlaczego nie powinno się dawać w prezencie gwiazdkowym? Na przykład butów czy kapci, bo miałoby to wróżyć śmierć lub odejście. - Część ludzi przestrzega tej zasady także dziś dopisując do niej wróżbę w języku naszych czasów - buty dane w prezencie mogą prócz śmierci wieszczyć też rozwód albo rozejście się pary - powiedziała prof. Teresa Smolińska.

Nie można też dawać w prezencie ostrych przedmiotów, np. broszek bo mogłyby spowodować "skaleczenie" uczuć. - Ten przesąd również wziął się z wierzeń związanych z duchami. W wigilię i na przełomie roku należało chować ostre przedmioty, by się dusze nie kaleczyły - wyjaśniła Teresa Smolińska.

Zwiastunem pozytywnych zmian w czasie zimowego przejścia był natomiast - zdaniem opolskiej folklorystki - młody mężczyzna: silny, jurny, zwiastujący płodność i powodzenie. - Dlatego do dziś wielu ludzi wierzy, że w wigilię i w Nowy Rok pierwszy próg domu powinien przekroczyć albo życzenia złożyć właśnie mężczyzna, najlepiej młody - opowiedziała Smolińska.

W wigilię nie można było niczego pożyczać, by w kolejnym roku niczego nam nie ubywało - np. szczęścia, zdrowia czy pieniędzy. - Lepiej było tego dnia coś komuś zabrać, podkraść. To wróżyło, że będzie nam przybywać różnych rzeczy - wyjaśniła prof. Smolińska.

Wierzono też, że nie można tego dnia rąbać drewna, bo przez cały rok może potem boleć głowa; ani wbijać gwoździ - bo będą boleć zęby. Na wigilijnym stole na Górnym Śląsku powinna się pojawić zupa siemiotka, czyli wywar z konopi, która miała chronić przed świerzbem i wrzodami.

Grzyby miały zapewniać pieniądze - tak samo jak wkładana do dziś przez wielu do portfela łuska karpia. Orzechy jedzono by nie bolały zęby, a żony miały zjeść w wigilię kaszę by mężowie nie przepijali pieniędzy.

Trzeba też było zjeść każdej potrawy z wigilijnego stołu, bo to miało zapewnić, że nie zaznamy w przyszłym roku głodu - dodała Teresa Smolińska.

Niezamężne dziewczyny odprawiały też w wigilię wiele wróżb matrymonialnych. Obejmowały na przykład ramionami jak najwięcej szczebli w płocie, a potem wyliczały na przemian: wyjdę za mąż - nie wyjdę - wyjdę - nie wyjdę Albo wyjdę za: kawalera - wdowca - kawalera.

Panny zamiatały też chałupy odwrotnie - czyli od drzwi wejściowych do rogu izby. Śmieci wynosiły na zewnątrz i czekały na odgłosy. Z której strony usłyszały pierwszy dźwięk, z tej miał nadejść przyszły mąż. A jeśli się wsłuchały w rodzaj tego dźwięku, to mogły też wywróżyć kim wybranek będzie: trzaskanie wróżyło drwala, strzelanie myśliwego a dzwonienie kowala.

Dziewczyny w wigilię podrzucały też na podwórku trzy razy obornik widłami i wypatrywały ptaków. Jak pierwszy przeleciał wróbel to miały wyjść na młodego chłopaka; jak kruk czy wrona - za wdowca. - Jeżeli wrona czy kruk zakrakały, to liczyły ile razy. Wróżyło to liczbę dzieci wdowca, za którego miały wyjść - opowiedziała opolska folklorystka.

Panny liczyły również przyniesione do chałupy szczapki drewna - parzysta ilość wróżyła zamążpójście, nieparzysta - życie w samotności. - A gdy już chłopi zaczęli umieć czytać dziewczyny obierały jabłka tak, by łupinka była jak najdłuższa, rzucały ją za siebie i próbowały odczytać z niej pierwszą literę imienia przyszłego wybranka - dodała Smolińska.